środa, 21 maja 2014

Chapter IX

Can you hear me cry out to you
Words I thought I'd choke on figure out
I'm really not so with you anymore
I'm just a ghost


Frank

Byłem sam, zamknięty w czterech ścianach pokoju, obwinięty szczelnie grubą kołdrą. Pośród ciszy oraz potencjalnego bezpieczeństwa, którego mimo to wcale nie odczuwałem. Kilka godzin, które udało mi się przespać, przyniosły efekt odwrotny niż teoretycznie powinny. Odpoczynek w rzeczywistości nie dostarczył mi ani chwili spokoju. Byłem zmęczony, choć jednocześnie czułem, że nawet pomimo chęci nie zdołałbym zmrużyć oka. Dziwny niepokój pełzał po moim sercu, w bardzo nieprzyjemny sposób dając mi znać o swojej obecności.
Biały sufit, na którym odznaczało się kilka niewielkich nierówności, zdawał się z dnia na dzień opadać coraz niżej i niżej. Momentami zastanawiałem się, kiedy w końcu osiągnie punkt krytyczny i zwyczajnie zwali się na moją głowę, przy okazji przynosząc mi choć odrobinę ulgi. Ciężko określić, ile czasu w ciągu całego swego życia spędziłem bezmyślnie wlepiając oczy w jasną powierzchnię zawieszoną nad moim łóżkiem. Było go jednak zdecydowanie o wiele więcej niż powinno. Znałem całą jej strukturę na tyle dobrze, że po zamknięciu oczu potrafiłem dokładnie odtworzyć ją w wyobraźni, określając nawet, w którym miejscu znajduje się każda drobna rysa lub ledwo dostrzegalnie odkruszyła się farba.
Drażniąca melodia budzika nagle rozdarła poranną ciszę, mącąc moje dotychczasowe myśli. Z niewyobrażalnym wysiłkiem powstrzymałem pierwszy odruch, w skutek którego dorobiłbym się kłopotów z powodu rozbitego okna oraz rozerwanego na części urządzenia zalegającego na trawniku przed domem. Zamiast tego, wyłączyłem irytujące źródło dźwięku i nie ruszyłem się z miejsca choćby o milimetr. Mimo że był to ostatni dzień nauki w tym tygodniu, wcale nie zachęcało mnie to do powstania z materaca. Piątek był dniem jak każdy inny – pełnym złości, bezradności oraz obojętności zarazem. Nie miałem najmniejszej ochoty uczestniczyć w czymkolwiek, co wiązałoby się z wstaniem z łóżka i wyjściem z domu, lecz wbrew sobie po chwili podciągnąłem się do siadu. Nie wiedzieć czemu, zsunąłem nagie stopy na chłodne panele i podniosłem się, stając na własnych nogach. Wcale nie chciałem nigdzie wychodzić, nie czułem najmniejszej potrzeby, aby opuszczać swój pokój, jednak moje ciało jakby automatycznie zmuszało się do kontynuowania codziennych czynności.
Poranna toaleta zajęła mi zadziwiająco mało czasu niż zazwyczaj, a może po prostu tylko mi się wydawało. Po raz pierwszy od bardzo dawna wstałem z łóżka niemal kilka minut po alarmie budzika, co momentami zaburzało moje ogólne poczucie czasu. Gdy wydawało mi się, że już zbliża się ósma i zaraz spóźnię się do szkoły, jeśli zaraz nie wyjdę z domu, spoglądałem na zegarek i nagle z zaskoczeniem dostrzegałem, iż zostało mi więcej czasu niż przypuszczałem.
Z braku innych zajęć zarzuciłem na siebie pierwsze lepsze ciuchy wyciągnięte z szafy i poszedłem do kuchni. Byłem tak bardzo przyzwyczajony do tego, że matki zazwyczaj nie ma w domu lub o podobnej porze po prostu jeszcze spała, iż przestałem zwracać już uwagę na podobne sprawy. Starałem się nie myśleć o tym, czego przypadkowo dowiedziałem się wczoraj, lecz trudno było mi wymazać z pamięci widok mojej matki flirtującej z jakimś młodym mężczyzną. Wciąż dręczyła mnie świadomość, że ta sama kobieta od zawsze karmiła mnie bezpodstawnymi kłamstwami, które czasami zwyczajnie nie miały sensu. Czemu to robiła? Czy byłem dla niej tylko i wyłącznie intruzem, z którym zmuszona była żyć pod jednym dachem? To dlatego spędzała tak mało czasu w domu? Przeze mnie?
Choć nie miałem najmniejszej ochoty na jedzenie, przygotowałem sobie dwie kanapki z serem, sałatą i ogórkiem. Wyciągnąłem z lodówki jakiś sok, którego odrobinę nalałem sobie do szklanki, i zająłem miejsce przy stole, stawiając przed sobą przygotowane śniadanie. Tykanie zegara wiszącego w kuchni roznosiło się po pomieszczeniu niczym martwy pomruk pośród grobowej ciszy. Zza zamkniętego okna raz na jakiś czas dało się ledwo słyszeć odgłos pracującego silnika auta akurat przejeżdżającego ulicą. Pochyliłem głowę nad nietkniętym posiłkiem i przymknąłem powieki, z trudem biorąc głęboki oddech, jednocześnie starając się rozluźnić spięte mięśnie. Zatraciłem się w tym stanie na tyle, by po ocknięciu się uznać, że nadeszła pora, aby wyruszyć do szkoły. Odstawiłem więc kubek z sokiem do lodówki, podobnie czyniąc też z przygotowanymi kanapkami. Wróciłem do pokoju po torbę oraz klucze, które, o dziwo, znalazłem bez większego problemu, i zszedłem z powrotem na dół, biernie poddając się temu, co robiłem niemalże każdego zwykłego dnia szkoły. Na koniec pociągnąłem jeszcze za klamkę, upewniając się, iż drzwi od domu zostały zamknięte i dość obojętnie ruszyłem w drogę.
Dręczący mnie niepokój nie słabnął na sile, lecz jakoś trudno było mi na nim skupić swe myśli. W letargu nie zorientowałem się nawet, że zapomniałem odłączyć z kontaktu ładujący się odtwarzacz i zabrać go ze sobą. Na wspomnienie o wczorajszej wyprawie do parku potarłem odruchowo nasadę nosa. I pomyśleć, że mógłbym teraz leżeć sponiewierany gdzieś pod drzewem, cały we krwi, z połamanym nosem, żebrami, a może i nawet kręgosłupem. Może przynajmniej nie czułbym teraz tego wyczerpującego psychicznie przeczucia, nie zwiastującego jak zwykle niczego dobrego. Zwyczajnie zastąpiłby go wtedy przeraźliwy ból albo po prostu przenikliwa pustka, która doprowadziłaby mnie do mety.
Gdy dotarłem na miejsce, do dzwonka brakowało jeszcze około dziesięciu minut. W moim przypadku obecność w szkole o podobnej porze była wyczynem godnym pisemnej pochwały od dyrektora liceum, nie oczekiwałem jednak jakiejkolwiek reakcji ze strony kogokolwiek. Miałem jedynie nadzieję, że przy odrobienie szczęścia uda mi się dotrwać do ostatniej godziny zajęć i nie zrezygnować z lekcji w trakcie ich trwania. Sam nie wiem, czemu tak bardzo starałem się utrzymać w miarę poprawną frekwencję. Chyba jedynie po to, aby nie dawać matce pretekstu do kolejnej kłótni, których wprost nie cierpiałem. Zazwyczaj nawet gdy starałem się nie odzywać, prędzej czy później słyszałem od niej jaki to jestem niewdzięczny i egoistyczny. Zawsze sprawiałem jej tylko niepotrzebne kłopoty, którymi, jak mówiła, nie miała zamiaru się zajmować, nie powstrzymując się od wypomnienia mi także innych, zdecydowanie przedawnionych już spraw. Często wyłączałem się jakoś w połowie jej pretensjonalnego monologu, nie potrafiąc już dłużej słuchać fałszywego przejęcia w tak dobrze znanym mi głosie. Momentami ledwo co powstrzymywałem się przed wymierzeniem jej solidnego policzka, który może wreszcie postawiłby ją na nogi i pozwolił zrozumieć, co tak naprawdę mówi. Przerażało mnie to, dlatego starałem się unikać awantur, aby pod wpływem emocji nie zrobić czegoś, czego mógłbym potem żałować.
Uchyliłem prędko głowę przed lecącą w moją stronę zakrętką od plastikowej butelki po wodzie. Od jakiegoś czasu wśród męskiej części uczniów liceum rozprzestrzenił się fenomen nadmuchiwania pustych butelek po napojach i zakręcaniu ich, by po zaciśnięciu przedmiotu pomiędzy kolanami, jednym sprawnym ruchem odkręcić nakrętkę, która pod wpływem stłoczonego powietrza odstrzelała od ustnika. Zderzenie się z podobną amunicją nie było jakoś szczególnie bolesne, jednak wolałem unikać kontaktu mojej twarzy z jakimikolwiek plastikowymi lub zrobionymi z innego tworzywa obiektami.
Gromki śmiech kilku ledwo znajomych mi twarzy targnął chwilowo wciąż rosnącym na korytarzu szumem. Nie zwracając jednak więcej uwagi na rozweselone grono strzelające we wszystkie możliwe strony plastikowymi zakrętkami, odszedłem pod salę, w której prawdopodobnie odbyć się miały moje pierwsze zajęcia – nie byłem co do tego pewny, lecz nie czułem potrzeby, by sprawdzić ten fakt na szkolnym planie lekcji dostępnym właściwie dla każdego zainteresowanego. Po drodze przypomniałem sobie jednak, iż zarówno zeszyt, jak i podręcznik do języka angielskiego zalegały w mojej szafce, a nie gdzie akurat powinny – w mojej torbie. Nie zatrzymując się przy klasie, minąłem drzwi o numerze dwadzieścia cztery i udałem się w stronę schodów. Nie zajęło mi wyjątkowo dużo czasu znalezienie odpowiedniej szafki. Po wpisaniu kodu, uchyliłem wąskie, podłużne drzwiczki, zza których wypadły dwie poszarpane karteczki. Bezwiednie zgniatając je w dłoni, wrzuciłem obie na górną półeczkę szafki, nie mając ochoty fatygować się w kierunku śmietnika. Przez chwilę przebierałem pomiędzy panującym wewnątrz bałaganem, koniec końców odnajdując szukane przeze mnie przedmioty.
- Żałosna kurwa. – Cichy, lecz wyraźnie ostry szept obok mojego lewego ucha przez ułamek sekundy wydał mi się jedynie niezwykle realistycznym omem słuchowym. Na początku pomyślałem, że to moje własne myśli spłatały mi kolejnego figla, co zdarzyło mi się już kilkakrotnie. Dopiero odruchowo odwracając głowę w stronę źródła dźwięku ujrzałem fragment dziewczęcej twarzy, dźwigającej na skórze zdecydowanie zbyt dużo makijażu. Stała zaraz za mną, spoglądając do wnętrza otwartej szafki, by potem przenieść wzrok na mnie z litościwie uniesioną, podkreśloną czarną kredką brwią. Powoli zmierzyła moją nie wyrażającą niczego twarz i zwyczajnie odeszła, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Przez chwilę obserwowałem jej długie nogi podkreślone dość wysokimi obcasami oraz zbyt krótką spódniczką, do której przyczepiłby się niejeden nauczyciel, dopóki nie zniknęła pomiędzy masą tłoczących się na korytarzu licealistów. Nieprzytomnie odwróciłem głowę z powrotem w stronę szafki, drżącymi dłońmi pakując do torby odnalezioną książkę oraz wyraźnie zniszczony zeszyt. Dwa słowa wywiercały boleśnie wielką dziurę w mojej podświadomości, która z sekundy na sekundy zdawała się utrwalać wewnątrz mnie coraz bardziej. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek, zorientowałem się, iż od jakiegoś czasu bezmyślnie wpatruję się w zamknięte błękitne drzwiczki.
Żałosna kurwa, żałosna kurwa, żałosna kurwa…
Biegiem ruszyłem wzdłuż korytarza, żeby w rekordowym tempie przeskoczyć schody prowadzące na wyższe piętro i znaleźć się pod salą, pod którą zarejestrowałem obecność większości osób przydzielonych do tej samej klasy. Nie żeby spieszyło mi się na tę lekcję, po prostu czując niebezpiecznie zaciskające się gardło, chciałem w jakikolwiek sposób odwrócić uwagę mego organizmu od tego, co wtedy czułem. Nie mogłem dać się ponieść emocjom – w tamtej chwili tylko to miało dla mnie znaczenie.
Jak zwykle zająłem to samo miejsce, mając nadzieję, że nauczycielka zostawi mnie w spokoju. Dwie lekcje angielskiego pod rząd nie były moim największym pragnieniem, lecz mimo wszystko musiałem przez nie przebrnąć. Innej rady jak zaszycie się w ostatniej ławce, przy której na moje nieszczęście nie znajdowało się okno, nie było. Wyłączyłem się już przy pierwszym wypowiedzianym przez nauczycielkę słowie, nie czekając nawet, aż zacznie sprawdzać listę obecności, i wlepiając oczy w swe dłonie spoczywające na blacie ławki. Mimo ogromnych starań moje próby powstrzymania niekontrolowanego drżenia górnych kończyn nie przynosiły choćby najmniejszego efektu. Mocno zacisnąłem więc dłonie w pięści, nie będąc w stanie już dłużej znieść widoku tak wyraźnych oznak własnej słabości.
To były tylko zwykłe słowa. Przecież widziałem, że nie znaczyły nic, że nie były prawdziwe.
Żałosna kurwa, żałosna kurwa, żałosna kurwa…
Moje zaciśnięte zęby boleśnie oddziaływały na dziąsła, które z czasem zaczęły drżeć wraz ze szczęką. Obgryzione paznokcie u rąk były na tyle krótkie, że nie zdołały zranić skóry na moich dłoniach, lecz w tamtym momencie wyjątkowo żałowałem, że nie były w stanie tego zrobić. Może ból rozrywanej skóry odwróciłby choćby na chwilę moją uwagę od tego, co dziś usłyszałem. Od słów, które non stop kręciły się w kółko po mojej głowie, jak gdyby szukając dla siebie miejsca, by osiąść tam już na stałe.
Przecież tyle razy słyszałem podobne określenia odnoszące się do mojej osoby. Przecież zawsze udawało mi się jakoś przed nimi uciec. Przecież nigdy w nie nie wierzyłem. Przecież wiedziałem, że wcale nie są prawdziwe, że to wszystko jest zwykłym wymysłem. Przecież…
Z ogromną trudnością nabrałem głęboko w płuca powietrze, które nagle wydało mi się jakieś dziwnie ciężkie i mdłe. Zamknąłem zmęczone oczy, opierając rozgrzane bez żadnego powodu czoło o zimną ścianę, pokrytą śliską w dotyku farbą olejną w kolorze zgniłej cytryny. Musiałem uspokoić myśli, uspokoić swój organizm, który reagował wbrew mojej woli na krążące w świadomości wspomnienia wszystkich wyzwisk, nie wiedzieć czemu wracających do mnie akurat teraz. A zdawało mi się, że już zdążyłem o nich zapomnieć.
- Iero, wstań!! – wściekły, kobiecy krzyk rozniósł się po pomieszczeniu, a może i nawet korytarzu.
Drgnąłem zaskoczony, otwierając momentalnie oczy i odwracając się przodem do stojącej przy tablicy kobiety. Jak gdyby automatycznie wstałem z krzesła, na wszelki wypadek opierając się obiema dłońmi o blat. Było mi niedobrze, miałem wrażenie, że zaraz zwymiotuję wszystkie swoje wnętrzności, które niespokojnie skręcały się w bolącym brzuchu. Moje kolana ugięły się znacznie pod dokuczliwym ciężarem spojrzeń wszystkich obecnych w sali osób. Zza opadającej na oczy grzywki popatrzyłem na nauczycielkę, która wolnym krokiem podeszła do biurka, opierając się o mebel puszystym biodrem. Spoglądała na mnie zza okrągłych okularów, swoimi szkłami zasłaniającymi połowę jej pulchnej twarzy.
- Słucham – niemalże wyszeptałem, z doświadczenia wiedząc, że na to właśnie czeka.
- Nie wyspaliśmy się, proszę pana? – mruknęła cynicznie, przyjmując o wiele bardziej nieprzyjemny wyraz twarzy niż na początku.
Przełknąłem z trudem ślinę, starając się stać prosto. Wyraźnie czułem jak moje ciało kiwa się to w jedną, to w drugą stronę, jakby zaraz miało z hukiem runąć na podłogę lub stojącą przed nim ławkę. Ciszy panującej wśród uczniów nie mąciły nawet najdrobniejsze odgłosy, zupełnie jak gdyby wszyscy nagle zostali spetryfikowani i przestali chociażby oddychać.
- Nie, proszę pani – odrzekłem odruchowo.
- Na mojej lekcji się nie śpi, tylko się uważa – odrzekła niby spokojnie, choć przez każdą sylabę przeplatała wyraźne nutę groźby. – Może mam jeszcze przynieść na plecach łóżko, żeby było panu wygodniej i nareszcie się pan skupił, tak panie Iero?
- Nie, proszę pani.
- Nie? Och, czyli jednoznacznie stwierdzasz, że jednak uważasz na mojej lekcji? – odparła, nie pozostawiając mi ani chwili na jakąkolwiek reakcję. – Więc powiedz nam, proszę, jaką wspólną pracą zasłynęli Diderot, Jean d’Alembert, Wolter, Jean-Jacques Rousseau oraz weźmy na to jeszcze Charlesa de Montesquieu?
- Nie wiem, proszę pani – odpowiedziałem, nawet nie zastanawiając się nad pytaniem. Wymienione nazwiska kojarzyłem z ledwością, a co tu dopiero mówić o ich twórczości lub współpracy z kimkolwiek.
- Siadaj, bo przez takich jak ty mam ochotę po prostu wyskoczyć przez okno – warknęła z irytacją, pełnym agresji ruchem otwierając dziennik i wpisując przy moim nazwisku nietrudną do odgadnięcia ocenę.
Z nieznaczną ulgą zrobiłem to, co kazała, ciężko opadając na twarde siedzenie. Po krótkiej chwili nauczycielka wróciła do prowadzenia lekcji, nie zauważając jak ktoś rzuca we mnie długopisem, który trafił w moje ramię.
Nie zwróciłem uwagi na drobny przedmiot, kiedy ten spadł na podłogę i przetoczył się po zakurzonym linoleum gdzieś pod inną ławkę. Starałem się skupić na moim szalejącym żołądku, który najwyraźniej obrał sobie za cel doprowadzenie mnie tego dnia do wymiotów. Szybko zapomniałem o całej zaistniałej na lekcji sytuacji, po której jedynym śladem pozostały resztki niedawnego stresu i niewielkiego zawstydzenia. Moja uwaga mimowolnie bardziej skupiała się na wariujących wnętrznościach. Odczuwałem to tak, jak gdyby w panice skręcały się, wiły, przeplatały ze sobą nawzajem lub boleśnie kurczyły. Z zaskoczeniem zarejestrowałem drżące pod ławką kolana, z których stanu wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Chciałem wrócić do domu, zamknąć się w pokoju i udawać, że tego dnia nie było, że nigdy się nawet nie rozpoczął. Najgorsza jednak była świadomość, że jeszcze nie minęła chociażby połowa dzisiejszego planu zajęć. Przede mną ustawione w kolejce czekały następne lekcje, które kończyły się dopiero po godzinie czternastej. Wyglądało na to, że wszystko to było jedynie zapowiedzią zbliżającego się koszmaru, którego za żadne skarby nie uda mi się uniknąć.
Dzwonek tym razem odczułem niczym prawdziwe, lecz jedynie chwilowe wybawienie. Zrywając się z krzesła, wybiegłem z klasy jako pierwszy i pobiegłem do najbliższej męskiej toalety. Zatrzaśnięciu drzwi kabiny towarzyszył donośny huk, a chwilę później drżącymi rękami z ogromną trudności zamknąłem je na zasuwkę. Na szczęście deska na toalecie była już otwarta - miałem wrażenie, że gdybym zastał ją zamkniętą, nie dałbym rady jej nawet uchylić. Bez sił upadłem na kolana, nie zwracając uwagi na spory ból, który przeszył moją skórę oraz kości, i nisko pochyliłem pełną panicznych myśli głowę nad muszlą klozetową. Nieprzyjemny zapach natychmiast dotarł do mojego nosa, jednak w tamtej chwili był on ostatnią rzeczą, której życzyłbym śmierci. Nagle mocniejszy niż zwykle skurcz wyraźnie dał mi się we znaki, więc pochyliłem głowę jeszcze niżej, oczekując nadejścia wymiotów. Niespodziewanie jednak skurcz zaraz zmniejszył się, dając mi odrobinę oddechu, by po kilku sekundach ponowić swoją bolesną czynność. Będąc w takim stanie po niedługiej chwili jedyną rzeczą, o jakiej marzyłem, było zwyczajne zwrócenie tego, co miał w posiadaniu mój żołądek. On chyba jednak miał inne zamiary i planował jeszcze trochę pomęczyć skręcające się wnętrzności. Za każdym razem, kiedy zdawało mi się, że to właśnie ten moment i za kilka sekund będę miał już spokój – skurcz zmniejszał swą częstotliwość, sprawiając w ten sposób, iż moje całe ciało drżało w niepełnych konwulsjach, z niecierpliwością czekając na te jebane wymioty.
Nie miałem pojęcia, czy cały ten proces był tylko wymysłem mojego złośliwego żołądka, czy efektem dość rzadkiego spożywania posiłków oraz stresu. Ostatnią rzeczą, jaką przełknąłem, było kilka łyżek serka, który od wczorajszego popołudnia stał wciąż otwarty w lodówce. Zresztą musiałem się go jak najszybciej pozbyć - jeśli zobaczyłaby go moja matka, znowu zaczęłaby się czepiać o coś, co dla mnie nie miało większego znaczenia.
Odchyliłem głowę w bok, opierając czoło o zaciskającą się na brzegu toalety dłoń. Głębokie wdechy i wydechy tylko w nieznacznym stopniu pozwalały mi na moment ulgi i fałszywego odczucia względnego panowania nad sytuacją. Dziwiłem się, że dzwonek na następną lekcję jeszcze nie zadzwonił – miałem wrażenie, jakbym klęczał tak już od kilku dobrych godzin, nie minut, jak to było w rzeczywistości.
Żałosna kurwa.
Wyczerpany opadłem na kafelki, którymi wyłożona była podłoga. Moje ciało było na tyle słabe, że nie zdołałem nawet utrzymać równowagi lub chociażby podeprzeć się jedną dłonią o ścianę kabiny. W łazience panowała pustka, jedynym źródłem dźwięku były stłumione hałasy dochodzące z korytarza, co oznaczało jednocześnie, że nie przeoczyłem alarmu i kolejne zajęcia rzeczywiście jeszcze się nie rozpoczęły. Prawdopodobnie tylko dzięki swej drobnej posturze mieściłem się na leżąco w kabinie, której wielkość mimo to zmusiła mnie do podkulenia nóg. W kontakcie ze skórą mojej twarzy kafelki wydawały się lodowato zimne, jak gdyby dopiero ktoś wyjął je z zamrażalki, nie wiadomo po co trzymając w niej podobne przedmioty. Mój oddech stał się chrapliwy, coś drapało mnie w gardło, lecz mimo to odczułem ulgę, gdy zorientowałem się, iż ból brzucha po prostu zniknął bez śladu. Przymknąłem zmęczone oczy, z trudem przełykając ślinę, aby choć trochę nawilżyć gardło.
Zdawałem sobie sprawę, że spóźnienie się na drugą godzinę angielskiego nie wróżyłoby nic dobrego, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż nauczycielka miała dziś niezbyt dobry humor. Pomińmy fakt, iż to ja byłem powodem jej rozdrażnienia – przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Wstałem więc powoli z podłogi, z niezadowoleniem żegnając w myślach chłodną podłogę. Na szczęście nie zakręciło mi się w głowie, co pozwoliło mi zachować w miarę prostą pozycję. Otrzepałem na odczepnego pogniecione ubranie i wyszedłem z kabiny. Natychmiast podszedłem do jednego z czterech kranów zawieszonych nad umywalkami i odkręciłem kurek. Pochylając się nad zlewem, łapczywie pochłaniałem kolejne łyki zimnej wody, które jako tako pozwoliły mi otrzeźwić własny organizm.
Pod klasę dotarłem w momencie, gdy wchodziły do niej już ostatnie osoby. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętałem drogi z toalety do sali, twarzy mijanych osób, czy ktoś mnie popchnął, czy może jednak nie. Świadomość powróciła do mnie dopiero, kiedy ujrzałem uchylone drzwi oznaczone numerkiem dwadzieścia cztery, który pozłacanymi cyframi wrył się w drewnianą, starą powierzchnię prawdopodobnie już na stałe. Jako ostatni wszedłem do środka i zająłem swoje miejsce, starając się choć trochę udawać zainteresowanie omawianym tego dnia tematem, którego tak naprawdę wcale nie znałem. Ani trochę nie rozumiałem słów lekko gestykulującej kobiety, opowiadającej o czymś… O czymś.
Kolejne godziny okazały się być niemniej męczące niż ta pierwsza spędzona w szkole. Na lekcjach wciąż starałem się pozostać niezauważonym, tak jak bywało zawsze, jednak tego dnia najwyraźniej coś sprawiało, że uwaga nauczycieli wyjątkowo skupiała się właśnie na mnie, zwłaszcza gdy szukali wzrokiem kogoś, kogo można by rozsmarować na podłodze przy tablicy. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zdobyć aż trzech ocen niedostatecznych w ciągu jednego dnia. Oprócz angielskiego, do odpowiedzi wyciągnięto mnie dodatkowo na fizyce oraz historii, co, jak można się z łatwością domyślić, nie przyniosło żadnego pozytywnego skutku zarówno dla mnie, jak i nauczycieli, którzy z marsowymi wyrazami twarzy wpisywali mi jedynkę do dziennika, gdy po zadaniu pytania nie usłyszeli ode mnie nawet najkrótszego słowa. Oceny te jednak nie zrobiły na mnie najmniejszego wrażenia.
Większość zagadnień omawianych w szkole była czymś tak bezużytecznym, iż nie przykładałem do nich większej wagi. Liczyło się dla mnie tylko to, by zdawać do wyższych klas, które jako jedyne były w stanie doprowadzić mnie do tak długo wyczekiwanego zakończenia obowiązkowego kształcenia. Matka rzadko dowiadywała się o moich wynikach w nauce, ponieważ zwyczajnie jej to nie interesowało. Zdaje mi się, że jedynym powodem, dla którego pozwalała mi wciąż mieszkać w domu, był fakt, iż nadal uczęszczałem do szkoły. Podejrzewam, że gdybym pewnego dnia po prostu przestał tam chodzić, aż w końcu dyrektor sam wypisałby mnie z listy uczniów, bez żalu wyrzuciłaby mnie na zbity pysk. Chyba dlatego właśnie, kiedy nareszcie wychodziła z pracy wcześniej niż zwykle i pojawiała się na zebraniach dla rodziców, zaglądała głównie do listy obecności, ocenami zajmując się w drugiej kolejności lub w ogóle. Gdy liczba godzin nieobecnych (nigdy nie była ona równa zeru) prezentowała się wcale nie najgorzej, mama nie zaszczycała tej informacji nawet najkrótszym słowem, lecz kiedy przed jej oczami pojawiała się liczba większa niż według niej powinna być, jedyną reakcją, jakiej za każdym razem w podobnych przypadkach mogłem się po niej spodziewać, były sarkastyczne komentarze połączone niekiedy z drobnymi sprzeczkami. Kłótnie te jednak od słowa do słowa toczyły się w sprawie zupełnie niezwiązanej ze szkołą, podążając w zupełnie innym kierunku. Za każdym razem w takich sytuacjach po prostu czułem, że tak naprawdę w ogóle jej nie obchodzę… Że w rzeczywistości ma gdzieś wszystko to, co ze mną związane, a poprzez te domowe awantury stara się jedynie zachować pozory bycia matką interesującą się swoim dzieckiem i przejmującą się jego problemami. Moja matka nie znała mnie ani trochę. Nie wiedziała o mnie nic, prócz suchych faktów, które można było wyczytać z urzędowych papierków.
Może i robiłem źle, że się nie uczyłem, unikałem szkoły i nie przejmowałem się kolejnymi zapowiedzianymi sprawdzianami, jednak tutaj nie chodzi o to, że jestem leniwy. Nigdy się jej nie tłumaczyłem - po prostu byłem pewien, że nie potrafiłaby zrozumieć tego, co by ode mnie usłyszała. Nie chciałem być dla nikogo ciężarem, nawet dla niej. Mój brak zainteresowania nauką oraz wykształceniem nie wiązał się z brakiem pomysłów na przyszłość lub czymś podobnym. Otóż Frank Iero posiadał plan na przyszłość i siedział on w jego głowie już od bardzo dawna. Nie miał zamiaru zakładać rodziny, iść na studia, czy szukać jakiejś nędznej pracy. Moim planem była szybka śmierć. A czy do śmierci niezbędne jest jakieś wykształcenie? Czy do śmierci potrzebne są wyniki końcowych egzaminów? Mój plan nie był złożony, był nadzwyczaj prosty i łatwy do wykonania. I co najważniejsze, tylko on mógł pozwolić mi nareszcie się uwolnić.
Niejedna osoba zapytałaby pewnie: więc po co czekać? Dlaczego nie zrobić tego teraz, skoro nauka nie jest dla mnie ani trochę ważna? Moja odpowiedź byłaby wtedy także zaskakująco prosta. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czemu postanowiłem zejść dopiero po zakończeniu liceum. Może wolałem zakończyć tę ostatnią sprawę przed swoją śmiercią, by nie zostawiać po sobie niczego niedokończonego? A może tak naprawdę byłem zwyczajnym masochistą, który lubi męczyć się jako popychadło wśród otaczających go ludzi? Nie wiem. Tak po prostu któregoś dnia postanowiłem i tak właśnie miało się wszystko skończyć. Przynajmniej raz chciałem, by coś odbyło się w sposób, w jaki ja tego pragnąłem, jaki ja sam sobie wybrałem.
Długą przerwę jak zwykle spędziłem ukryty w toalecie, choć bez zapomnianego przez swoją nieuwagę odtwarzacza ciężko było mi przetrwać ten chaos. Nienawidziłem tego hałasu, dźwięku, który nie kojarzył mi się z niczym innym jak szkołą, biciem, szturchaniem, poniżaniem, wysłuchiwaniem wszystkich tych obelg, które… wcale nie były prawdziwe…?
Żałosna kurwa.
Nieprawdziwe, nieprawdziwe, nieprawdziwe, nieprawdziwe.
Tego dnia strasznie bolała mnie głowa. Momentami odnosiłem wrażenie, że jeszcze minuta, a moja czaszka zwyczajnie eksploduje, rozbryzgując rozerwaną tkankę po ścianach jednej z sal lekcyjnych. Kurwa, mój mózg.
Na jednej z dziesięciominutowych przerw opadłem na podłogę obok sali, której numer wyraźnie widniał na planie lekcji. Podkuliłem nogi pod siebie, starając się nie zajmować zbyt dużo miejsca, by nikt nie zwrócił na mnie swojej uwagi. Jakoś kilka minut przed dzwonkiem zauważyłem go. Szedł pewnym siebie krokiem wzdłuż korytarza, najprawdopodobniej w kierunku swojej klasy. Zapewne nie przykułby mojej uwagi, gdyby nie fakt, iż pomimo piekielnie wysokiej temperatury miał na nogach ciężkie, czarne glany. Niezawiązane sznurówki wystawały mocno z dziurek, jednak ten w ogóle się nimi nie przejmował. Siedząc na podłodze, buty były pierwszą rzeczą jaką ujrzałem, a dopiero dyskretnie unosząc wzrok zdołałem dostrzec, że to właśnie był on. Za nim w bezpiecznej odległości skradały się dwie wyraźnie podekscytowane pierwszoklasistki, lecz Way zdawał się ich w ogóle nie spostrzegać. Odgarnął czarną grzywkę akurat w momencie, gdy przeniosłem wzrok na jego twarz. Rad czy nie rad, oboje spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. To była chwila, dosłownie ułamek sekundy, lecz mój organizm nawet na to zdążył zareagować.
Kiedy spojrzałem mu prosto w twarz, powróciło wszystko - utrata przytomności, uścisk jego rąk, szept zbyt blisko mojego ucha, irytujący uśmieszek czający się non stop na jego niewyparzonych ustach, zapach wnętrza jego samochodu, lekko zarozumiały ton głosu... A potem jeszcze kilka prób rozmów, które starał się rozpocząć napotykając mnie przypadkowo pewnego dnia na korytarzu, jednak nie przynoszących nigdy żadnego większego skutku. No i wściekłość. Znów ta wściekłość, że pozwoliłem mu się dotknąć, że pozwoliłem mu się zbliżyć bardziej niż komukolwiek innemu. A przecież nie ufałem mu jak każdemu, trzymałem się z daleka jak od całej reszty. Gdybym tylko mógł mu się wtedy postawić… Żałowałem, bardzo żałowałem, iż dałem się ponieść słabości i zemdlałem, tym samym przyjmując jego litość. Rzygałem tym, rzygałem jego pseudo pomocą, której udzielił mi zarówno za pierwszym razem, jak i za drugim, kiedy w śmierdzącej szatni po wychowaniu fizycznym doszło do drobnego incydentu.
Jego plecy prędko zniknęły wśród tłumu, pozostawiając po sobie jedynie moje rozdrażnienie. Tym razem ze zniecierpliwieniem oczekiwałem na przyjście nauczyciela, który w końcu otworzyłby klasę. Jeżeli miałem przeżyć wszystkie dzisiejsze zajęcia, chciałem, by minęły one jak najszybciej. Gdybym tylko był w stanie, przestawiłbym zegarki w całej szkole, aby tylko wyjść stamtąd wcześniej, niż było to zaplanowane.

* * *

Zmierzając na ostatnią lekcję, czułem się tak wyczerpany, że ledwo co stawiałem kolejne kroki. Chyba jedyną myślą, która trzymała mnie wtedy przy świadomości, było to, iż za mniej więcej pięćdziesiąt minut mogłem bez problemu wyjść z tego budynku i przerwać ciągnącą się w nieskończoność katorgę.
Po korytarzu kręciło się już mniej osób głównie dlatego, że w piątek większość klas zajęcia kończyła prędzej. Niestety, należałem do grona tych, którym planowo przypadała jeszcze jedna ostatnia godzina.
Wpatrując się w czubki swoich czerwonych trampek, podążałem poboczem korytarza pod salę o numerze trzydzieści sześć, w której odbywały się zajęcia chemii. Przedmiot ten jako jedyny nigdy nie sprawiał mi trudności. Zaliczałem sprawdziany na oceny dobre, nawet jeśli przygotowywałem się tylko poprzez przejrzenie zeszytu pięć minut przed rozpoczęciem pisania. Gorzej było z zadaniami skupiającymi się głównie na rachunkach, z których ledwo wyciągałem na dwóję.
Niespodziewany uścisk na moim lewym ramieniu sprawił, że drgnąłem wyraźnie, chcąc odskoczyć od źródła niepożądanego dotyku. Nie zdążyłem jednak nawet podnieść wzroku z podłogi, gdy ktoś mocno popchnął mnie na lekko uchylone drzwi do damskiej toalety, obok której właśnie przechodziłem. Najwyraźniej agresor źle wymierzył odległość lub po prostu specjalnie popchnął mnie w taki sposób, iż zamiast po otwarciu drzwi wpaść do pomieszczenia, prawym ramieniem uderzyłem o fragment odstającej ściany, gdzie znajdowała się futryna. Mimowolnie jęknąłem cicho, jednak atakująca osoba nie dała mi szansy nawet na podniesienie palca, łapiąc mnie obiema dłońmi za bluzę na plecach i wpychając głębiej wewnątrz pomieszczenia.
Przez cały dzisiejszy dzień było mi niedobrze i momentami kręciło się w głowie, co raczej nie sprzyjało mojej koordynacji ruchowej. Ledwo utrzymałem równowagę, lecz moje nogi były na tyle słabe, że mimo wszystko upadłem na podłogę, brzuchem do dołu. Prędko jednak odwróciłem się na plecy, jednocześnie automatycznie podpierając na łokciach, co poskutkowało silnym zawrotem głowy. W tamtej chwili jednak tak naprawdę nie skupiałem się już na stanie mojego organizmu. I pomyśleć, że akurat teraz, gdy pozostało mi tak niewiele czasu, by dotrwać do końca, musiało się coś stać.
Wprawnym ruchem odrzuciłem do tyłu grzywkę utrudniającą mi ogólną ocenę mojej aktualnej sytuacji. Przede mną stał ubrany w barwy szkoły koszykarz, którego twarz była mi znana aż zbyt dobrze. Za nim znajdowało się jeszcze dwóch innych sportowców - zajęli się oni zamknięciem drzwi i zaraz dołączyli do swojego kapitana, zajmując miejsca po obu jego stronach. Zawsze drwiłem sobie w myślach z ustawienia, w którym się trzymali - zupełnie jak zgrana banda kryminalistów, chroniąca swego lidera posiadającego niewiele więcej szarych komórek niż oni sami.
Torba zleciała mi z ramienia, gdy popchnięto mnie do wnętrza, jak się zaraz okazało, pustej toalety, i wylądowała niedaleko wyjścia. Biodro, na które spadłem, kiedy nie zdołałem utrzymać równowagi, pulsowało ostrym bólem. Starałem się go jednakże nie okazywać nawet w najmniejszym stopniu. Byłem taki zmęczony. Mimo sytuacji, w której się znajdowałem, miałem ochotę po prostu położyć się w całości na kafelkach, oprzeć głowę na dłoni i odpocząć. Odpocząć choć chwilkę.
- Nareszcie możemy oglądać cię w twoim naturalnym środowisku – zarechotał Tran, jednocześnie klepiąc swoich rozbawionych towarzyszy po ramionach. – I jak się czuje nasza mała Frania? – zapytał niby pieszczotliwie, pochylając się nade mną i opierając jednocześnie dłonie na umięśnionych udach. – Specjalnie dla ciebie wybraliśmy tę dzisiejszą scenerię. W końcu babie najlepiej w łazience, co nie?
Dwóch chłopaków zgodnie pokiwało głowami. Zdziwiło mnie to, jak bardzo w tamtym momencie przypominali plastikowe zabawki w kształcie psów, które fani podobnych bzdetów namiętnie ustawiali na deskach rozdzielczych swych samochodów.
Podciągnąłem prędko jedną nogę, na którą niby przypadkowo zamierzał nadepnąć barczysty koszykarz. Chłopak okrążył mnie z boku i chwycił za bluzę na piersi, podciągając do góry. Zacisnąłem zęby, czując narastający ból głowy, który w ciągu poprzednich zajęć zdążył już nieznacznie zelżeć. Jak na złość, wszystko co najgorsze zaczynało powracać do mnie w tej samej chwili. Rozstrój żołądka ponownie dał o sobie znać jak na razie tylko drobnym skurczem, głowa rozpoczynała pulsować w rytmie nasilającego się kłującego bólu, nogi stały się odrętwiałe - cały mój organizm zachowywał się, jak gdyby nagle skumulowane wewnątrz osłabienie natarło na całe ciało zebranymi niedawno siłami w jednym momencie, chcąc osiągnąć jak najefektywniejszy skutek.
Przekręciłem głowę w bok, gdy twarz Trana znalazła się na tyle blisko mojej, iż bez zbędnego wysiłku mogłem poczuć na skórze jego palący, nieprzyjemny oddech. Zdawał się grozić mi nawet tak niepozornym gestem, jak niezbędne dla życia oddychanie.
- Co, już popuściłeś? – mruknął kpiąco wprost do mojego ucha.
Mając dobry widok na jego kumpli, dostrzegłem jak w tej samej chwili obaj podeszli bliżej nas, wciąż jednak zajmując miejsce kilkadziesiąt centymetrów za plecami swojego lidera.
- Spierdalaj – bezwiednie rzuciłem w przestrzeń.
Nagły ból w plecach spowodowanych silnym przyparciem mojego ciała do drzwi jednej z zamkniętych kabin sprawił, że zacisnąłem mocno powieki oraz zęby, by nie wydać z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Było mi już obojętne, czy zaprzestanie na tym, czy może będzie męczył mnie przez całą następną godzinę. Niezliczoną ilość razy znajdywałem się w bliźniaczo podobnych sytuacjach. Nie raz ledwo co podnosiłem się z podłogi lub ziemi, kiedy wreszcie znudziło im się lub zwyczajnie musieli przerwać, ponieważ mieli na ten czas jakieś inne plany. Wtedy nie starałem się uciekać i teraz także nie miałem zamiaru.
Jeszcze nie zaczęli, a mnie już wszystko bolało. Wszystko na zewnątrz, jak i wewnątrz. Wiedziałem, że kiedy skończą, będę cierpiał jeszcze bardziej, więcej i zdecydowanie dłużej, tyle że w tamtej chwili wcale nie czułem potrzeby uniknięcia tego bólu.
- Do mnie to było, spedalona pizdo? – warknął wściekle, przesuwając moje ciało wyżej. Poczułem, jak stopy oderwały się od podłogi, jednak nie otworzyłem oczu nawet po to, aby zorientować się, w jakiej odległości od podłoża się wtedy znajdowałem. Gdybym miał choć trochę więcej siły, pewnie zacisnąłbym szczęki.
- Nie, kurwa, do Najświętszej Maryi Panny. – Czyjś rozdrażniony, lecz stanowczy głos sprawił, że najwyraźniej zdezorientowany koszykarz rozluźnił lekko uścisk na moim ubraniu, przez co opadłem kilka centymetrów niżej. Pod czubkami butów zdołałem wyczuć twarde kafelki.
Sam otworzyłem oczy, z opóźnieniem wygrzebując z pogrążonego w chaosie umysłu informację na temat osoby, z której gardła pochodził niespodziewany głos.
Stał może dwa kroki od wejścia. Zdziwiło mnie to, iż mimo braku hałasu, żaden z obecnych nie usłyszał jego wtargnięcia. Wszyscy sportowcy spoglądali na niego z tępym zaskoczeniem, jedynie na mnie jego pojawienie się nie zrobiło jakiegoś wielkiego wrażenia. Na tamtą chwilę miałem dość wszystkiego, ale wszystko było mi jednocześnie obojętne. Gdzieś w zakamarkach swojej świadomości poczułem tlącą się iskierkę jak gdyby nadziei, która, nie wiedzieć czemu, pojawiła się pośród wypaczonych już do granic możliwości myśli. Po wyjątkowo krótkiej chwili jej obecność jednak wydała mi się tak bardzo absurdalna, że aż zachciało mi się śmiać. Ryczeć ze śmiechu, trzymając się za brzuch. Wypluć własne płuca i wciąż nie przestawać się śmiać. Momentami miewałem wrażenie, że jestem najgłupszym człowiekiem na świecie. Nadzieja? Chyba tylko już dawno rozdarta na kawałki, rozerwana na strzępy, jak ochłapy mięsa rzucane na pożarcie dzikim zwierzętom. Zniszczona, zrujnowana.
- Gerard? – mruknął dziwnie machinalnie Tran, odstawiając mnie bez zainteresowania na podłogę, by móc odwrócić się w stronę przybyłego. Zaraz rozpostarł ramiona w geście poufałego powitania i zrobił krok do przodu. – Cześć, stary, znudziły ci się już te pieprzone lekcje, co? Nam tak samo – odrzekł, kiwając jednocześnie głową.
- Tak? To chyba muszę cię zmartwić – odparł Way, nie ukrywając swojej niechęci do rozmówcy, czego ten najwyraźniej nie widział. – Pani Edlund od jakichś pięciu minut lata po korytarzu wściekła i wykrzykuje twoje nazwisko.
Twarz Trana przybrała zdezorientowany wyraz, by zaraz zmarszczyć swe czoło.
- O kurwa mać, ja pierdolę… Referat! Ten pieprzony referat! Całkiem o nim zapomniałem! – rzucił na jednym wydechu. – Dalej chłopaki, idziemy. Trzeba ją trochę udobruchać, do chuja pana.
Nie potrwało długo nim trójka koszykarzy wyskoczyła z toalety w wyjątkowo szybkim tempie, robiąc przy tym sporo hałasu na korytarzu.
Stojąc bez przerwy oparty o kabinę, obserwowałem tę krótką wymianę zdań z raczej niewielkim zainteresowaniem. Wcale nie czułem się jakby cała ta „luźna” gadka miała w jakikolwiek sposób wpłynąć na mój dalszy los. Akurat skończyło się tak, a nie inaczej, i normalnie nie miałbym z tym najmniejszego problemu, gdyby nie to, że… on. On znowu wpieprzył się z buciorami tam, gdzie nikt go nie zapraszał.
Nim zdążyłem zarejestrować kątem oka jakikolwiek ruch, Way stał już obok mnie, trzymając w dłoniach moją torbę. O dziwo, nie mówił nic, choć sam nie wiem, czego się spodziewałem. Może tego, że ponownie zażąda ode mnie podziękowań za coś, o co w ogóle go nie prosiłem.
Bez słowa zabrałem swoją torbę, wieszając ją od razu na prawym, nadal obolałym ramieniu. Nie patrzyłem mu w twarz, poziom, na którym utrzymywałem swój wzrok, znajdował się w okolicy jego klatki piersiowej. Myśl o tym, że po raz kolejny ten sam człowiek, który nie wiedzieć czemu za każdym razem ratuje mnie z opresji, zrobił coś, przez co uniknąłem potyczki z koszykarzami oraz jej bolesnych konsekwencji, sprawiała, że rosło we mnie potężne rozdrażnienie. Skąd, do cholery, wiedział, że szykuje się kolejna burda i to akurat tutaj? Możliwe, by usłyszał jakieś pogłoski krążące po szkole? Ale w takim razie, czy nie zebrałoby się tutaj więcej osób, skoro informacja rozniosła się w szersze grono? Ech, właściwie to nieważne.
Moją wciąż pękającą głowę przeszył kłujący ból, gdy za drzwiami rozległ się dzwonek. Bez słowa wyminąłem Way’a, po chwili mimo wszystko zatrzymując się. Nie odwróciłem się jednak, nie chcąc więcej spoglądać na tę twarz. Twarz, która za każdym razem wwiercała się we mnie nachalnym spojrzeniem zielonych oczu. Nie lubiłem spoglądać w te tęczówki, pod ciężarem których czułem się, jak gdybym był zupełnie nagi. Było mi zdecydowanie nieswojo i nie podobało mi się to uczucie.
- Nie potrzebuję tego, rozumiesz? – warknąłem cicho. – Przestań mieszać się w to, co ciebie nie dotyczy. Bądź tak łaskaw i oszczędź mi tych swoich świadectw litości.
Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, ruszyłem w kierunku drzwi, za którymi słychać było jeszcze rozbiegających się do klas uczniów. Odskoczyłem nagle, gdy poczułem dotyk na swoim lewym ramieniu, jednocześnie odwracając się w kierunku chłopaka, który zaraz cofnął rękę.
- To wcale nie litość – odrzekł stanowczo, wpatrując się we mnie, jak gdyby wydarzenie sprzed sekundy nigdy nie miało miejsca. – Po prostu chciałem pomóc. Tak trudno…
- Zamknij się! – Sam zaskoczony swoim wybuchem, zapomniałem o obawie i wbiłem krytyczny wzrok w jego nadal opanowane oczy. – Powiedziałem już, że masz się, kurwa, odpierdolić, okay?! – wykrzyknąłem, nie bacząc na to, że można było mnie zapewne usłyszeć na korytarzu. - I nigdy więcej nie waż się mnie dotykać! – dodałem ściszonym, lecz wciąż ostrym tonem.
Szybkim krokiem wyszedłem z toalety, chwiejąc się, kiedy przekraczałem próg. Zawroty głowy nie powstrzymały mnie przed udaniem się na lekcję, gdzie, jak się zaraz okazało, nauczycielka spóźniała się, więc przynajmniej ominęło mnie tłumaczenie powodu przybycia na zajęcia po czasie. Ciężko opadłem na swoje krzesło, opierając głowę na blacie ławki i chowając ją pod rękoma.
Chrapliwy oddech podrażniał moje gardło za każdym razem, gdy nabierałem kolejną dawkę powietrza. Coś wewnątrz mnie jakby pękło, kiedy znalazłem się w sali, gdzie już nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Bolesne ukłucie w klatce piersiowej spowodowało, że moje oczy zaszły wilgocią, którą zaraz dyskretnie starłem brzegiem rękawa. Było mi źle, ale nie wiedzieć czemu, czułem się jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy przyparty do ściany wysłuchiwałem obelg skierowanych właśnie do mnie. Nie chciałem już o tym myśleć, nie chciałem myśleć o czymkolwiek.
Powstrzymując zdławiony krzyk, który niechybnie wydobyłby się w tamtej chwili z moich ust, gdyby nie własna szybka reakcja, zacisnąłem zęby na rękawie bluzy. W pewnym momencie wbiłem je na tyle mocno, iż poczułem ból w okolicy nadgarstka. I choć trwało to zaledwie krótką chwilę, ponownie odniosłem wrażenie, że to cierpienie było inne - było lepsze, bo pozwalało skupić się na męce własnego ciała, nie umysłu.


5 komentarzy:

  1. Nosz co za uparciuch! Mam nadzieję, że w końcu niedługo przyjmie tą pomoc, bo tak jak od początku było mi go strasznie szkoda, tak teraz się wkurzam... Może nie powinnam, ale to silniejsze xd.
    Cieszę się na nową notkę od Ciebie. Obudziłam się rano, sprawdzam aktualizacje i nagle banan na buzi ;D
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Magiczne <3
    Jaram się za każdym razem na nowy odcinek, jaram się jeszcze bardziej gdy dochodzi do ich rozmów i jaram się tym uczuciem, że to jeszcze się nie rozwinie. Takie świetne uczucie wyczekiwania, nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.
    Pozdrawiam,
    Destroya

    OdpowiedzUsuń
  3. Boże, kolejna, świetna część! Z zniecierpliwieniem czekam na kolejną.
    Uwielbiam Ciebie i twoje opowiadania! ;3

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział! Na początku troszkę się dłużył, ale akcja z Gerardem to w zupełności wynagrodziła :). Rety, czemu ten Frank tak się opiera? Dziwny chłopak, doprawdy. Ja bym się od razu rzuciła na Gee :). Pozdrawiam i życzę dalszej weny!
    xoxo Kot

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja błagam, niech on wreszcie przełknie swoją dumę czy co to tam do chuja jest, niech da sobie pomóc! Mnie się tu serce kraje na samą myśl o tym, przez co on codziennie przechodzi, a ten osioł uparty ciągle wszystkich od siebie odpycha. Boże jak ja bym chciała, żeby w końcu dopuścił do siebie Gerarda. On sam na bank wie ile mu zawdzięcza, tylko by się w życiu nie przyznał do tego.
    I chciałam Ci powiedzieć jeszcze, że te Twoje opisy są jak cholerny film w kinie - wszystko widziałam tak wyraźnie, jakby się to rozgrywało tuż pod moim nosem. Chylę czoła, jak zawsze.
    Alsemera

    OdpowiedzUsuń