środa, 11 czerwca 2014

Chapter X

We're all architects of our own private hell
No one can hurt us like we hurt ourselves


Frank

Wiejący z wystarczającą siłą wiatr uniósł z ziemi drobne ziarenka piasku, które zaraz poczułem na swoich policzkach. Przymknąłem powieki, by uniknąć podrażnienia oczu, mimo to jedno ziarnko wkradło się pod górną powiekę, nieprzyjemnie drażniąc prawą gałkę oczną. Odruchowo potarłem wierzchem dłoni zamknięte oko, dobrze wiedząc, że w ten sposób jedynie pogorszę jego sytuację.
Piekące promienie wkradające się w każdy dostępny zakamarek sprawiły, iż szybko pożałowałem złego wyboru dzisiejszej garderoby. Zamiast założyć na siebie bluzę z kapturem, która pomogłaby mi choć trochę umknąć przed nachalnym blaskiem słońca, byłem dziś rano tak roztargniony, że zarzuciłem na ramiona jeansową kurtkę przyozdobioną na plecach ekranem jednego z moich ulubionych punkowych zespołów.
Przechodząc z krzywego chodnika na przejście dla pieszych, potknąłem się o własne równie krzywe nogi, lecz tym razem udało mi się utrzymać równowagę. Oko, chcąc pozbyć się intruza, zaczęło łzawić. Mimowolnie począłem gęsto mrugać, starając się przywrócić sobie w miarę odpowiednią widoczność. Byłem jakoś w połowie drogi do domu, kiedy ziarenko piasku nareszcie postanowiło ustąpić i pozwolić mojej gałce ocznej na chwilę spokoju. Ostatni raz przetarłem twarz obiema rękami, nie zatrzymując się ani na moment.
Zdziwiłem się trochę, kiedy wychodząc ze szkoły po ostatniej lekcji, nie napotkałem na swojej drodze nikogo, kto miałby w odniesieniu do mojej osoby jakiekolwiek złowrogie zamiary. W ciągu czterdziestu pięciu minut zdążyłem już przywyknąć do myśli, iż mimo że akcja w łazience nie powiodła się, koszykarze nie odpuszczą i dokończą dzieła po zajęciach. Myliłem się jednak. Ponownie. Zatrzymałem się nawet na kilka minut niedaleko miejsca, gdzie odbywała się większość szkolnych bójek oraz potyczek. Dużo osób chodziło tam także, by zapalić papierosa, lecz aktualnie uczniowie częściej robili to przy wejściu do szkoły, najwyraźniej coraz mniej przejmując się regułkami pochodzącymi ze szkolnego regulaminu. Gdy z parkingu zniknęła już większość aut, a przed budynkiem zrobiło się pusto, dotarło do mnie, że już nie mam, na co czekać. Wątpiłem, żeby Tran zapomniał o tym, by mnie zgnoić - w końcu było to chyba jedno z jego ulubionych zajęć. A może po prostu zaległy referat, o którym miałem okazję dziś usłyszeć, dał mu się we znaki. Albo raczej nauczycielka, której z nim zalegał.
Bez najmniejszego uczucia ulgi, czy zadowolenia, przekroczyłem bramę i tak jak reszta udałem się do domu.
Mimo że mój organizm już się uspokoił, dzięki czemu czułem się fizycznie choć odrobinę lepiej, nadal nie mogłem powstrzymać rozbieganych myśli, nie dających mi spokoju już od samego przebudzenia. Z biegiem kolejnych godzin zdawały się stawać jeszcze bardziej chaotyczne, przez co wracając ze szkoły do domu, ledwo dawałem radę powstrzymać krążące w mojej głowie, bezkształtne oraz dziwne zbiorowiska myśli, wspomnień, odczuć. Raz na jakiś czas jedno z wrażeń lub emocji zdawało się wybijać ponad resztę, by po chwili ponownie zaniknąć wśród niezgrabnej masy. Nawet nie dający mi ani chwili wytchnienia niepokój, który od samego rana obejmował moje gardło, zaciskając się na nim coraz mocniej, zaczął niknąć, lecz nie osłabiać się wśród tego chaosu. Nie raz czułem się w podobny sposób, jednak jeszcze nigdy nie przydarzyło mi się, by wszystko to sięgnęło aż takich rozmiarów. Przestałem się już nawet łudzić, że po zamknięciu się w pokoju, pozbędę się całego tego syfu, albo raczej zapanuję nad nim, jak czasami mi się udawało, i schowam gdzieś głęboko, by w najbliższym czasie nie odnalazł drogi powrotnej.
Nie zwracałem najmniejszej uwagi na otoczenie oraz ludzi, których mijałem. Słońce paliło moją skórę na karku, kiedy szedłem z opuszczoną głową, aby chociażby kilkoma pasmami włosów uchronić swoją twarz przed gorącymi promieniami. Coś bez przerwy kłuło mnie w klatce piersiowej, lecz domyślając się, co to może być, wolałem nieprzyjemne doznanie ignorować. Nie chciałem, żeby to znowu się stało, a podobne kłujące uczucie zawsze zwiastowało to, kurwa to, czego najbardziej się bałem. Lęk z każdym krokiem narastał w moim sercu. Najgorsza była chyba świadomość, że przed tym, co się zbliżało, nie mogłem ukryć się nawet w swojej samotni. Na świecie nie istniało żadne miejsce, w którym mógłbym to przeczekać lub się z tym skonfrontować. No właśnie, na tym świecie. Nie trudno było mi znaleźć powód do tego, by nareszcie ze sobą skończyć, i właśnie wtedy przypadkowo wpadłem na kolejny.
Prychnąłem cicho pod nosem, mimowolnie uśmiechając się sarkastycznie na krążące po mojej wciąż bezładnej głowie myśli. Kiedy pomyślałem o tym, co przed momentem do mnie dotarło, w tej samej sekundzie zrozumiałem coś jeszcze.
Przecież wcale nie musiałem doszukiwać się coraz to nowszych przyczyn i argumentów za odebraniem sobie życia. Po prostu wiedziałem, że nawet jeśli tych powodów byłoby dwa lub jeden, a nie więcej, i tak by mnie to nie powstrzymało. Zwyczajnie nie widziałem dla siebie lepszej, co ja mówię, innej drogi. Tak miało być i koniec. Czasami miałem wrażenie, że decyzja zapadła jeszcze zanim przyszedłem na świat. A może aż tak przywykłem do tej myśli, iż nie widziałem dla siebie innej możliwości? Może. Jednak to wyjście odpowiadało mi najlepiej i wcale nie uważałem, że jest ono gorsze od innych. Niektórzy planowali sobie studia, pracę, rodzinę, jeszcze inni zaraz po zakończeniu liceum decydowali się na podróż dookoła świata. A ja chciałem umrzeć. Po prostu.
 Znowu zbliżało się nieuniknione. Moje dłonie zaczynały drżeć, mimo że zaciskałem je mocno na pasku torby. Zacisnąłem także na sekundę powieki, starając się opanować nadchodzące z coraz większą siłą uczucia. Musiałem jedynie przejść przez jedną z ulic i skręcić w prawo, by znaleźć się w swojej dzielnicy, a stamtąd już tylko około stu kroków do domu. Z wysiłkiem udawało mi się jako tako opanować szalejący umysł, jednocześnie mając przeczucie, że najbliższe godziny nie będą najprzyjemniejsze. Zresztą jak cały ten dzień.
 Obok przebiegł jakiś mały chłopczyk, którego buzia oraz dłonie umazane były w pozostałościach po różowej wacie cukrowej. Zahaczając lekko ramieniem o moją nogę, zachwiał się nieznacznie, jednak w ogóle się tym nie przejął. Mały podskakiwał, śmiejąc się radośnie, kiedy jego mama lub opiekunka biegła zaraz za nim, każąc uważać, żeby się nie przewrócił. Wszędzie roznosił się stłumiony, równomierny szum aut, mimo że główna ulica oddalona była o kilkanaście przecznic. Odgłosy codzienności mieszały się ze sobą, by zaraz przemienić w jedną, każdemu dobrze znaną melodię. Miałem ochotę zatkać sobie uszy czymkolwiek. W tamtej chwili dźwięk ten wywoływał we mnie tylko i wyłącznie irytację. W głowie co kilka sekund uwydatniało się słowo „dosyć”, co sprawiło, że moje stopy zaczęły uderzać o płyty chodnika z jeszcze większą częstotliwością. Miałem wrażenie, że zostałem osaczony z każdej możliwej strony, bez istniejącej drogi ucieczki. Jedyne miejsce, w którym mogłem ukryć się przed tym wszystkim, był mój pokój.
Z prędko bijącym sercem niemal wbiegłem na swoją ulicę, z daleka widząc już wychylający się zza innego budynku dom, w kierunku którego zmierzałem. Na drugim końcu asfaltu stał ogromny pojazd z nadrukowanym nad przednią szybą oficjalnym godłem Belleville, którego kształt łatwo dało się wychwycić na pomarańczowej farbie karoserii. Zaraz ze środka wysiadło dwóch mężczyzn w zielonych uniformach – pracowników miejskich zajmujących się wywozem śmieci. Opuszczając rozbiegany wzrok z powrotem pod swoje nogi, jednocześnie zrezygnowałem z oglądania ich pracy. Zapewne gdybym nie miał wtedy w umyśle wirującej papki, zacząłbym odliczać kroki prowadzące mnie w dobrze znaną stronę. Huczące słowa i wspomnienia nie pozwalały mi skupić się na jednej myśli lub czynności dłużej niż kilka sekund.
Kropelka gorącego niczym wrzątek potu spłynęła wolno wzdłuż mego kręgosłupa. Przełykając ciężko ślinę, jeszcze bardziej napiąłem i tak dość spięte już mięśnie całego ciała. Nienawidziłem takiej pogody. Zupełnie jakby ktoś urządził z New Jersey grilla, piekąc sobie na obiad jego umęczonych temperaturą mieszkańców. Dosłownie czułem, jak moje ciało się piecze.
Zbytnio skupiając się na stanie swego organizmu, nie usłyszałem auta wjeżdżającego na ulicę, z którego dobiegały odgłosy mogące stanowić dowód na to, że ktoś, kto akurat znajdował się w środku, najprawdopodobniej palił trawkę. Dzikie śmiechy i niezrozumiałe dla mnie wrzaski wypełniały blaszany pojazd po brzegi. Przez swoją nieuwagę nie zarejestrowałem nawet chwili, kiedy samochód zwolnił i zjechał na przeciwległy pas, by zbliżyć się do chodnika i bardzo powoli jechać wzdłuż dróżki wyznaczonej dla pieszych. Dopiero intensywna wilgoć, która niespodziewanie zalała moje ubranie, pokrywając również włosy, twarz oraz koszulkę, siłą przywróciła mnie do rzeczywistości. Ciecz nieznanego mi pochodzenia dostała się do moich oczu, które zaczęły piec, oraz ust, dzięki czemu od razu zorientowałem się, czym zostałem poczęstowany. Gorzki smak taniego alkoholu szczypał mój język, podniebienie, jak i gardło oraz przełyk. Zdezorientowany machinalnie potarłem oczy, odwracając głowę w kierunku ulicy.
Jak przez mgłę zdołałem dostrzec auto w jakimś ciemnym kolorze, może czarnym lub granatowym. Prędko usłyszałem głośny rechot kilku nadzwyczaj zadowolonych ze swego pomysłu osób. Nim zdołałem jednak zorientować się, kim byli, auto z piskiem opon wystrzeliło do przodu, wracając na odpowiedni pas i pędząc przed siebie. Gdy potarłem mocniej lewe oko, zauważyłem jeszcze z daleka jakiegoś wrzeszczącego chłopaka, którego tułów od pasa w górę wystawał z szyber dachu. W jednej wysoko uniesionej dłoni trzymał najwyraźniej pustą już kilkulitrową beczkę po piwie, którą można było dostać niemal w każdym supermarkecie oraz na stacji benzynowej. Biorąc pod uwagę mój stan, trafiła na mnie najwyraźniej mniej niż połowa napoju, która w porównaniu do kilku litrów wyrządziła o wiele mniej strat. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia.
Zatrzymałem się jeszcze zanim pojazd zniknął na zakręcie prowadzącym w kierunku ulicy wyjazdowej z Belleville. Nie byłem wściekły, oburzony, przestraszony. W tamtej chwili to, co się wydarzyło, było mi obojętne. Spoglądając na mokrą plamę pod moimi stopami, która spływała po zapadniętym betonie w stronę szczeliny między kolejnymi płytami, nie czułem nic konkretnego. Ten sam chaos co zwykle. Kilka kropel, które zebrało się na końcówkach mojej grzywki, spadło na zakurzone czubki trampek. Ohydny zapach sprawił, że mój żołądek po raz wtóry tego dnia skręcił się. Nie czekając dłużej, marszem ruszyłem w dalszą drogę.
Od wejścia do mieszkania dzieliło mnie jedynie kilkanaście kroków oraz furtka, którą musiałem pokonać. Kiedy znalazłem się pod drzwiami, sięgnąłem po klucze do domu, domyślając się, że nikogo nie ma w środku. W tamtej też chwili dostrzegłem jeszcze bardziej trzęsące się dłonie, których ruchy zdawały mi się być wtedy nie do opanowania. Ledwo co udało mi się trafić w dziurkę od klucza i przekręcić go dwa razy w zamku. Zanim zatrzasnąłem wejście z powrotem, prędko wyciągnąłem klucz, upuszczając go na dywan przy samym progu.
Zależało mi, by to, co znajdowało się za drzwiami jak najszybciej zniknęło mi z oczu. Znajomy widok, na który spoglądałem niemal dzień w dzień, w tamtym momencie sprawiał, że miałem ochotę go zwyczajnie unicestwić. Podpalić, podłożyć bombę i oglądać jak wszystko płonie, wszędzie unosi się popiół i kurz, a po niebie płynie niemalże czarna strużka dymu, zdająca się nie mieć końca. Na ulicy leżą zakrwawieni ludzie, z przerażeniem spoglądający na powiększający się czerwono-pomarańczowy płomień, który niszczy ich domy, marzenia, wspomnienia. Obok biega niewiele ludzi starających się udzielić pomocy rannym lub tylko stoją tłumy gapiów zakrywających dłońmi usta i żałujących za cierpienie innych. Gdzieś w oddali słychać syrenę straży pożarnej, która z sekundy na sekundę jest coraz bliżej. Tyle że gdy przybędzie na miejsce, będzie już za późno. Wszystko spłonie, zginie, umrze, zniknie. Pozostaną tylko ruiny, których nikt nie będzie w stanie odbudować, ciała martwych ludzi próbujących wcześniej ratować swój dobytek oraz gapie, wciąż bez ruchu stojący nad błagającymi o pomoc, poparzonymi osobami, z których twarzy oraz ciał spłynęła niczym woda niemal cała skóra.
Powoli ściągnąłem z ramienia torbę, wbrew przyzwyczajeniom odkładając ją na podłogę obok schodów. Równie wolno wszedłem na pierwszy schodek, rozpoczynając wspinaczkę na piętro.
Gdy nareszcie znalazłem się wewnątrz domu, wcale nie poczułem się lepiej. Mimo wszystko dotarło do mnie, że w tym miejscu nikogo już nie napotkam na swojej drodze, przez co nieco mi ulżyło. Choć prawda była taka, że to jeszcze nie był koniec. Czułem to, czułem w kościach już od samego rana, że to powróci. Starałem się jednak nad tym nie zastanawiać, nadal łudząc się, iż tego uniknę. Tak naprawdę wiedziałem bardzo dobrze, że mnie to nie ominie, jednak byłem kretynem i zamiast stanąć twarzą w twarz z faktem, iż koniec końców mnie to dopadnie, odwracałem głowę w drugą stronę. Zupełnie jak cała reszta, zupełnie jak świat robił to co dzień w moim kierunku.
Drewniane stopnie trzeszczały rozdzierająco pośród ciszy, gdy opierałem o nie swoje kolejne kroki. Przemoczona, przesiąknięta drażniącym zapachem koszulka przywierała nieprzyjemnie do mojej skóry na klatce piersiowej i brzuchu. Wyraźnie słyszałem tykanie ogromnego zegara stojącego w salonie. Przez okno, które umieszczone było na drugim końcu podłużnego pomieszczenia na piętrze, wpadały biało-żółte promienie rozświetlające pokryte jasną farbą ściany oraz drobinki kurzu unoszące się w powietrzu niczym zawieszone w próżni, ledwo dostrzegalne gołym okiem istnienia.
Przystałem na krótki moment, schodząc z ostatniego schodka na dywan rozwinięty wzdłuż korytarza, i wpatrując się jak niewidomy, ślepo przed siebie. Oczy wciąż piekły od alkoholu, który dostał się pod powieki. Czułem… Wtedy nie czułem nic, prócz niepokoju, który z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej intensywny. Spokojnie podszedłem do drzwi, gdzie w niektórych miejscach widniały ślady zadrapań wyrytych ręką czasu. Jak maszyna nacisnąłem na klamkę, wszedłem do środka i zamknąłem za sobą wejście, automatycznie przekręcając klucz w zamku. Odwracając się przodem w stronę swojej sypialni, zaczerpnąłem powietrza, które natychmiast okazało się być duszące i strasznie ciężkie. Mój wzrok od razu padł na nie pościelone łóżko. W tej samej także chwili postąpiłem krok do przodu, bez zainteresowania rejestrując uginające się pod moim własnym ciężarem kończyny.
Z hukiem opadłem na podłogę, uderzając kolanami o panele. Gardło zacisnęło się niebezpiecznie, ledwo pozwalając mi na oddychanie. Charczący oddech wydobył się z moich rozchylonych warg, łamiąc panujący dookoła spokój. Nim się zorientowałem, całe moje ciało drżało bez opanowania, nawet zęby co jakiś czas poszczękiwały, uderzając o siebie nawzajem. Krzyk, niewyobrażalnie głośny, desperacki krzyk, w którym przebrzmiewało tyle negatywnych uczuć, że mój umysł nie dawał rady ich udźwignąć, rozdarł moją czaszkę. Siedząc na podłodze, zgiąłem się w pół, opierając czoło o zimne panele podłogowe, mające na celu imitować prawdziwie stare, lakierowane drewno. Odór alkoholu, którym śmierdziało moje ubranie, skóra oraz włosy, sprawiał, że miałem wrażenie, iż wszystko wokoło kręci się jak na karuzeli. Obiema rękami prędko zatkałem uszy, jak idiota myśląc, że pomoże mi to przestać słyszeć wrzask rozrywający moją głowę. Nie minęło dużo czasu nim zorientowałem się, że to ja chciałem tak krzyczeć. To był mój własny głos, który nie miał odwagi wydobyć się z mojego prawdziwego gardła, dający sobie ujście wewnątrz mnie.
Dosyć, dosyć, dosyć, żałosna kurwa, dosyć, dosyć, spedalona pizda, dosyć, dosyć…
Poczułem wilgoć napływającą do moich oczu, więc zamknąłem je jak najmocniej. Wcale nie pomogło. Nie chciałem, żeby spod moich powiek wydobyła się choćby jedna najmniejsza kropelka. Nie mogłem na to pozwolić. Nie byłem słaby, nie chciałem taki być.
Wrzask, który w ciągu kilku sekund przerodził się w piskliwy ryk zwierzęcia obdzieranego ze skóry, sprawił, że doskonale poczułem, jak mój mózg pulsuje. Pragnąłem jedynie, żeby to wszystko się skończyło. Bez dłuższego namysłu uniosłem głowę kilkanaście centymetrów w górę, by zaraz uderzyć nią o twardą powierzchnię podłogi. Ból w czole nie był jednak wystarczający, by odwrócić moją uwagę od przeraźliwego krzyku i ogarniającej mnie z każdej strony pustki. Zaciskając zęby oraz powieki jeszcze mocnej, z całej siły, jaką udało mi się w sobie odnaleźć, ponownie uderzyłem głową o podłogę, czując ból przechodzący po całej mojej czaszce niczym impuls elektryczny. Mimo iż miałem zamknięte oczy, poczułem, jak wszystko dookoła zakręciło się, bez kontroli chwiejąc we wszystkie możliwe strony otoczeniem.
W tamtej chwili jedyne, w czym widziałem dla siebie złudną nadzieję na odzyskanie wewnętrznego spokoju, był ból, było cierpienie, była krew, były połamane kości. Nie chciałem tego czuć, nie chciałem słuchać swojego własnego krzyku, ukrywanego przed wszystkimi, nawet przed samym sobą. Czułem się wtedy taki słaby, taki… żałosny. Musiałem to przerwać, musiałem wyzbyć się tego, co nie pozwalało mi żyć we względnej dla postronnego obserwatora monotonnej codzienności. Jeśli sam już zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje, nie mogłem pozwolić, by dowiedział się o tym ktokolwiek oprócz mnie. Nie zniósłbym lekarzy, psychologa, a raczej psychiatry, spotkań i rozmów, podczas których musiałbym opowiadać o sobie i swoich odczuciach. Nikt nie mógł wiedzieć. Gdyby ktokolwiek zorientował się w mojej sytuacji, zapewne posłaliby mnie do psychiatryka. Do wariatów. Choć w sumie, to przecież nim właśnie jestem. Świrem, psycholem, wariatem. Bo jak inaczej nazwać kogoś takiego jak ja?
Przekląłem siarczyście pod nosem, kiedy mimo starań poczułem ciepłą kroplę spływającą powoli po moim prawym policzku. Najszybciej jak mogłem, starłem ją rękawem bluzy, pocierając skórę tak długo, aż byłem pewny, że po mokrym śladzie nie zostało nic, co mogłoby świadczyć o jego wcześniejszej obecności.
Wrzask ucichł znacznie, stłumiony przez spowodowany uderzeniem ból głowy. Po chwili bezruchu usiadłem z powrotem, podpierając się obiema dłońmi o podłogę. Zachwiałem się, kiedy momentalnie po raz kolejny zakręciło mi się w głowie. Dopiero wtedy odważyłem się lekko uchylić zaciśnięte powieki, by po kilku sekundach regulowania oddechu otworzyć je całkowicie.
Wszystko dookoła wyglądało tak samo, jak to zapamiętałem, chociaż sam nie wiem, czego się właściwie spodziewałem. Przypalonych ścian, zdemolowanych mebli? Wciąż nie pościelone łóżko stało naprzeciwko wejścia do pokoju. Do połowy zasłonięte okno wpuszczało do środka sporą ilość jasnego blasku pracowitego słońca. Na biurku nadal leżało kilka porozrzucanych zeszytów i książek ze szkoły, do których zaglądałem tylko w ostateczności. Po wczorajszym sprzątaniu było widać znaczne efekty, lecz tak naprawdę miałem gdzieś to, czy na podłodze walały się jakieś stare kartki, pod biurkiem zalegały brudne ubrania albo na wszystkich meblach widniała warstwa szarego kurzu. Były to ostatnie sprawy, nad którymi kiedykolwiek miałem ochotę rozmyślać.
Ostrożnie podniosłem się z podłogi, stając na własnych nogach. Oczywiście, nie obyło się bez kolejnego zawrotu głowy, przez który zachwiałem się znacznie. Zmuszony swoim stanem, oparłem się o komodę z wieżą stereo, w tamtym momencie nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Udało mi się jakoś doczołgać do otwartych drzwi prowadzących do toalety i przekroczyć próg niemal pijackim krokiem.
W pomieszczeniu panował cień, który był jednym z efektów wciąż wiszących na lustrach prześcieradeł. Dzięki tkaninom światło wpadające do pomieszczenia nie miało możliwości odbić się od szklanej powierzchni, tym samym nie rozświetlając wnętrza. Odpychając się od framugi, podszedłem do kamiennego blatu, pod którym stało kilka jasnych, łazienkowych szafek z lśniącymi metalicznym blaskiem rączkami. Ciężko opadłem obok jednej z nich, otwierając naraz drzwiczki.
Nie myślałem trzeźwo, nadal będąc zamroczonym pulsującym bólem głowy i tym wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu poprzednich kilku godzin. Jak opętany zacząłem wyrzucać ze środka czyste, poskładane w kostkę ręczniki. Poczułem wiercący lęk, gdy po opróżnieniu pierwszej górnej półki, nie zastałem tam niczego. Panicznie zacisnąłem palce obu rąk na swoich mokrych od alkoholu włosach, ciągnąc za nie, jednocześnie powstrzymując rwący moje gardło, rozpaczliwy krzyk. Z jeszcze większą desperacją począłem chwytać pojedyncze ręczniki porozrzucane na kafelkach, rozwijając je i sprawdzając, czy to, czego szukałem, nie zawieruszyło się gdzieś pomiędzy materiałem któregoś z nich. Moje wysiłki poszły jednak na marne – nie było tam niczego. Coś głośno strzeliło w kościach szczęki, kiedy zacisnąłem zęby, starając się nie wrzasnąć ze złości i rozpaczy jednocześnie. Nie czekając ani chwili dłużej, dopadłem szafki, by jednym ruchem ściągnąć z dolnej półki pozostałe ręczniki. Odetchnąłem z ulgą, kiedy zaraz za nimi na podłogę wypadło małe zawiniątko obwiązane szczelnie kawałkiem jakiegoś starego materiału w kolorze idealnej bieli. Nie zwracając już uwagi na bałagan panujący na podłodze, chwyciłem w dłoń drobny przedmiot, zaciskając na nim palce.
Wciągnąłem głęboko powietrze, czując złudne uczucie ulgi, jak gdyby to jedno zawiniątko miało stać się rozwiązaniem wszystkich moich problemów. Oparłem się plecami o zamknięte drzwiczki obok, a wszystkie moje członki opadły bez sił dookoła mnie. Mimo iż ból głowy nie ustawał, byłem mu za to wdzięczny. Koniec końców, to właśnie on pomógł mi pozbyć się wewnętrznego wrzasku oraz ustającego z minuty na minutę chaosu, który, jak mi się jeszcze niedawno wydawało, zamierzał osiąść w moim umyśle jeszcze na długi czas. Do tego przedmiot, który spoczywał bezpiecznie w mojej dłoni, także pomagał mi się opanować zarazem fizycznie, jak i psychicznie. Taki drobiazg, a potrafił zdziałać cuda. Kto by pomyślał.
Po dłuższej lub krótszej chwili nieco poukładane już myśli pozwoliły mi przypomnieć sobie, co jeszcze moment wcześniej robiłem. Jak uderzałem głową o podłogę, próbowałem uspokoić drżące dłonie, desperacko rozrzucałem wokoło miękkie ręczniki. I naraz zachciało mi się śmiać. Z tego, jak się zachowywałem. Z tego, co czułem. Z tego, jaki byłem. To wszystko było takie żałosne, takie beznadziejne i gówno warte. I wtedy także odczułem ogromną ochotę, by poczuć na sobie czyjś dotyk. By ktoś mnie przytulił. Ktokolwiek. Z dziwną obojętnością i odrętwieniem dotarło do mnie, że nikt tego nie zrobi, bo nikogo przy mnie nie ma. Że nie mam nikogo ani tutaj, ani nigdzie indziej. Że po prostu jestem sam jeden, niepowtarzalny i gówno warty.
Jedyne, co miałem, spoczywało bezpiecznie pomiędzy moimi palcami. Nabrałem ogromnej ochoty, by rozwinąć ciasno zawiązany materiał, jednak powstrzymałem się. To nie był ten moment. Mimo że raz za razem to stawało się coraz silniejsze, wiedziałem, że to nie był ten czas.
- Jeszcze nie teraz. Nie teraz – mruknąłem ochrypłym głosem, który lekko zdarł moje gardło. Odruchowo odkaszlnąłem kilka razy.
Nie wiem, ile dokładnie czasu minęło, zanim zorientowałem się, że mokra koszulka zaczęła uwierać, a gorzki zapach piwa drażnić drogi oddechowe. Niczym lunatyk podniosłem się z podłogi, zrzucając z siebie mokre ubrania i wciskając je wszystkie do umywalki. Po zatkaniu dopływu napełniłem zagłębienie wodą, by pozbyć się choć trochę śladów alkoholu. Gdyby Margaret coś poczuła, od razu poleciałaby z tym do matki, a co działoby się dalej – nad tym wolałem się nawet nie zastanawiać. Sam odłożyłem do jednej z szuflad drobne zawiniątko i wszedłem pod prysznic, szorując swoje ciało oraz włosy dużą ilością płynów. Kiedy uznałem już, że pozbyłem się przywołującego na myśl tani bar zapachu, wytarłem się jednym z zalegających na podłodze ręczników, a resztę wrzuciłem byle jak z powrotem do szafki. Zabierając ze sobą mały przedmiot, który mimo tego, czym był, dodawał mi odrobinę otuchy, wróciłem do swojego pokoju. Swój „skarb” wsunąłem pod poduszkę, następnie podchodząc do szafy, by w końcu coś na siebie ubrać.
Nie liczyłem godzin, które spędziłem w kącie, gdy po narzuceniu na siebie byle czego, opadłem ciężko na podłogę, na kolanach przemieszczając się w zakątek pomiędzy ścianą a stojącym obok niej niewielkim regałem z książkami i komiksami. Opierając zgarbione plecy o twardą powierzchnię, podciągnąłem kolana pod samą brodę, układając na nich rozgrzane czoło. Odczuwałem jeszcze większe zmęczenie niż kilka godzin wcześniej, lecz czułem, że nawet jeśli położyłbym się do łóżka, nie usnąłbym. Mimo że zaszywając się w kącie pokoju, poczułem, iż jak na razie nic mi nie grozi, drobna igła niepokoju wciąż wyraźnie kłuła moje serce. Uznałem jednak, że uda mi się to przeczekać, jeżeli postaram się uspokoić. I jakoś udało mi się tego dokonać, co nie zmienia faktu, że oczy nadal same mi się zamykały, lecz organizm wcale nie miał zamiaru zapadać w sen.
Sen – tak, tego właśnie potrzebowałem. Spokoju, odpoczynku. Problem w tym, że mimo zmęczenia ogarniającego całe moje ciało, jak i świadomość, nie potrafiłem pogrążyć się we śnie. Opierając głowę na kolanach, przymykałem ważące więcej niż zwykle powieki, mając nadzieję, że tym razem próba się powiedzie. Jednak na marne.
Gdy mój umysł po dłuższym czasie nareszcie doszedł do siebie, myśli stały się jeszcze bardziej drażniące niż mógłbym się tego spodziewać. Chociaż wszystko brzmiało lepiej niż upiorne wrzaski, które, ku mojej wielkiej uldze, ucichły, pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemne wizje oraz mary. Instynkt podpowiadał mi, że ten sam krzyk czai się gdzieś w zakamarkach moich wspomnień, lecz jak na razie nic nie zapowiadało jego powrotu w najbliższym czasie. Nie uśpiło to jednak mojej czujności – wolałem mieć się na baczności w razie, gdyby to wszystko znowu postanowiło wrócić.
Kiedy jakiś nieokreślony impuls zmusił mnie do podniesienia głowy, otworzyłem zmęczone oczy. Uniosłem wzrok i wychylając się zza regału, popatrzyłem w kierunku okna. Przez nie zasłoniętą część szyby widać było kilka konarów drzewa stojącego niedaleko domu. Oprócz uginających się pod wpływem wiatru gałęzi oraz liści, które desperacko starały się utrzymać na swoim miejscu, dostrzegłem również fragment czarniejącego nieba. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że od mojego przybycia do domu minęło co najmniej sześć godzin. Z drobnym opóźnieniem zrozumiałem, że na zewnątrz po prostu zapadał już zmrok, a niedługo miała rozpocząć się kolejna pod rząd noc, którą, koniec końców, powinienem przeznaczyć na odpoczynek.
W pomieszczeniu także panował półmrok, na co zwróciłem uwagę dopiero, kiedy oderwałem oczy od okna, za którym najwyraźniej szalała wichura. Z trudem podniosłem się z podłogi i kilkoma krokami pokonałem odległość dzielącą mnie od łóżka. Położyłem się na materacu, przykrywając grubą kołdrą, aby choć spróbować zmrużyć oczy przynajmniej na te kilka godzin. Mocniejszy podmuch zderzył się z zewnętrzną ścianą domu, ze świstem uderzając jednocześnie w moje okno. Nie wiedzieć czemu, ten dźwięk pozwolił mi rozluźnić mięśnie i wygodniej oprzeć głowę na poduszce, pod którą wciąż spoczywało owinięte w biały materiał, drobne i lekko sfatygowane opakowanie żyletek.

* * *

Nie róbcie tego, błagam, przestańcie! Błagam!
Mój własny lament rozbrzmiewał w mojej głowie, jednak usta nadal pozostawały zaciśnięte w wąską linię, nie pozwalając wydostać się spomiędzy nich nawet niemniejszemu dźwiękowi. Oczy wpatrywały się bezwiednie przed siebie, choć gdzieś tam głęboko czaiły się w nich gorzkie iskierki panicznego lęku.
Jeden z otaczających mnie nastolatków podszedł do pierwszych z rzędu drzwi i otworzył je na oścież, ukazując wszystkim obecnym muszlę klozetową z nie opuszczoną, porysowaną plastikową deską. Przełknąłem ciężko ślinę, starając się powstrzymać napełniające moje serce strach oraz chęć ucieczki, która i tak zakończyłaby się fiaskiem.
- Dawać go! – wrzasnął tuż przy moim uchu znajomy, okrutnie radosny głos.
Za każdym razem, gdy pojawiała mi się przed oczami twarz któregokolwiek z nich, nie widziałem nic prócz zamazanej, mglistej plamy, która obejmowała swą powierzchnią całe ich głowy. Jedyne, co udało mi się rozróżnić, to kurtki wiszące na ich szerokich, wysportowanych barkach. Kurtki o charakterystycznych barwach jednego z liceów w Belleville.
Potężne szarpnięcie, które zachwiało mną niczym chorągiewką, zwaliło mnie z nóg. Nie opadłem jednak na podłogę. Silne dłonie dwóch osiłków przytrzymały mnie za ramiona, jednocześnie popychając do przodu. Wokoło rozbrzmiewało kilka głośnych śmiechów, ktoś gwizdał jakąś wymyśloną na poczekaniu melodyjkę, a jeszcze inni nawoływali coś w kierunku ciągnących mnie do kabiny osób. Z daleka dało się słyszeć niewyraźny szum dochodzący ze szkolnego korytarza.
- Ale, kurwa, jazda będzie! – wrzasnął jakiś przechodzący mutację głos nastolatka, dobiegający gdzieś zza moich pleców.
Jeden wielki pisk, który po chwili okazał się być wspólnie okazaną radością drużyny, podrażnił moje bębenki, sprawiając mi przy tym pulsujący ból.
Nie mogąc ruszyć skrępowanymi rękami, spróbowałem oprzeć się obiema nogami o brzegi kabiny, jednak siła, z jaką wpychano mnie do środka, była w stanie złamać mnie na pół. Mój opór nie trwał więc długo, dla nich zapewne było tak, jak gdyby w ogóle nie istniał. Po chwili klęczałem już nad toaletą, z której wydobywał się ohydny smród, a zaraz za mną stał jeden z koszykarzy. Najprawdopodobniej jako jedyny oprócz mnie zmieścił się w małej kabinie.
Wszystkie dźwięki, których obecność doświadczały wtedy moje uszy, zmieszały się w jedno. Po chwili jednak przestałem słyszeć cokolwiek. Wiedziałem, co się miało zaraz wydarzyć, a wszystkie moje mięśnie wręcz rwały się do jak najszybciej ucieczki. Byłem słaby. Nie zdolny nawet do ochrony własnej skóry. Własnej godności.
Zacisnąłem z rozpaczą powieki, gdy duża dłoń złapała za tył mojej głowy, popychając ją w dół. Mimo świadomości, iż jak zawsze znajdowałem się z góry na przegranej pozycji, moje dłonie machinalnie oparły się na brzegach muszli, chwytając za nie na tyle mocno, na ile były w stanie. Starałem się nie otwierać oczu, by nie musieć patrzeć na wnętrze klozetu. Już sam zapach sprawiał, że mój żołądek skręcał się i kurczył w dzikim, panicznym tańcu.
W głowie wciąż przebrzmiewał mój własny szloch, prośby o pomoc, błagania o zakończenie tego, co się działo. Upokorzenie. Sama myśl o tym, do czego zmierzały działania wszystkich obecnych tam ludzi, wzbudzała we mnie poczucie upokorzenia. Czułem się jak śmieć. Jak gówno, które za chwilę miało wrócić na swoje miejsce.
Nim zdążyłem się zorientować, dłoń koszykarza z potężną siłą wepchnęła moją głowę do wnętrza muszli. Poczułem jeszcze intensywniejszy smród, uderzyłem skronią o twardą powierzchnię, lecz nie wydałem z siebie choćby najmniejszego dźwięku. W momencie, kiedy zimna woda zalała całą moją głowę, całą moją twarz, jedyne, na co miałem jeszcze siłę, to szczelnie zacisnąć wargi, jednocześnie wstrzymując powietrze. Bolało, wszystko mnie bolało. Moje napięte mięśnie, moja głowa, moje dłonie wciąż kurczowo ściskające krawędzie muszli, mój żołądek, moje serce, moja obecność. Wciąż miałem ochotę uciec, zniknąć, przestać istnieć.
Gdy woda w toalecie opadła, zdołałem jeszcze napełnić płuca kolejną dawką powietrza, zanim ponownie usłyszałem dźwięk naciskanej spłuczki. Udało mi się jeszcze wyłapać kilka rechotliwych śmiechów, które zaraz ponownie zniknęły w szumie spuszczanej wody. Moje uszy po raz drugi wypełniła ciecz, głowa zaczynała pulsować coraz silniej. Momentalnie moje gardło zacisnęło się dość boleśnie, a wargi odruchowo uchyliły się bezwiednie, zamiast powietrza nabierając do płuc brudnej, obrzydliwej wody.
Błagam! Błagam!

* * *

Moja głowa odruchowo poderwała się z poduszki, a ciało, drżące pod wpływem silnych dreszczy, miotało się bez kontroli, jak gdyby każda moja kończyna zaczęła żyć własnym życiem. Wewnętrzny ucisk, który na moment odebrał mi oddech, w ułamku sekundy zniknął, przez co wydał mi się jedynie sanną marą. Po chwili bezdechu mój oddech stał się tak szybki, że sam nie mogłem za nim nadążyć. Miałem wrażenie, że właśnie ta naturalna czynność, do której zostały stworzone moje płuca, rozrywa je. Nie wiem, kiedy zorientowałem się, że mimo iż nie widziałem nic, miałem szeroko otwarte oczy. Dopiero szum zza okna pozwolił mi zrozumieć, że znowu jestem w swoim pokoju. Zmęczony, przerażony. Sam.
Nie mogłem uwierzyć, że znowu musiałem przez to przechodzić. Zawsze zamykałem się u siebie z myślą, że już nic złego nie ma prawa mi się stać, a jednak. Sen, ten jebany odpoczynek, którego tak bardzo potrzebowałem, przyniósł mi jedynie strach. Najgorsza była chyba jednak świadomość, że cały ten koszmar nie został stworzony przez moją wyobraźnię. To nawet nie był sen, to było wspomnienie, o którym, jak mi się do tej pory wydawało, zdążyłem już zapomnieć. Wróciło, to znowu wróciło. I bolało jeszcze bardziej, mimo iż było to jedynie widmo prawdziwych wydarzeń.
Myśl o tym, że już nigdzie nie mogę czuć się w miarę bezpiecznie, nawet we własnym zamkniętym domu, napełniła mój umył histeryczną paniką. Mimo zerowej widoczności zerwałem się z materaca, odrzucając gdzieś na bok i tak rozkopaną już kołdrę. Szybko zapalając lampkę nocną stojącą zaraz obok łóżka, czułem narastający wewnątrz niepokój, którego nie potrafiłem stłumić nawet w najmniejszym stopniu. Zresztą w tamtej chwili byłem na tyle spanikowany, że nawet o tym nie pomyślałem. Bez opamiętania rozpocząłem marszem przemierzać swój pokój wzdłuż i wszerz, tam i z powrotem. Wykręcając nerwowo palce, wpatrywałem się w podłogę pod swoimi stopami, wcale jej nie widząc. Szeptałem coś. Czułem, jak moje wargi poruszały się, a spomiędzy nich wydobywały się pojedyncze wyrazy, a może jedynie sylaby, na których nie umiałem się skupić. Zapomnieć - nie mogłem zapomnieć o tym, gdzie jeszcze chwilę wcześniej się znajdowałem. Smród - wciąż czułem wiszący gdzieś w powietrzu, ohydny smród ze szkolnej toalety. Ból – potarłem odruchowo opuszkami palców prawy łuk brwiowy, lecz po ranie nie było już ani śladu. Poczułem za to zimny pot, którym zroszona była skóra mojej twarzy.
Przerażenie, które bezlitośnie wpiło się w moje serce, odebrało mi zdolność trzeźwego myślenia. Razem z krwią przemierzało mój organizm, czepiając się każdej pojedynczej komórki. Po chwili nie czułem już nic prócz strachu. Lęku, który sprawiał, że miałem ochotę schować się w kącie i łkać żałośnie, jęcząc o litość, a jednocześnie nie pozwalał mi się zatrzymać, wciąż zmuszając moje nogi do szybkiego marszu, który prowadził donikąd.
Nie mam pojęcia, skąd wziął się we mnie impuls, który popchnął mnie do zrobienia tego, co zrobiłem. Gdy w jednej chwili przekraczałem środek swojej sypialni, chyba już po raz setny, w drugiej stałem obok drzwi, mocno szarpiąc za klamkę. Minęło kilka sekund zanim zauważyłem klucz wystający z zamka, którego zresztą sam wcześniej użyłem po to, by uniemożliwić komukolwiek wejście do pomieszczenia. Przeskakując po kilka stopni naraz, zbiegłem po schodach na dół, zatrzymując się jedynie na kilka sekund, by wsunąć nagie stopy w sponiewierane, leżące na podłodze w przedpokoju trampki. Niczym w amoku wypadłem na zewnątrz, gdzie bez zbędnego zwlekania powitał mnie silny, lodowaty podmuch powietrza. Wychodzenie z ciepłego mieszkania w taką pogodę nie zwiastowało pozytywnych efektów zaczynającej się dopiero wyprawy. Różnica temperatur sprawiła, że oddech na moment uwiązł mi w gardle, lecz zignorowałem to całkowicie. Zatrzasnąłem za sobą drzwi, które pod wpływem wiatru uderzyły z potężnym hukiem o futrynę. Nie wiedziałem, czy matka była w środku; czy już wróciła, a może postanowiła spędzić kolejną noc ze swoim facetem. Nie interesowało mnie to, czy postępuję odpowiednio, pozostawiając dom szeroko otwartym dla każdego, kto miałby ochotę zajrzeć do środka w lepszym lub gorszym celu. Nie miało to dla mnie najmniejszego choćby znaczenia.
Wszędzie panowała ciemność, spośród mroku tylko w niewielkim stopniu udawało mi się odróżnić kontury budynków oraz drzew od czarnego niczym węgiel nieba. Bez wahania jednak przekroczyłem furtkę, zagłębiając się w koloidalny mrok, który z niemym zadowoleniem przyjął mnie w swoje zdradzieckie objęcia. Jego ciężkie ramiona oplotły całe moje ciało w przeciągu ułamka sekundy, na co także nie zwróciłem najmniejszej uwagi. To nie obecność niebezpiecznych sideł, w które właśnie sam się rzuciłem, zaprzątała mój umysł, a myśl o tym jednym miejscu, która automatycznie kierowała mnie tam, gdzie mogłem odnaleźć spokój.
Bez namysłu rzuciłem się biegiem w odpowiednią stronę ulicy. Wiedziałem, gdzie dokładnie znajduje się mój cel i fakt, iż mieścił się on po drugiej stronie miasteczka, nie robił na mnie najdrobniejszego wrażenia. Wtedy gdybym musiał, pokonałbym piechotą nawet setki kilometrów, aby tylko tam dotrzeć. Nie mam zielonego pojęcia, skąd wzięły się we mnie tak duże pokłady siły, skoro od dłuższego czasu dzień w dzień chodziłem jakoś dziwnie osłabiony. Brak regularnych i pożywnych posiłków, brak kojącego snu, brak zwykłego wewnętrznego spokoju - doprowadziły mój organizm do tak godnego pożałowania stanu, że aż sam się temu dziwiłem. W tamtej chwili jednak nie czułem ani trochę, by moje mięśnie miały w sobie zbyt mało energii, a nogi były zbyt słabe. Jedyne, na czym potrafiłem się skupić, był bieg. Szaleńczy bieg oraz to, co czekało mnie na samym jego końcu. Spokój. Nareszcie spokój.
Zimny wiatr z dziecinną łatwością wdzierał się pod spraną koszulkę na krótki rękaw oraz bawełniane spodnie, w których wyskoczyłem z łóżka. Skóra mojej twarzy stawała się momentami w tak wysokim stopniu zmarznięta, że czułem jakby drobne igiełki wbijały się pod nią, kalecząc naczynka oraz tkanki. Zresztą na niską temperaturę tak samo reagowała skóra na całym moim ciele. I tego także zdawałem się nie dostrzegać, choć czułem ból oraz silne dreszcze wstrząsające moim ciałem co kilka sekund.
Na ulicach paliło się niewiele latarń, właściwie dosłownie kilka. Nie dawały one jednak na tyle dobrego światła, by robiło mi ono różnicę pomiędzy nim a panującą dokoła ciemnością. Po niedługim czasie mój wzrok niejako przyzwyczaił się do mroku, pozwalając mi na dostrzeganie coraz większej ilości obiektów, które znajdowały się w moim otoczeniu. Nie zastanawiałem się jednak nad tym, co mijałem. Liczył się tylko on – mój cel.
Nie wiem, czy napotkałem po drodze choćby jedną żywą osobę. Nie wiem, czy w trakcie mojej wyprawy mijał mnie chociażby jeden samochód. Nie pamiętałem nawet ulic, które przemierzałem, by koniec końców dostać się na tą, w której widziałem wtedy swoją jedyną nadzieję.
Miałem wrażenie, że moje płuca zostają rozrywane przez nienaturalnie szybki oddech. Skóra zaczynała dziwnie palić, oczy bolały niemiłosiernie od wiatru, który nieraz dał im się we znaki podczas biegu. Ile czasu mi to zajęło? Nie mam pojęcia. Ważne było to, że nareszcie dotarłem na miejsce.
Zatrzymałem się dopiero, kiedy znalazłem się na odpowiedniej ulicy. I dopiero wtedy poczułem także, w jakim stanie znajdowało się moje ciało. Bolało mnie dosłownie wszystko - każdy najmniejszy mięsień, każdy istniejący neuron. Mimo tego, co odczuwałem, zmusiłem swoje nogi do kontynuowania drogi. Przeszedłem niemal całą ulicę wzdłuż, gdy w końcu znalazłem się pod dobrym adresem. Pokonałem kilka niskich schodków prowadzących na niewielki ganek, by stanąć przed drewnianymi drzwiami.
Nabierałem powietrza tak szybko i desperacko, że suche gardło zaczęło drażniąco piec. Nogi pulsowały tępym bólem, który sprawiał, że jedynie siłą woli utrzymywałem się jeszcze w pionie. Oparłem się jedną ręką o chropowatą ścianę budynku, gwałtownie mrugając.
Nie wiedziałem, która mogła być właściwie godzina, i czy mieszkaniec domu jest w środku sam, czy wraz z kochającymi rodzicami. Ważne dla mnie było tylko to, by nareszcie poczuć się bezpiecznym, by w końcu przestać się bać, choć na chwilę.
Uniosłem drżącą dłoń, ledwo trafiając zmartwiałymi palcami na przycisk dzwonka umiejscowionego niedaleko drzwi. Nie myślałem o tym, co sobie pomyśli widząc mnie o tak drakońskiej porze pod swoim domem, ani jak zareaguje. Mógł mnie zwyczajnie wyzwać od świrów, posłać do diabła i zatrzasnąć drzwi przed nosem lub zadzwonić na policję, aby mnie stamtąd zabrała. Zdawałem sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie byłem tam mile widziany, tak samo zresztą jak w każdym domu, nawet własnym. Tyle że to on był wtedy moją ostatnią nadzieją.
Nacisnąłem na dzwonek, bez problemu mogąc usłyszeć alarm, który rozniósł się wewnątrz budynku. Moje ramię opadło bezwiednie wzdłuż potężnie drżącego ciała. Każdy najmniejszy ruch wydawał się być wyzwaniem godnym wyprawy zimą na Mount Everest. W głowie wciąż krążyła mi tylko jedna myśl - myśl, która tłumiła nawet niepokój dotyczący jego reakcji na moje przyjście.
Pragnienie bezpieczeństwa było w tamtej chwili o wiele silniejsze niż wszystko inne. Chciałem po prostu choć przez chwilę poczuć się bezpiecznie.



7 komentarzy:

  1. Ja... Nawet nie wiem co powinnam napisac. Ten rozdzial jest przeladowany taka dawka emocji, ze zbieram sie na napisanie czegokolwiek sensownego juz jakies 20 minut. Nadal jednak czuje ten rozrywajacy strach, ktory towarzyszyl Frankowi przez caly czas.
    Przerazil mnie stopien autodestrukcji chlopaka. On czuje sie tak niepotrzebny i nieadekwatny do otoczenia, ze jesgo wypelniajaca po brzegi pustka i beznadzieja przelewa sie na mnie. Wstrzasaja mna teraz tak silne emocje, ze ciezko mi zebrac mysli.
    Czuje sie z Frankiem bardzo silnie zwiazana, bo chociaz moje wlasne pieklo nie bylo az tak wielkie jak jego, to jednak przeszlosc nieublaganie odciska na mnie swe pietno. Wiem jak ciezko jest sie pozbierac i nie dac pochlonac ciemnosci. Mam nadzieje, ze Iero pokona swoje demony i stanie w pelni sil, aby pokazac swym oprawcą kim tak naprawde jest. Wierze, ze z mala pomoca Gerarda uda mu sie. Jestem pewna.
    Piszesz cudownie. Naprade uwielbiam Twoje dlugie rozdzialy, tak obfite w szczegolowe opisy. Kocham to jak kreujesz charaktery swoich postaci oraz jak sterujesz ich zyciami, aby w koncowym efekcie nierozerwalnie splotly sie ze soba.
    Zycze Ci, Kochana, duzo weny, ale tez przede wszystkim czasu na odpoczynek i zregenerowanie sil.
    Sciskam i pozdrawiam
    ~Desire

    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten rozdział (jak każdy inny z resztą) był genialny. Opisy jego uczuć zostały przez Ciebie tak rewelacyjnie opisane, że myślałam, że się rozpłacze. Całe opowiadanie przeczytałam na jednym tchu, tak samo jak poprzednie i uważam, że piszesz wspaniale. Mogłabym jeszcze długo tak pisać i Cię wychwalać, jednak wciąż jestem trochę nie ogarnięta po przeczytaniu tego i trudno mi ułożyć sensowne zdanie ;33

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku CUDOWNE *-* czekam z niecierpliwością na następny rozdział tego świetnego opowiadania ;3 ~ Meow

    OdpowiedzUsuń
  4. W takim momencie koniec?! Ty chyba zwariowałaś XD
    Nie mogę się doczekać nowego rozdziału c:
    Wszystko co tu dodajesz jest takie genialne. Po prostu wspaniałe.
    Melduję się pod tym rozdziałem, jako Twój nowy czytelnik. Przeczytałam wszystko na Twoim blogu i jestem pod wielkim wrażeniem. Masz wielki talent. Podziwiam Cię i wszystko co piszesz. :3
    Pozdrawiam i weny życzę.

    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  5. O rety! Nie wierzę, że dopiero teraz natrafiłam na kolejną część tego opowiadania! Wakacje chyba bez reszty mnie pochłonęły. Ten rozdział był chyba jednym z moich ulubionych. Czytając go miałam ogromne wrażenie, iż Frank jest mną, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi. Nie wiem, jak wiele z przeżyć i odczuć swojego bohatera wymyśliłaś, a z iloma miałaś faktycznie do czynienia, ale całość wyszła aż za nadto autentyczna. Prawdę mówiąc, zrobiło mi się teraz cholernie przykro, ale mniejsza z tym. Po prostu nieczęsto zdarza mi się tak identyfikować z bohaterem opowiadania, chyba że własnego. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić, że nie mogę doczekać się następnego rozdziału! :)
    Stay strong,
    xoxo Kot

    OdpowiedzUsuń
  6. Proszę, wróć
    Cholernie brakuje mi Twoich tekstów ;-;

    OdpowiedzUsuń
  7. Poszedł do Gerarda, prawda? Jezu, mam nadzieję, że tak. Idę dalej czytać, bo nie wytrzymam, normalnie nie wytrzymam.
    PS: Te wszystkie Frankowe uczucia i emocje... Są jak lustro, dosłownie. Niesamowicie wiernie je opisujesz.
    Alsemera

    OdpowiedzUsuń