wtorek, 18 marca 2014

Supernatural crap [2/?]

Episode II: Where Everything Has Begun


Yorklyn, Delaware

- Na jak długo? – monotonny głos łysiejącego mężczyzny w średnim wieku, oddzielonego ode mnie poprzez niewysoką ladę z mocno porysowanym drewnianym blatem, odwrócił moją uwagę od posyłania po raz kolejny sugestywnego spojrzenia w kierunku stojącej za nim młodej dziewczyny, która czerwieniła się za każdym razem, kiedy napotykała na sobie mój wzrok.
- Na razie trzy dni – odrzekłem równie znudzonym tonem, przenosząc spojrzenie z powrotem na jego pomarszczoną i jak gdyby obojętną na wszystko twarz.
Tym razem po skończonej robocie, a może i nawet podczas małej przerwy od sprawy, zamierzałem w końcu wynagrodzić sobie wszystkie te ostatnie polowania i nareszcie pójść się dobrze zabawić. To było wręcz nieprawdopodobne, żebym ja, Gerard Way, popadł w rutynę czy pracoholizm, gdy w co dzień mijanych przeze mnie barach ze striptizem oraz pubach czekało na mnie tyle rozrywki. Koniec końców nie jestem księdzem, należy mi się coś od życia, prócz zarzynania gardeł zbędnym na naszym świecie istotom, prawda?
Po odebraniu od mężczyzny fałszywej karty kredytowej oraz dokumentów, chwyciłem jeszcze spoczywające na blacie klucze do wynajętego przeze mnie pokoju i bez słowa wyszedłem z pomieszczenia, w którym mieściła się motelowa rejestracja. Wilgotne powietrze przesiąknięte poranną mżawką sprawiało, że moim płucom oddychało się lżej oraz przyjemniej, choć temperatura panująca na dworze nadal pozostawiała wiele do życzenia. Poprawiając na sobie skórzaną kurtkę, podszedłem jeszcze na moment do stojącego niedaleko samochodu i wyjąłem z niego niezbyt obszerny bagaż - w którym znajdowały się jednak wszystkie najpotrzebniejsze mi rzeczy - spoczywający na tylnym siedzeniu pojazdu. Z niewielkim zainteresowaniem kątem oka dostrzegłem jeszcze znaną mi twarz dziewczyny z recepcji, wyglądającą zza firanki zawieszonej w niedużym oknie wychodzącym na parking. Z wciąż widocznymi rumieńcami na policzkach obserwowała dokładnie każdy mój ruch. Na ten widok odwróciłem jedynie znudzony wzrok i przerzucając zasłużoną już torbę przez ramię, rozejrzałem się w poszukiwaniu drzwi oznaczonych danym numerkiem.
Bez pośpiechu obróciłem się na pięcie, niemal natychmiast dostrzegając odpowiednią, lśniącą poszarzałym metalicznym blaskiem cyferkę, przyczepioną do drewnianej powierzchni pokrytej tanią, bladoniebieską farbą. Jak gdyby automatycznie przejeżdżając opuszkiem palca po nierównej krawędzi klucza nadal spoczywającego w mojej dłoni, pokonałem dzielące mnie od wejścia kilkanaście metrów pewnym, lecz lekko powłóczystym krokiem. Wsunięcie klucza do zamka, otwarcie drzwi i zatrzaśnięcie je za plecami przyniosło mojej duszy chwilowe poczucie spokoju, które jednak w ułamku sekundy rozpierzchło się gdzieś po kątach mojego zdrowego rozsądku. Choćby sufit walił mi się na głowę, nigdy nie mogłem zapomnieć o tym, po co właściwie się tutaj znalazłem.
Miałem do rozwiązania dość skomplikowaną sprawę, której okoliczności choć odrobinę - a przynajmniej miałem taką nadzieję – rozjaśnią się, gdy skończę składać wizytę w lokalnym posterunku policji. Informacje przekazywane poprzez masowe media już nie raz dały mi w kość, wprowadzając w błąd i dostarczając fałszywych, mocno podkoloryzowanych wskazówek, które koniec końców okazywały się nie być warte nawet złamanego centa. Najważniejszych wiadomości dotyczących rozpoznania z czym tak właściwie mamy do czynienia zawsze dostarczała nam, łowcą, policja oraz bezpośredni świadkowie wydarzeń lub też ich rodzina czy też bliscy przyjaciele, służący najczęściej raczej za coś w rodzaju pośredników. Prasa bądź media służyły nam jedynie po to, by zwracać naszą uwagę na wydarzenia lub zbrodnie znacznie odstające od normy w świecie znanym tylko zwykłym niewtajemniczonym obywatelom, nadal żyjącym w przeświadczeniu, iż stworzenia opisywane w legendach, bajkach dla dzieci czy mitach są, nigdy nie były i nigdy nie będą prawdziwe.
Tak czy siak, do informacji przekazywanych poprzez publiczne źródła wszyscy łowcy podchodzą raczej z dystansem oraz świadomością, że w każdej chwili po dokładniejszym rozeznaniu się w temacie mogą one okazać się nieprawdziwe, wręcz wyssane z palca przez szukających sensacji i rozgłosu redaktorów czy liczących na awans dziennikarzy. Bywa to irytujące, owszem, zwłaszcza dla początkujących, lecz z czasem podobne przeszkody stają się nic nieznaczącą codziennością, z którą trzeba się uporać tym czy innym sposobem. W moim przypadku doszło do tego, iż bardzo szybko przyzwyczaiłem się do podobnego stanu rzeczy, w wyniku czego przestałem wierzyć w ani jedno ich słowo, dopóki sam nie sprawdziłem i nie przekonałem się, co jest prawdą, a co nie. Nie lubię, gdy ktokolwiek karmi mnie fałszywymi informacjami.
Odrzuciłem torbę na materac, obserwując jak ta odbija się od niego i ląduje na drugiej krawędzi łóżka. Wzdychając cicho ze zmęczenia, zsunąłem z ramion skórzana kurtkę i przewiesiłem ją przez oparcie wątłego w swej stabilności krzesła stojącego niedaleko wejścia do pokoju. Coś cicho strzeliło w moim kręgosłupie, gdy kości przeskoczyły w trakcie krótkiego rozciągania sztywnych pleców.
Długa jazda samochodem, mimo iż odprężająca i dająca okazję na przyjemne podumanie, nie działała już tak samo dobrze na mój organizm, jak na samopoczucie. Często jedyne, na co miałem siłę oraz ochotę po dotarciu na miejsce, w którym zajmowałem się kolejną robotą, było rozłożenie się na łóżku, zamknięcie oczu i mimowolne oddanie się w ramiona Morfeusza bez względu na wszystko. Tym razem sytuacja miała się tak samo. Moje plecy, bardziej obolałe niż zwykle, domagały się choć chwili odpoczynku, a opadające pomimo moich wszelkich starań powieki zrobiły się jeszcze cięższe niż minutę wcześniej. Wiedziałem, że obowiązki wzywają, jednak zdawałem sobie również sprawę, że wykończony i obolały nie nadaję się właściwie do niczego. Dla dobra sprawy, jak i samego siebie, wybrałem jedyną słuszną opcję, jaką wtedy dostrzegałem.
Usiadłem ciężko na materacu, sprawiając jednocześnie, iż ten poruszył się pod wpływem mojego ciężaru, przez co zalegająca na skraju mebla torba spadła z głuchym hukiem na drewnianą podłogę wyłożoną cienką oraz startą już do granic możliwości wykładziną, która przez swój stan nie miała choćby najmniejszej możliwości, by zamortyzować upadek. Ślamazarnie odwiązałem sznurówki glanów, by zaraz strząsnąć je z nóg przy pomocy tylko i wyłącznie własnych stóp i ułożyć się na materacu w mojej ulubionej pozycji. Nim oparłem wygodnie głowę, wyjąłem zza paska spodni broń, upewniłem się szybko, iż na pewno jest zabezpieczona i wsunąłem ją pod poduszkę przesiąkniętą dobrze mi znanym dziwnym zapachem.
Rzuciłem jeszcze szybko okiem na pomieszczenie, lecz nic, co mnie otaczało, nie odstawało choćby w najmniejszym stopniu od normy – może nie licząc zbyt jaskrawej, zupełnie nie pasującej do wystroju pokoju, starej i krzywo wiszącej zasłony, której zwyczajnie nie dało się nie zauważyć. Jak gdyby automatycznie pogładziłem opuszkiem kciuka lufę broni bez przerwy spoczywającej w mojej dłoni, tym pieszczotliwym gestem wprawiając swoje ciało w przyjemniejsze rozluźnienie. Pomimo że materac nie był szczególnie wygodny, a bardziej szara niż biała poszewka poduszki wciąż wydzielała podejrzany, lekko drażniący zapach, z którego udało mi się wychwycić jedynie woń tytoniu, jakiegoś taniego proszku do prania oraz wilgoci, moje powieki niemal natychmiast opadły, a organizm pogrążył się w regenerującym, jednak nadal czujnym oraz wrażliwym na każdy najdrobniejszy zewnętrzny bodziec śnie.

* * *

- Cholerstwo! – syknąłem cicho pod nosem, po raz kolejny wsuwając dwa palce za kołnierz białej, idealnie wyprasowanej koszuli, by poprawić denerwujący mnie materiał.
Mimo iż mój „zawód” wymagał noszenia od czasu do czasu bardziej formalnych strojów, wciąż nie potrafiłem się do nich przyzwyczaić. Buty były niewygodne i obcierały, koszule drapały, spodnie sprasowane w kant wydawały mi się zbyt schludne oraz nudne, a góry od garniturów znacznie krępowały moje ruchy. Sami widzicie – to po prostu męka! Tortury! Aż nie chciało mi się wierzyć, że komukolwiek mogło być w czymś takim wygodnie. Mimo wszystko zawsze starałem się sprawiać pozory i w wymagających tego sytuacjach dobierać ubrania oraz postawę w taki sposób, by ludzie, z którymi zmuszony byłem rozmawiać, traktowali mnie poważnie i z szacunkiem. Co tu dużo mówić – jestem młody. Zbyt młody według niektórych, dlatego podczas moich wizyt na posterunkach czy w biurach większość osób zwyczajnie traktowała mnie jak jakiegoś początkującego niedorostka, nie mającego żadnego doświadczenia oraz zielonego pojęcia na temat realii swojej własnej pracy. Już podczas pierwszej samotnej roboty miałem dość takiego traktowania, więc w chwilach gdy wybierałem się do podobnych miejsc, dopasowywałem najlepsze ubrania, przybierałem poważny wyraz twarzy osoby, której po prostu się nie podskakuje, i wydawałem wyraźne polecenia oraz zadawałem konkretne pytania, nie pozwalając nikomu wykręcać się od odpowiedzi lub zbywać mnie półsłówkami. Musiałem być stanowczy, bardzo pewny siebie i pyskaty – w innym wypadku nie dostawałbym tego, na czym zależało mi najbardziej. Rzetelnych informacji.
Mrucząc ledwo dosłyszalnie jakieś mało wybredne przekleństwo, odpiąłem pod szyją dwa górne guziki, dzięki czemu od razu poczułem się odrobiną swobodniej. Biorąc głęboki, rozluźniający oddech, złapałem za metalową rączkę przeszklonych drzwi, napierając na nie nieznacznie, by udostępnić sobie drogę wejścia.
W środku było dość cicho, pomijając kilkoro spokojnie rozmawiających pomiędzy sobą osób. Powietrze wypełniały po brzegi odgłosy szeleszczącego papieru, dzwoniących raz na jakiś czas telefonów oraz opanowane i rzeczowe głosy dyspozytorek policji. Wnętrze urządzono skromnie i z rozmysłem - każdy najmniejszy drobiazg wyglądał na starannie uporządkowany. Mogłem się założyć, że nawet biurka stały w identycznych od siebie odległościach. Wszystko, zarówno ludzie, jak i atmosfera, było tak ciche i opanowane, że aż na krótki moment zapomniałem, po co tak właściwie tam jestem. Po zachowaniu otoczenia trudno było określić, czy coś jest nie tak, czy właśnie tam dzieje się coś złego. Ludzie giną w niewyjaśnionych okolicznościach, mordowani przez nieznanego sprawcę, a dookoła panował idylliczny niemalże spokój. To było naprawdę dziwne, biorąc pod uwagę, iż miasteczko to nie było wcale duże, wieści zatem rozchodziły się szybko, w związku z czym władze powinny starać się jak najprędzej pozbyć powodu rosnącej z dnia na dzień paniki wśród mieszkańców.
Pomimo swojego zaskoczenia, nie zdejmowałem z twarzy poważnej i pewnej siebie maski. Powoli podszedłem zdecydowanym krokiem do pierwszego z brzegu biurka, gdzie siedział jakiś młody, na oko trzydziestoletni mężczyzna. Miał jasne blond włosy, ścięte krótko jak w wojsku. Jego dobrze zbudowany tors opinała jasnobrązowa, służbowa koszula. Sądząc po symbolach na ubiorze oraz tym, czym się w danym momencie zajmował, nie odznaczał się on żadnym wysokim stopniem. Słysząc niedaleko moje kroki, podniósł głowę znad papierów, po których pisał coś zawzięcie, i popatrzył na mnie pytającym wzrokiem.
- Dzień dobry – przywitałem się oszczędnie, zatrzymując przed biurkiem. – Agent Scott*, FBI – rzuciłem spokojnie, wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki fałszywą odznakę, by okazać ją policjantowi. Ten przyjrzał się jej natychmiast, mrużąc lekko oczy i po chwili ponownie wbił wzrok w moją twarz, przypatrując mi się z uniesionymi brwiami.
- Witam, nazywam się George Hartley – przedstawił się, ówcześnie powstając z krzesła i podając mi dłoń, którą uścisnąłem krótko, ale po męsku, jednocześnie kiwając mu lekko głową. – Te morderstwa naprawdę was ruszyły, co?
- Mam rozumieć, że nie jestem wam tutaj potrzebny, panie Hartley? – zapytałem, unosząc jedną brew w górę i spoglądając na mężczyznę twardo.
- Nie, nie! – odpowiedział niemalże w tej samej chwili, czerwieniejąc znacznie na okrągłej, lecz wciąż dość przystojnej twarzy. – Po prostu… Ilu was jeszcze mają zamiar tutaj przysłać? Zdawało mi się, że FBI przydzieliło nam tylko jednego człowieka…
- Słucham? – przerwałem mu od razu, czując jak moje gardło nieznacznie zaciska się z niepokoju. Czyżby federalni mnie uprzedzili? Cóż, to byłby pierwszy taki przypadek w mojej karierze.
- No tak, jakieś dwadzieścia minut temu przyszedł do nas inny agent. Burton**, bodajże. To pana kolega? – spytał, przypatrując się mi z zaciekawieniem. – Nie wspominał, że nie jest sam.
Nim zdążyłem choćby rozchylić wargi, by wcisnąć mu jakąś wymyśloną na poczekaniu wymówkę lub zwyczajnie zbyć go byle czym, policjant odezwał się ponownie.
- O, to nasz szeryf! Pana kolega już jest w jego gabinecie – rzucił, wskazując niejasnym gestem w kierunku jakiegoś starszego, krępego mężczyzny o łysej głowie, której gładko wygolona skóra widocznie lśniła w świetle dnia dostającego się do budynku przez szerokie, okratowane okna. Szedł on właśnie nieśpiesznie przez pomieszczenie, chwilę wcześniej wyłaniając się z krótkiego, prowadzącego niewiadomo dokąd korytarza. W jednej ręce trzymał niegruby plik zadrukowanych drobną czcionką papierów.
- Szeryfie! – zawołał przyciszonym głosem policjant, po czym skinął na mnie prędko głową, dając znak, bym szedł za nim. Obaj podeszliśmy do mężczyzny, który natychmiast zatrzymał się w momencie, kiedy tylko mnie dostrzegł.
- To jest agent Scott z FBI – wyręczył mnie blondyn, spoglądając na swojego szefa i jednocześnie wskazując dłonią o kogo mu chodzi.
Szeryf nie odrywał ode mnie wzroku, nie ukrywając zaskoczenia, które wymalowało się na jego twarzy, gdy tylko usłyszał skrót „FBI”. W międzyczasie ponownie w ciągu kilku minut wyciągnąłem odznakę, by pokazać ją kolejnemu służbiście. Podobnie jak poprzednik przyjrzał się jej uważnie, a zaraz potem z powrotem przeniósł wzrok na moją twarz.
- Dwójka? Po co nam tutaj dwójka agentów? – rzucił jak gdyby z pretensją, jednak po krótkiej chwili opamiętał się i machnął jedynie ręką. – A niech wam będzie, jeszcze tylko scysji z federalnymi mi do szczęścia potrzeba – dodał z nutką ironii. – Hartley, wracaj do pracy – zwrócił się do mojego towarzysza, który bez wahania kiwnął mi szybko głową i wycofał się w kierunku swojego biurka, po czym starszy mężczyzna przestawił się, rzucając mi jednocześnie zmęczone spojrzenie oraz podając dłoń. – David Collister. Witam pana w Yorklyn, agencie Scott.
Po szybkim uściśnięciu sobie dłoni, szeryf westchnął cicho pod nosem i obrócił się do mnie bokiem, wskazując dłonią drogę do jego gabinetu. Rzeczywiście kilka kroków dalej na jednych z drzwi wisiała pozłacana plakietka z wygrawerowanym nazwiskiem oraz stanowiskiem, jakie zajmował w swojej pracy. Ruszyłem więc przodem, nie porzucając swojej wyprostowanej pozy i ukradkiem poprawiając przy nadgarstku rękaw białej koszuli, chwyciłem za klamkę, tworząc sobie możliwość wejścia. Bez wahania wkroczyłem do środka, słysząc za sobą ciężkie kroki szeryfa oraz dźwięk zamykanych drzwi, które skrzypnęły ledwo dosłyszalnie.
Gabinet ten nie różnił się znacznie od tych, jakie widziałem wcześniej w innych miejscach. Urządzony był schludnie i choć biurko w tamtej akurat chwili dzierżyło na swoim blacie mnóstwo pojedynczych papierów oraz wypchanych po brzegi teczek, wszystkie ułożone one były na równych, stabilnych stosikach, jak gdyby w kolejce czekały aż szeryf chwyci za nie, przejrzy, przeredaguje i odłoży na bardziej odpowiednie dla nich miejsce w archiwum. Po prawej stronie pomieszczenia, obok małego szklanego stolika stała drobna, obita w sztuczną brązową skórę sofa oraz fotel z tego samego kompletu. Pod ścianami znajdowało się kilka widocznie starych i porysowanych, lecz nadal solidnych szafek na dokumenty, a zaraz za biurkiem, gdzie stał osamotniony czarny fotel na kółkach należący do głowy tutejszych władz, gabinet rozświetlało szerokie okno, wpuszczające do środka rozproszone przez koronę drzewa promienie górującego właśnie słońca.
Dokładnie w momencie, w którym wszedłem do gabinetu, zauważyłem znajdującego się tyłem do wejścia człowieka w granatowym garniturze, siedzącego na jednym z dwóch krzeseł naprzeciwko biurka. Miał ciemnobrązowe, niemalże czarne włosy wygolone krótko po bokach oraz drobną, ale wyraźnie męską sylwetkę. Kiedy tylko usłyszał, że ktoś wchodzi do środka, obrócił się za siebie i lekko uniósł brwi, wyraźnie nie spodziewając się obecności kogokolwiek innego niż samego szeryfa. Zaraz jednak w naturalny sposób podniósł się i odwrócił w naszym kierunku, poprawiając przy tym poły marynarki. Nasze spojrzenia w ułamku sekundy skrzyżowały się, jednak nim którykolwiek z nas zdążył wypowiedzieć choćby słowo, głos zabrał policjant.
- Nie wspominał pan, agencie Burton, że czekamy jeszcze na przybycie pana partnera – zaczął neutralnym tonem, natychmiast po zamknięciu drzwi kierując się w stronę fotela, by zająć swoje zwykłe miejsce, zaraz za służbowym biurkiem. – Po raz pierwszy w mojej karierze spotykam się z sytuacją, by do jednej sprawy przydzielono aż dwóch ludzi FBI.
Uśmiechnąłem się w myślach na dźwięk nazwiska mężczyzny stojącego kilka kroków przede mną, na zewnątrz nie zmieniając jednak niewzruszonego wyrazu twarzy. Oboje spoglądaliśmy na szeryfa, który poprawił w dłoniach nierówno ułożone kartki papieru, by zaraz odłożyć je na bok.
- Przypuszczam, że w ten sposób FBI wyraziło swoje wyjątkowe zaniepokojenie dziejącymi się tu od niedawna wypadkami. Dobrze w takim razie… - mruknął, odchrząkując cicho oraz opierając się o zagłówek fotela. Popatrzył na nas oboje swoim wyraźnie doświadczonym wzrokiem, po czym wskazał drobnym ruchem głowy krzesła stojące przed biurkiem. – Zatem zaczynajmy. Proszę usiąść, agencie Scott, agencie Burton.
Rozluźniając się znacznie, pokonałem kilka kroków dzielących mnie od biurka, by zająć wolne krzesło, jednocześnie kątem oka dostrzegając jak mój „kolega po fachu” robi to samo. Oboje zasiedliśmy na swoich miejscach, spoglądając na szeryfa, który przechylił się do przodu, opierając łokcie o blat biurka i splatając ze sobą palce obu dłoni. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjąłem długopis oraz niewielki notes, otwierając go na czystej kartce i zakładając nogę na nogę, odchyliłem się lekko do tyłu.
- Przepraszam za to małe zamieszanie – odezwał się nagle agent Burton. – Powinienem był powiadomić pana o obecności mojego kolegi, ale z całego tego zamieszania zupełnie zapomniałem o tym drobnym szczególe. Może przejdziemy już do rzeczy i opowie nam pan wszystko, co do tej pory udało wam się ustalić?
Zerknąłem dyskretnie w kierunku siedzącego obok człowieka, który najwidoczniej nie miał zamiaru robić żadnych notatek, tylko rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu i oparł lewy łokieć na rączce krzesła, przytrzymując lekko brodę palcami. Mimo iż widziałem jedynie jego profil, kiedy tylko znalazłem okazję, by popatrzeć na niego chwilę dłużej, od razu udało mi się dostrzec, że mężczyzna ten - a raczej chłopak - jest naprawdę młody. Co najmniej pięć lat młodszy ode mnie. Zdziwiłem się niejako, że radził sobie w swojej „pracy” mając na karku tak niewiele lat i potrafił na tyle przekonać wyjątkowo ostrożnych przedstawicieli władz, iż mimo wszystko jest profesjonalistą, że po początkowym wahaniu nikt nie miał co do tego wątpliwości. Prawda była jednak taka, iż już na pierwszy rzut oka można było mu dać nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Najwidoczniej musiał być naprawdę przekonywujący oraz dobry we wmawianiu ludziom czegoś, czego nie ma. W naszym przypadku była to akurat umiejętność bardzo przydatna oraz pomocna.
- Oczywiście… - westchnął szeryf, ukrywając dolną połowę twarzy za swoimi splecionymi dłońmi. Jego czoło zmarszczyło się mocniej w oznace głębokiego skupienia. – Hm, zacznę w takim razie od początku.
Przez kolejnych kilkadziesiąt minut wsłuchując się we wszystko, co mówił, zapisywałem najpotrzebniejsze wiadomości na papierze, starając się jednocześnie skupiać na drobnych, lecz istotnych dla mnie szczegółach. Większość faktów z jego monologu było mi już dobrze znanych z artykułów, które dostałem od Claire, miałem więc możliwość, aby je ostatecznie potwierdzić.
Tak jak podawały prasa oraz media do pierwszej śmierci doszło dokładnie czterdzieści dni wcześniej. Był to mężczyzna po trzydziestce, stolarz pracujący w fabryce mebli, zwykły szary obywatel z żoną oraz trójką dzieci. Nie miał na swoim koncie żadnych potyczek z prawem ani wrogów, a przynajmniej tak twierdzili wszyscy jego krewni oraz znajomi. Co niedziela chodził wraz z rodziną do kościoła, w tygodniu pracował i pomagał żonie przy wychowaniu dzieci. Od kilku lat udzielał się w miejscowej organizacji wspierającej działania dotyczące walki z chorobami nowotworowymi. Typowy człowiek zawsze-mówi-dzień-dobry, sympatyczny i przyjazny oraz chętny do pomocy. Ostatni raz widziało go kilkoro kolegów z pracy, gdy po skończonej zmianie pożegnał się z nimi przed fabryką i poszedł w kierunku swojego domu, oddalonego od zakładu jedynie o trzy przecznice. Do domu nigdy nie dotarł. Jego zwłoki porzucono w parku znajdującym się na tej samej ulicy, na której mieszkał. Ciało przypadkowy przechodzień dostrzegł następnego ranka.
Drugą ofiarę znaleziono dwa tygodnie po pierwszym morderstwie. W przeciwieństwie do poprzedniego mężczyzny, ten zginął dosłownie niecałą godzinę przed tym, zanim odnaleziono jego ciepłe jeszcze ciało. Nie mieszkał on jednak w Yorklyn a małej wsi niedaleko tegoż miasteczka. Sześćdziesięciotrzyletni były baseballista, z powodu poważnej kontuzji stawu kolanowego zakończył karierę w wieku trzydziestu dwóch lat. Od tamtej pory zmuszony był chodzić o kulach, a potem o lasce. Z powodu swojej niepełnosprawności przeszedł załamanie nerwowe. Niedługo po wyżej wymienionych wydarzeniach rozwiódł się z żoną, pozostawiając swojego jedynego syna pod jej opieką. Nie kontaktował się z rodziną, unikał ludzi. Podobno większość czasu spędzał zamknięty w swoim mieszkaniu. Sąsiedzi czasami widywali go, kiedy wyglądał przez okno obserwując ulicę, jednak nigdy nie odpowiadał na pozdrowienia i po chwili z powrotem znikał za firanką. Kiedy dwa lata temu stan jego zdrowia się pogorszył, tamtejszy ośrodek przydzielił mu pielęgniarkę oraz rehabilitantkę, która odwiedzała go minimum trzy razy w tygodniu. Ćwiczyła z nim, dbała o jego zdrowie, robiła zakupy i zajmowała się większością prac domowych. Pewnego dnia, gdy nadszedł czas kolejnej wizyty, kobieta pojawiła się u niego, lecz w domu nie zastała nikogo. Drzwi były zamknięte od środka, miała ona jednak klucze, dzięki którym dostała się do środka. Po tym jak znalazła w sypialni ofiary wybite okno oraz śladowe ilości krwi, zadzwoniła na policję i zgłosiła włamanie i zaginięcie. Mężczyznę znaleziono martwego kilka godzin później na skraju niewielkiego lasu oddalonego od jego mieszkania o trzy mile.
Trzeci przypadek odbił się chyba najgłośniejszym echem w całym miasteczku oraz jego okolicach. Od drugiego zabójstwa minęło pięć dni, gdy kolejną ofiarą seryjnego mordercy padł dziewiętnastoletni chłopak. Syn szanowanego w miejscowości małżeństwa lekarzy, który po skończeniu liceum także zamierzał iść w ślady rodziców. Lubiany w szkole, osiągający ponadprzeciętne wyniki w nauce nastolatek. Bywał w szerokim gronie znajomych, choć w szkole miał na pieńku z kilkoma opryszkami z równoległej klasy, którzy lubili się nad nim wyżywać. Wszystkich z nich dokładnie przesłuchano, jednak żaden nie pasował do potencjalnego mordercy, na dodatek każdy miał solidne alibi na czas, gdy chłopak zniknął oraz został zamordowany. Zresztą nawet jeśli, nie mieli oni choćby najmniejszych powiązań z poprzednimi ofiarami, co z biegu wszystkich ich wykluczało. Chłopak pewnego zwykłego wieczoru po zakończonych zajęciach na basenie został tam chwilę dłużej, aby porozmawiać ze swoim trenerem. Mężczyzna przyznał, że ich rozmowa trwała mniej więcej dziesięć minut i dotyczyła zawodów mających odbyć się za najbliższe dwa tygodnie, a na które zdecydował się wystawić właśnie jego, jako swojego najzdolniejszego wychowanka. Zaraz potem chłopak normalnie pożegnał się z nim i wyszedł. Policja sprawdziła monitoring działający na terenie obiektu, lecz jedyne, czego się dowiedzieli, to to, iż chłopak przekroczył bramy ośrodka nadal będąc żywym. Zaraz potem ślad się urwał, nie znaleziono żadnego świadka, nikt go już więcej nie widział. Okaleczone zwłoki odkryła w parku obok placu zabaw po drugiej stronie miasta mała dziewczynka, o której wspominała mi Claire. Stało się to dwa dni po zaginięciu oraz intensywnym poszukiwaniu nastolatka.
Ostatnia ofiara została odnaleziona tydzień przed moim pojawieniem się w tym miejscu. Niewiele starszy ode mnie mężczyzna, artysta mieszkający kilka mil od Yorklyn. Sześć lat wcześniej, po zakończeniu nauki na studiach, przeprowadził się do nowego miejsca zamieszkania za sprawą swojej dziewczyny, która właśnie stamtąd pochodziła. Oboje wynajęli wspólne mieszkanie, gdzie ofiara tworzyła i zarabiała na swoim talencie, wystawiający prace w jednej z największych nowojorskich galerii sztuki. Za sprawą zarobków często wyjeżdżał do Nowego Yorku, lecz mimo wszystko para nie chciała przeprowadzić się tam na stałe. Mężczyzna ten był specyficzną osobą, jednak dość lubianą przez mieszkańców dzięki swej kreatywności oraz energii. Podobno nie miał żadnych wrogów, choć znaleźli się i tacy, którym przeszkadzało jego zachowanie, charakter oraz usposobienie. Sporo osób uważało go za dziwaka, jednak nie na tyle, by robić mu jakąkolwiek krzywdę. Tolerowali go i tyle, zwłaszcza że w niczym im nie wadził.
Dziewczyna zamordowanego podczas przesłuchania wspominała o jakimś mężczyźnie, z którym kilka dni przed zaginięciem spotkał się jej partner. Ponoć widziała przez okno ich mieszkania, jak obaj kłócą się i krzyczą, a w którymś momencie nieznajomy nawet uderza jej chłopaka w twarz i cedzi coś przez zęby, zaraz potem odwracając się i odchodząc. Po wszystkim zapytała go, o co chodziło, lecz ten zbył ją jedynie jakimiś półsłówkami i powiedział, że to nic takiego, że po prostu kolega miał ostatnio ciężki czas i trudno jest mu zapanować nad emocjami. Policja próbowała odnaleźć potencjalnego podejrzanego, jednak dziewczyna nie znała go, a podczas zaobserwowanej scenki widziała jedynie jego profil i to na dodatek z bardzo dużej odległości. Jeszcze tego samego dnia zorganizowano poszukiwania świadków, którzy mogliby znać lub widzieć nieznajomego, jednak do tej pory nie uzyskano żadnych przydatnych informacji. Mężczyzna przepadł jak kamień w wodę.
Jeśli chodzi o okoliczności zaginięcia samej ofiary, władze uznały je za nadzwyczaj dziwne. W dniu całego zajścia chłopak wraz ze swoją partnerką „chcąc skorzystać z ładnej pogody, zdecydował się rozłożyć leżaki na podwórku za domem i powygrzewać na słońcu”. Kiedy w pewnej chwili dziewczyna zwyczajnie poczuła pragnienie, poszła na chwilę do środka, by przynieść im obojgu coś do picia, jednak gdy wróciła, jej chłopaka już nie było. Leżaki stały tam, gdzie je ustawili, a książka, którą czytał mężczyzna, leżała na trawie, zupełnie jak gdyby ktoś ją w pośpiechu porzucił. Gdy chłopak nie wrócił do wieczora ani nie dał żadnego znaku życia, jego partnerka zgłosiła zaginięcie. Po rozpoczęciu poszukiwań odnaleziono jego ciało w przeciągu następnych kilkunastu godzin. Zostało ono porzucone na polanie niedaleko lasu, w którym znaleziono zwłoki drugiej ofiary. Jak się dotychczas udało policji ustalić, to jedyna rzecz oprócz zadanych obrażeń, jaka łączyła którekolwiek z ofiar. Niedługo potem zorganizowano przeszukanie niewielkiego lesistego obszaru, lecz nic nie znaleziono.
- Nie mamy żadnych podejrzanych, żadnych śladów DNA... Nawet włosa czy fragmentu odcisku palca. Nic. Co prawda na miejscu drugiej zbrodni niedaleko ofiary odnaleziono odcisk męskiego buta, jednakże w tamto miejsce każdego dnia zapuszcza się zbyt wiele osób, by móc jednoznacznie określić, czy należał on właśnie do mordercy. Jak widzicie, panowie, tkwimy w martwym punkcie. Jak Boga kocham, dzień w dzień modlę się o jakiś przełom, aby tylko dorwać tego skurczybyka i nie pozwolić mu skrzywdzić kolejnej osoby - wydusił z siebie szeryf, po czym przymknął lekko oczy, wzdychając głęboko i ciężko.
- Dobrze pana rozumiemy, szeryfie. Właśnie po to tutaj jesteśmy, żeby pomóc wam znaleźć winnego i nie dopuścić do kolejnej zbrodni – odparłem, spoglądając na mężczyznę z powagą. – A teraz… Mógłby nam pan powiedzieć coś więcej o obrażeniach, które zadano ofiarom?
Mężczyzna sztywno podniósł się ze swojego fotela, powoli prostując kręgosłup i podchodząc do okna, by oprzeć się ramieniem o ścianę i zapatrzeć na widok za szybą. Jego strapiony wzrok błądził po nieznanych mi obiektach, nie potrafiąc skupić się na jednym z nich.
- Myślę, że więcej się panowie dowiedzą od naszego koronera. To ona zajmowała się i badała zwłoki jako pierwsza. Kostnica naszego wydziału znajduje się w budynku obok, więc muszą panowie wyjść na zewnątrz, pójść w prawą stronę i obejść parking. Nie przeoczycie wejścia, jestem pewien. Zdajcie się na moje nazwisko oraz wyjątkową sytuację, szybciej przejdziecie przez formalności asystenta naszej współpracownicy. Zrozumieją panowie, jak już się tam znajdą. W razie czego… - urwał, podchodząc z powrotem do biurka i chwytając za długopis, zapisał na małej żółtej kartce numer telefonu. – To moja prywatna komórka. Jeżeli będą panowie czegoś potrzebowali, czegokolwiek, co pomoże wam w rozwiązaniu sprawy, nie krępujcie się i dzwońcie w dzień czy w nocy. Bardzo mi zależy na zakończeniu tej krwawej serii, nigdy nie widziałem jeszcze czegoś tak brutalnego i okrutnego, a zapewniam, że nie jednego w całej swojej dwudziestoośmioletniej służbie doświadczyłem.
Sprawnie podniosłem się z miejsca i odebrałem zgiętą w pół kartkę, jednocześnie kiwając mu lekko głową na znak podziękowania. Usłyszałem szelest materiału, gdy mężczyzna siedzący obok wstał z krzesła i wyciągnął dłoń w jego kierunku.
- Dziękujemy za poświęcony nam czas, szeryfie – rzucił, potrząsając po męsku dłonią policjanta.
Zaraz potem również pożegnałem się, wraz z „partnerem” wychodząc z gabinetu i zamykając za nami drzwi. Nadal otwarty notes włożyłem wraz z długopisem oraz kartką do kieszeni, kierując się wraz z agentem Burtonem do wyjścia. Po drodze kiwnąłem jeszcze głową na pożegnanie do Georga Hartley’a, który obserwował naszą dwójkę zza stery papierów zajmujących mu wtedy czas.
Idący przede mną mężczyzna nie odezwał się ani razu, więc sam także jak na razie nie mąciłem panującej między nami ciszy. Ten człowiek był… dziwny. Kiedy z całych sił starałem się zachować profesjonalną postawę oraz poważny wyraz twarzy, on szedł sobie na luzie, trzymając obie dłonie w kieszeniach spodni i gwiżdżąc pod nosem jakąś melodyjkę. No przysięgam, jak ludzie mogli mieć problem z podejściem co do mojego wieku oraz profesji, kiedy on podawał się za kogoś identycznego i jakoś nikt nie miał wątpliwości czy na pewno mówi prawdę, a nie podaje się za kogoś, kim nie jest? Na dodatek wcale nie ukrywał się ze swoim dość bezstresowym podejściem nawet w tak poważnych i krwawych okolicznościach. Jak on to, do cholery jasnej, robił? W jaki sposób sprawiał, że ludzie zawsze zawierzali mu na słowo i bez zbędnych pytań robili to, o co prosił? Nie wspominając już o jego miniaturowym wzroście, przez który sięgał mi zaledwie odrobinę ponad ramię, a spójrzmy prawdzie w oczy – sam nie osiągałem jakiejś specjalnie imponującej wysokości.
Kiedy tylko oboje przekroczyliśmy progi budynku, skierowaliśmy się na prawo, jednak zaledwie po kilku krokach agent Burton zatrzymał się, czekając, aż zrównam się z nim krokiem. Gdy tylko znalazłem się tuż obok niego, popatrzył na mnie przelotnie brązowymi oczami, uśmiechając się jednocześnie lekko.
- Nieźle dobrane nazwisko, agencie Scott – mruknął, kierując wzrok przed siebie i przeskakując dziurę w połamanej betonowej płycie chodnika. Z jego twarzy wciąż nie znikał zrelaksowany wyraz, jak gdyby właśnie wcale nie podszywał się za agenta FBI, co groziło więzieniem właściwie w każdym stanie. – Nie uważasz je jednak za odrobinę ryzykowne?
- A czemu powinienem, agencie Burton? Sam nie wybrał pan lepiej – odbiłem piłeczkę, odrywając spojrzenie od jego młodej twarzy i skupiając je na wejściu do drugiego budynku, od którego dzieliło nas akurat jedynie kilkanaście kroków.
- They… They betray, I'm your only true friend now…***  – zanucił cicho, podczas gdy niewielki wiatr rozwiał lekko włosy na czubku jego głowy. Były one jednak zbyt krótkie, by wyrządzić na jego czuprynie jakikolwiek najmniejszy bałagan.
Westchnąłem cichutko, przyśpieszając nieznacznie, kiedy człowiek idący obok wyprzedził mnie o dwa kroki.
Trudno było mi nie odnieść wrażenia, że mimo swoich imponujących umiejętności mężczyzna ten ani trochę nie pasuje do roli, jaką w swoim życiu odgrywał. Że nie powinien być teraz tu, gdzie się znalazł. Jego czyste dłonie nigdy nie powinny zostać splamione krwią, nawet tą przelaną za dobrą sprawą, a dane mu życie warte jest o wiele więcej niż to, czym obaj się zajmowaliśmy.




* Nazwisko nawiązujące do Bona Scotta, wokalisty zespołu AC/DC śpiewającego w latach 1974-1980. Zmarł w roku 1980 na skutek zadławienia się własnymi wymiocinami po wypiciu ogromnej ilości alkoholu.
** Nazwisko nawiązujące do Cliffa Burtona, gitarzysty basowego zespołu Metallica grającego w latach 1982-1986. Zmarł w roku 1986 podczas wypadku, gdzie został przygnieciony przez przewracający się autokar.
*** Metallica – Sad But True

____________________________________________________

Za nic nie udało mi się zdobyć informacji na temat konkretnego systemu prawnego w Delaware, koloru mundurów itp. itd., więc postanowiłam zostawić szeryfa, jasny brąz i mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza. Jeśli tak, przykro mi w takim samym stopniu jak za to, że niemal na 100% wkradło mi się tutaj trochę błędów. Oczywiście, przepraszam także za tak długą przerwę między częściami. Z tego, co wiem, niektórzy już zdążyli o tym opowiadaniu zapomnieć. Tak czy siak, trzymam kciuki, żeby Wam się podobało.

xx

5 komentarzy:

  1. NARESZCIE :))) Rozdział świetny, kocham zarówno Supernatural jak i Frerarda, więc chwała ci za to opowiadanie! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem po co trzymasz kciuki, bo nie widzę opcji, żeby komuś się nie spodobało.
    Spodziewałam się, że Gerard będzie ratował Franka, przeganiając dzikie stwory, a tu taka niespodzianka, oczywiście pozytywna :) Nie życzę im źle, ale ciekawi mnie co by było jak y ktoś ich rozgryzł...
    A zapomnieć każdy może, to tylko zwiększa radość z nowej części... Chcąc się usprawiedliwić xd.
    Weny, weny i jeszcze raz weny !
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, to Frank? Z jakiegoś powodu pomyślałam, że Frank będzie raczej cywilem i może potencjalną ofiarą, a nie agentem FBI. Znaczy, udawanym agentem. Och, to łowcą!
    Chyba, że się mylę oczywiście, może to jakiś przypadkowy gość albo zupełnie ktoś inny. Ale coś czuję, że to właśnie Frank.
    Uwielbiam to w Twojej twórczości, że od pełnego emocji, poruszającego i dojrzałego opowiadania mogę przejść do pełnego tajemnic i przygód świata potworów i łowców. Szczególnie, że naprawdę bardzo mocno pokochałam Supernatural, więc opowiadanie rodem z tego serialu jest czymś, co pokocham jeszcze mocniej. Co już pokochałam tak mocno, że ach! Tak się cieszę, że je piszesz, nawet nie masz pojęcia!
    Przepraszam, że nie było mnie tyle czasu. Nadrobiłam wszystkie rozdziały i wypowiedziałam się również na ich temat. Będę na bieżąco od tej pory, obiecuję!
    Buziaki i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!
    xo

    OdpowiedzUsuń
  4. Przed przeczytaniem drugiej części musiałam jeszcze raz zajrzeć do pierwszej, bo czytałam ją dawno temu, dlatego dopiero teraz zostawiam po sobie ślad. Co mogę powiedzieć? Tak samo jak autorki poprzednich komentarzy, myślałam, że Frank nie będzie łowcą, lecz kimś innym - ofiarą, jakimś mieszkańcem, może nawet potworem. Ale to lepiej, że okazał się łowcą, bo siłą rzeczy Gerard i Frank będą musieli spędzić więcej czasu razem, a to mi się uśmiecha. Mam cichą nadzieję, że jak już się bliżej zapoznają i zaczną rozwiązywać tę sprawę, któryś z nich stanie się jej ofiarą, a drugi będzie starał się go uratować ;__; Sposób, w jaki o tym piszę jest beznadziejny, ale to wydaje mi się naprawdę słodkie. Co do bohaterów, już zdążyłam polubić postać Gerarda, jest taki ironiczny. A Frank to strasznie urocza osóbka. Wywnioskowałam to na razie z opisów, jakie umieściłaś w tym rozdziale i mam nadzieję, że w kolejnych częściach dasz jeszcze więcej powodów, aby go polubić <3 I aww, kocham ich "przybrane" nazwiska. Pamiętam swój pisk przy jednym z odcinków Supernatural, w którym Sam i Dean podali się za agentów Rose'a i Hudsona. To był fangirling level hard.
    Na koniec dodam, że natchnęłaś mnie do tego, aby powtórzyć sobie kilka świetnych odcinków SPN. Dziękuję więc iii życzę weny, oby trzecia część pojawiła się za niedługo, bo nie mogę się jej doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham Frerardy i uwielbiam Supernatural, wiec trafilas z opowiadaniem idealnie w moj gust^^
    No to tak: po pierwsze, podziwiam Cie za sposob kreowania postaci. Gerard moim miszczem! Ale tak jak osoby komentujace wyzej, spodziewalam sie Franka jako ofiary. Nieprzypuszczalam, ze mozesz go uczynic łowca! To swietne, ze u Ciebie nigdy nie mozna byc niczego pewnym. Dzieki temu jest o wiele ciekawiej!
    Po drugie: poprostu kocham Twoje opisy. Jestes absolutna mistrzynia opisywania sytuacji, miejsc, bohaterow i uczuc. Podziwiam! :D
    Po trzecie: bardzo podoba mi sie u Ciebie na blogu (w kazdym opowiadaniu), to ze rozdzialy sa rozbudowane. Widac, ze wkladasz w to duzo zaangazowania i bardzo mnie to cieszy. Mozna dostrzec, ze pisanie jest wazna czescia Twojej codziennosci. Chwali Ci sie to.
    Po czwarte: bardzo plynnie prowadzisz akcje. Latwo sie polapac i nie pogubic w wydarzeniach (co zdarza sie niejednokrotnie na innych blogach). Najwazniejsze, ze akcja jest bardzo ciekawa. Fabula wciaga i nie zanudza.
    I jeszcze dla mnie wazna rzecz, zee nie popelniasz wielu bledow. Dobrze sie czyta Twoje teksty i nie trzeba sie domyslac co mialas na mysli piszac jakies slowo.
    Powodzenia w dalszym pisaniu. Pozdrawiam i zycze duuuuzooo weny^^
    ~Fluffery

    xoxo

    OdpowiedzUsuń