niedziela, 30 marca 2014

Chapter VIII

When darkness comes I'll light the night with stars 
Hear the whispers in the dark 
No 
You'll never be alone 
When darkness comes you know I'm never far



Gerard

Ciche postukiwanie moich własnych palców o kierownicę roznosiło się po wnętrzu samochodu. Raz na jakiś czas monotonny dźwięk zagłuszało pogwizdywanie melodii, która akurat przyszła mi na myśl, by zaraz zostać zastąpioną przez kolejną. Z niepodobnym do mnie zniecierpliwieniem wpatrywałem się z uporem we wciąż czerwone światło, jakby starając się zmusić je do ustąpienia miejsca zielonej barwie. Skrzyżowanie było jak na dość późną porę ruchliwe, przez co doczekanie się pierwszeństwa na drodze stawało się coraz bardziej czasochłonne. Koniec końców, po dobrych kilku minutach udało mi się nareszcie ruszyć z miejsca i kontynuować drogę do domu.
Niebo przybierało coraz ciemniejszy odcień granatu, a księżyc najwidoczniej postanowił zrobić sobie tej nocy wolne, ponieważ, mimo że był dobrze widoczny, odbijał światło jakby słabiej niż zazwyczaj. Mijane przeze mnie wysokie drzewa oraz budynki zasłaniały mi widok, więc oderwałem wzrok od nieba, skupiając całą swą uwagę na jezdni wciąż uciekającej pod kołami samochodu. Zatrzymałem się na chwilę przed przejściem dla pieszych, przepuszczając grupkę jakichś roześmianych małolatów i biegnącego za nimi małego, zaniedbanego psa. Jego biała, zdecydowanie zbyt długa sierść dzierżyła na swoich pozlepianych pasmach mocno odznaczające się szare oraz brązowe brudne plamy. Był młody i energiczny. Mimo fatalnego wyglądu, zwierzak machał prędko ogonem i poszczekiwał na idących przed nim ludzi. Po przejściu na drugą stronę ulicy jedna z młodych dziewczyn zatrzymała się i odwróciła do psa, wyciągając w jego kierunku rękę z jakimś jedzeniem. Zwierzę chętnie odebrało od niej pokarm i po dość szybkim uporaniu się z jego konsumpcją, zaszczekało cicho, gdy dziewczyna podrapała go za skołtunionym uchem.
- Jest taki śliczny – rzekła do otaczających ją znajomych, którzy obserwowali całą tę scenkę kręcąc jednocześnie głowami.
- I po co to wszystko? Teraz będzie się za nami ciągnął w nieskończoność – mruknął zrezygnowanym głosem jeden z obecnych chłopców.
Dziewczyna nie zwróciła jednak uwagi na jego słowa, drapiąc nadstawiającego się psiaka po wychudzonym brzuchu.
Głośny odgłos trąbiącego auta odwrócił moją uwagę od obserwowanej sytuacji, zmuszając w ten sposób do otrząśnięcia się.
- Przecież jadę – mruknąłem pod nosem i nacisnąłem pedał gazu, ruszając z miejsca.
Mały ruch w nie tak często uczęszczanych uliczkach pozwolił mi na bezproblemowy powrót do mieszkania. Wjechałem autem do garażu, nie chcąc zostawiać go na zewnątrz. Będąc już w środku, pilotem zamknąłem drzwi wjazdowe i chwytając reklamówkę z zakupami, pojawiłem się w kuchni. Biorąc pod uwagę, że mieszkałem w mieście, nie robiłem ich dużo. Wiedziałem, że gdybym czegoś potrzebował, to miałbym pod ręką jakiś sklep. W zwykłym tempie rozłożyłem więc zakupione produkty na przeznaczonych dla nich miejscach. Gdy zamykałem za sobą drzwi lodówki, mój wzrok przypadkowo spoczął na nadal zalegających w pomieszczeniu kartonach przeznaczonych do przeprowadzek. Ciężkie westchnięcie wyrwało się spomiędzy moich warg, kiedy znowu przypomniałem sobie, iż moje poszukiwania wciąż trwają. Jednak w chwili obecnej zajmowałem się czymś innym, więc starałem się nie skupiać na tak odrębnym temacie.
- Jeszcze sobie trochę poczekacie – rzuciłem w przestrzeń, kierując się w stronę kanapy. Z głośnym westchnieniem ciężko zasiadłem na miękkiej poduszce, by zaraz chwycić w dłoń leżącego na niskiej ławie, plastikowego pilota. Odpowiednim przyciskiem uruchomiłem telewizor i nawet w najmniejszym stopniu nie interesując się tym, co przewijało się na ekranie, przełączałem z jednego kanału na drugi.
Niemalże przez cały dzień moją głowę zaprzątały myśli dotyczące dość istotnego dla mnie w tamtym czasie tematu. Do czego mogłem, lub raczej na ile pozwoliłby mi Frank, posunąć się w aktualnie najbardziej pochłaniającym moją uwagę dążeniu do celu? Tego popołudnia, kilka godzin wcześniej, gdy zaszedłem z nim aż pod sam dom, poczułem się jak zwyczajny natręt, choć wydaje mi się, że bardziej pasuje tutaj określenie psychopata. Nie mogłem pojąć swojego zachowania. Oczywiście, chciałem go chronić przed zbędnymi nieprzyjemnościami, lecz nawet fakt ten nie dawał mi prawa do tego, by zwyczajnie go śledzić. Tak, zdawało mi się, iż w końcu zdecydowałem, by dać temu spokój, jednak po dłuższym namyśle uznałem, że raz na jakiś czas, jeśli coś niepokojącego zwróciłoby moją uwagę lub po prostu chciałbym się upewnić, że wszystko jest w porządku, będę mógł pozwolić sobie na, jakby to nazwać - drobną kontrolę. Niezbyt częstą, żeby móc udowodnić sobie, iż nie potrzebuję bywać przy nim zbyt długo. I taka właśnie była moja ostateczna decyzja – pilnować go, lecz bez przesady oraz w miarę własnego rozsądku. Koniec końców, nikt ani nic nie upoważniło mnie do tak bezwstydnego wkradania się w jego prywatność. Własna determinacja pozwalała mi wierzyć w słuszność danego postanowienia.
O tym, że tak czy siak Frank, delikatnie mówiąc, nie byłby zadowolony nawet z takiej formy pomocy, po prostu już nie myślałem. Zdążyłem już zauważyć, jak bardzo potrafił być uparty, zwłaszcza jeżeli w grę wchodziły jego kontakty z innymi ludźmi. Zresztą, i tak nie miał prawa dowiedzieć się o tym, co robię. Na temat chronienia go przed bandą bezmózgich agresorów otaczających go w szkole, owszem, mógł się zorientować, jeśli popełniłbym jakiś błąd, lecz jeśli chodzi o moje, niech będzie – nazwijmy to szpiegostwem, przy którym używam raczej niezbyt znanym ludziom technik, nigdy by to do niego nie dotarło. W końcu jak miałby się dowiedzieć? Nikt oprócz mnie w tych okolicach nie miał pojęcia, kim tak naprawdę byłem i jakie umiejętności posiadałem. Jedyną osobą, która mogłaby uraczyć go podobną informacją, byłem ja sam. Tylko że Gerard Way nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Zwierzać się lub przyznawać przed kimś niewtajemniczonym ze swoich sekretów? Niedoczekanie.
Zatrzymałem się na jakimś obcojęzycznym kanale, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Młoda, skośnooka Azjatka o włosach czarnych i ułożonych w bardzo formalny sposób, zwracała się do widzów będących w stanie zrozumieć cokolwiek z całej tej fali pokrętnych słów, które mi nie przywodziły na myśl nic prócz momentami piskliwego bełkotu. Po kilku sekundach, gdy zdecydowałem się przełączyć na kolejny dostępny na liście kanał, widok siedzącej za białym biurkiem kobiety zastąpił kadr kamery rejestrującej wydarzenia na żywo. W tle wciąż słychać było jej głos oraz wygłaszany nim monolog. Na ekranie pojawiła się kolumna równo maszerujących żołnierzy, ubranych w idealne oraz identyczne w każdym szczególe, szare mundury. Z ramion maszerujących do rytmu mężczyzn zwieszała się biała, wąska szarfa spleciona z tego samego koloru wąskim sznurem, która kończyła się gdzieś pod marynarką na skos od ramienia. Co kilka sekund sztywne ramiona unosiły się w górę w geście zasalutowania, by zaraz machinalnie opaść z powrotem w dół. Wyglądali jak roboty. Maszyny, którymi steruje jedna jednostka.
Nagle widok z boku ustąpił miejsca rejestrującemu cały ten pochód z pewnej wysokości. Tych ludzi było mnóstwo, setki, może i nawet tysiące. I wszyscy wyglądali oraz robili dokładnie to samo. Obserwując całe to przedstawienie, miało się wrażenie, iż patrzy się na porcelanowe laleczki sterowane przez siłę wyższą. Oni nawet nie wyglądali jak ludzie. Wydawali się puści, nieprzytomni, niby lunatycy. Pod spodem, na samym dole ekranu, prędko przewijały się czarne znaki na tle rażąco czerwonego paska. Alfabet, który już wcześniej widziałem. Zresztą, nie musiałem się długo zastanawiać, gdy po chwili kamera z maszerujących przeniosła się na twarz jednego konkretnego człowieka. Miał okrągłe policzki, skośne i ciemne oczy. Ścięte niemal na łyso włosy na karku, kończyły się gdzieś niedaleko ucha, by stawać coraz bardziej gęstszymi, gdy przenosiło się wzrok wyżej. Ciemna czupryna, zaczesana do tyłu i lśniąca w dziennym świetle, była mi doskonale znana. I chyba nie było na świecie osoby, która by jej przynajmniej nie kojarzyła. Ale co tam fryzura. Kto by nie znał tej twarzy? Twarzy tyrana, despoty, kolejnego bezlitosnego namiestnika pewnego azjatyckiego państwa, którego społeczeństwo chyba nigdy nie miało okazji zaznać spokoju czy wolności. Człowieka budzącego grozę, lęk, zmieszanie oraz szacunek wśród swoich braci. Osoby, która zamiast skupiać się na rozwoju państwa, szczęściu swego narodu, woli wywoływać niepotrzebne, pochłaniające dziesiątki tysięcy ofiar wojny.
Jego dłoń podniosła się wyżej, by zasalutować przechodzącym w pochodzie żołnierzom, będącym na każde jego najmniejsze skinienie. Mógł ich nawet teraz zwyczajnie skazać na śmierć dla własnego kaprysu, a oni, bojąc się konsekwencji, zrobiliby wszystko, co by im rozkazał. Jego nie wyrażająca właściwie nic prócz poczucia wyższości twarz, ani na sekundę nie zmieniła wyrazu chociażby o milimetr. Zimne spojrzenie obserwowało kłębiące się na rozległym placu jednostki, doskonale zdając sobie sprawę, że należą tylko do niego. Ich ciała, wole, przyszłość. Oni wszyscy na każde skinienie małego palca. I czuł się z tym dobrze, co ja mówię - czuł się wspaniale.
Tak się właśnie kończy, gdy władza wpada w niepowołane ręce.
Z wcale nie lepszym humorem wyłączyłem urządzenie i odrzuciłem pilot gdzieś na kanapę. Tak trudno było mi się z tym pogodzić. Egzystując w wolnym państwie, gdzie każdy obywatel posiada swoje prawa, których złamanie ciągnie za sobą sądowe oraz prawne konsekwencje, w chwili, gdy napotykałem w telewizji program informacyjny mówiący o tym, jak żyje się obecnie w niektórych państwach, miałem wrażenie, że zderzam się z pędzącym pociągiem, którego nie sposób zatrzymać. Wciąż wzrastający poziom ograniczenia światopoglądowego niektórych kultur lub pojedynczych jednostek stawał się z czasem coraz bardziej niebezpieczny. Ze zwykłej indywidualności kulturowej niektóre organizacje, a czasami nawet całe kraje, przyjmowały tak skrajne poglądy, że z biegiem lat zaczęły ewoluować na tyle, by swymi przekonaniami stanowić zagrożenie nie tylko dla swych rodaków, ale także ludzi z całego świata. W podobnych momentach ponownie pogrążałem się w poczuciu kompletnej bezradności, wiedząc, iż nie tylko mi, lecz także żadnemu z nas nie uda się nigdy tego zmienić. Nigdy nie uda nam się doprowadzić świata do stanu równowagi, która zaoszczędziłaby ludziom zbędnych cierpień i niepotrzebnych śmierci.
Czasami zdarzało mi się zastanawiać, czy gdyby podobni do mnie nareszcie ujawnili się przed zwykłymi ludźmi i zebrali wspólnie siły, to czy nie bylibyśmy w stanie zaprowadzić spokoju na terenach, które tego potrzebowały? Z jednej strony wydawać by się mogło, iż coś podobnego byłoby jak porwanie się z motyką na słońce, ale gdyby spojrzeć na to z innej strony, może to wcale nie byłoby takie głupie. Jednak powodzenie całego przedsięwzięcia zależałoby od ludności zamieszkałej na obszarach objętych konfliktami. To w ich rękach leżałby wybór pomiędzy doprowadzeniem ich rodzinnego kraju do porządku lub pozostawieniem go w taki stanie, w jakim by się aktualnie znajdował. Bez tych ludzi nawet z całą naszą siłą czy umiejętnościami nie zdziałalibyśmy dużo. Podstawową rzeczą było to, aby oni sami chcieli zmian. Zmian na lepsze, które poprawiłyby warunki ich życia. Tylko czy byliby w stanie to zrozumieć? Może zwyczajnie uznaliby, że jakieś kreatury chcą dobrać się do ich ziemi oraz, i tak zrabowanych już przez władzę, majątków. I tu pojawiał się kolejny problem. Skąd moglibyśmy wiedzieć, jak zwykli ludzie zareagowaliby na wieść o istnieniu kogoś takiego jak my? Istniały dwa tory, po których mogłyby potoczyć się ich myśli, a oba startowały z tej samej stacji – początkowy szok. Jedna droga wiodła ku wersji pierwszej – akceptacji, a druga – lęku przed nowym i nieznanym, zmierzająca wprost ku nienawiści. I to chyba najbardziej hamowało mój entuzjazm – możliwość nie akceptacji naszego „rodzaju” ze strony zwykłych ludzi.
Chcąc uciec od podobnych myśli, zerwałem się z kanapy i niewiele się zastanawiając, wybiegłem z mieszkania, zatrzaskując drzwi, jednak pozostawiając je niezabezpieczonymi innym dodatkowym zamkiem. Było tak ciemno, że normalny człowiek nie zdołałby zobaczyć choćby czubka swego nosa, jednak ja, wytężając wzrok, wiedziałem wszystko jak na dłoni.
Na tej ulicy było wyjątkowo mało latarń, a te które zaszczycały goły asfalt i krzywe chodniki swoim pomarańczowym światłem, i tak nie ułatwiłyby człowiekowi pokonania swojej drogi. Nie martwiłem się nawet o to, by zmienić swoją postać na niewidoczną – ciemność oraz tempo, w jakim poruszałem się po prostej drodze, pozwalały mi pozostać niezauważonym choćby dla najbystrzejszego oka. Na początku nie miałem żadnego konkretnego celu, chciałem po prostu oderwać się na chwilę od męczących mnie rozważań, które zazwyczaj tylko potęgowały we mnie uczucia bezradności oraz rozgoryczenia. Koniec końców, po niedługiej chwili przypomniał mi się las piętrzący się na południowo-wschodnim krańcu obrzeży Belleville, przez który przejeżdżałem, kiedy po raz pierwszy zmierzałem do miasta. Perspektywa zatracenia się wśród wysokich, rozłożystych drzew, wyjątkowego zapachu mchu i gnijących roślin, które zaskakująco wcale nie pachniały brzydko, niesamowitego widoku z samego czubka najwyższego z rosnących tam okazów, wywołała we mnie poczucie ulgi. Znalazłem miejsce, w którym mogłem poszaleć, oderwać się od codzienności, nie obawiać się, że zobaczy mnie ktoś, kto nie powinien.
Z tego, co zdążyłem zauważyć, mieszkańcy miasta bardzo rzadko zapuszczali się do lasu, a jeśli już, to tylko na jego skrajach położonych blisko autostrady lub ludzkich siedzib. Człowiek jak to człowiek, obawiał się dzikich zwierząt, których na tych terenach akurat nie brakowało. Cóż, przynajmniej mogłem z tego skorzystać. Czekało na mnie kilka hektarów szumiących, pogrążonych w mroku drzew oraz wiele dzikich towarzyszy, o których myśl wcale nie wywoływała we mnie lęku. Tak naprawdę w ogóle mi to nie przeszkadzało.
Bez zatrzymywania się, obiegłem jedną z betonowych przecznic, by skierować się w odpowiednią stronę. Z moimi umiejętnościami droga ciągnąca się kilka kilometrów nie robiła na mnie większego wrażenia. Nie minęło pięć minut, gdy gęste zabudowania zaczęły ustępować bardziej naturalnemu krajobrazowi. Dookoła pojawiało się coraz mniej chodników, a więcej i więcej drzew oraz stojących ugorem małych pól, którymi najwyraźniej obecnie nikt się nie zajmował – stały zarośnięte trawą oraz chwastami i, szczerze, wcale nie przypominały już pól. Zbiegłem z głównej drogi, wkraczając na jeden z takich zarośniętych obszarów. Obiegłem go na skos, by po jakichś siedmiuset metrach przypadkowo napatoczyć się na polną dróżkę, ciągnącą się w górę po wysokim i dość rozległym wzgórzu. Droga była na tyle wąska, że nie przejechałby nią nie więcej niż jeden niezbyt szeroki samochód. O wymijaniu raczej nie było tutaj w ogóle mowy.
Wbiegłem na ścieżkę, na której środkiem ciągnęło się zielone pasmo trawy. Włożyłem obie dłonie do kieszeni bluzy kangurki i niewyróżniającym się jakąś specjalną prędkością krokiem ruszyłem jej śladem pod górę.
Niebo nadal było czyste, a księżyc wciąż tak samo leniwy. Niekiedy udało mi się dosłyszeć gdzieś z bliska śpiew świerszcza, na dalszych terenach nie skupiałem swojego słuchu. Po pewnym czasie po mojej prawej stronie wzgórze, jak gdyby ucięte ogromnym, ostrym nożem, zmieniało swój kraniec w solidne, jednak wciąż rosnące osuwisko, które porastała rzadka roślinność, gdzieniegdzie niskie, ostro zakończone krzewy. Wystarczyło zrobić krok w prawo, by znaleźć się na skraju i spoglądać z góry na mieszczące się niżej polany. Im dalej szedłem, tym wysokość osuwiska stawała się większa, jednak nie zwracało to szczególnie mojej uwagi, przykuwało ją coś zgoła innego. Po lewej stronie ścieżki, gdzie wzgórze ciągnęło się coraz szerzej, znajdowała się potężna ściana drzew tak wysokich, iż momentami zdawały się sięgać nieba. Nie rzuciłem się jednak pomiędzy szerokie pnie z ulgą, którą czułem. Zwyczajnie ciekawiło mnie, co znajdę na końcu dość tajemniczej dróżki, która zdawała się istnieć jakby w innym świecie. Może zwyczajnie drzewa zaczną przesuwać się bardziej w stronę ścieżki, by w końcu pochłonąć ją do wnętrza lasu, a może droga prowadzi do jakiejś starej, zaniedbanej leśniczówki, o której już nikt nie pamiętał? Szybko przekonałem się, iż obie moje teorie były jak najbardziej błędne. Ścieżka wcale nie ginęła w lesie, ani nie prowadziła do zrujnowanej, rozpadającej się chatki.
Gdy dotarłem na sam szczyt wzgórza, drużka urwała się, popychając moje kroki na malutką polankę przylegającą do skraju lasu. Bez wahania wkroczyłem na dość niską, jak na nigdy nie widzącą kosiarki, trawę i wciąż nieprzerwanie kierowałem swe kroki do przodu. Zatrzymałem się dopiero, kiedy zieleń trawy rozciągnęła jeszcze jeden wąski pas wzdłuż skraju lasu, gdzie kończyło się wzgórze. Byłem na szczycie, więc bardzo chętnie podszedłem do jego brzegu, by spojrzeć na to, co znajduje się po drugiej stronie wzniesienia. Moje oczy rozszerzyły się momentalnie, a usta uchyliły lekko w niemym zachwycie. Nogi automatycznie zaprzestały stąpania do przodu, kiedy dotarło do mnie, w jakim miejscu się znajduję.
Po drugiej stronie wcale nie ciągnęła się szeroka, rozległa polana, lecz widok, który ujrzałem niemal zaparł mi dech w piersiach. Jakieś dziesięć metrów dzieliło kraniec lasu od ostrej granicy wzniesienia. Podłoże nie kończyło się zwykłym, równomiernym spadem w dół porośniętym wcześniej widzianą już przeze mnie roślinnością. Ziemia urywała się nagle, jakby ktoś wyrwał z podłoża kawał lasu i podrzucił niedaleko Belleville. Kraniec poobrastany zieloną trawą chował za sobą wysokie, rwące urwisko, którego głębokość była szokująco duża. Spoglądając w dół, udało mi się dostrzec walające się pod wzniesieniem grudy ziemi, za którymi ciągnęła się kolejna niczym niewyróżniająca się łąka. Nierówna, postrzępiona ściana urwiska, z której wystawało sporo porozrywanych korzeni i inne uschłe krzewy, wyglądała na wyjątkowo poszarpaną. W niektórych miejscach wciąż wypiętrzały się dość spore grudy ziemi, które za nic nie chciały poddać się sile grawitacji. Nie to jednak wywołało we mnie tak emocjonalną reakcję.
Stając na samym brzegu kończącego się pod stopami podłoża i spoglądając przed siebie, można było z łatwością ogarnąć wzrokiem teren całego miasta. Bez problemu rozpoznałem kształty co poniektórych budynków, które wśród innych wyróżniały się swoją szerokością, długością lub szczególnym kształtem. Udało mi się nawet dostrzec dach liceum, do którego byłem zapisany, a przynajmniej tak mi się wydawało, iż był to właśnie on - nie byłem co do tego całkowicie pewien. Miałem wrażenie, jakbym spoglądał na żywą, kartonową, lecz stworzoną z ogromną precyzją makietę, której wykonawcy mógłby pozazdrościć niejeden doświadczony oraz zdolny manualnie człowiek. Byłem w stanie dostrzec o wiele więcej szczegółów, niż potrafiłoby to zrobić ludzkie oko w podobnych warunkach.
Ciemne niebo, na tle którego objawiał się widok Belleville, w dalszej części miejscowości stopiło się z mrokiem panującym pomiędzy zasnutymi snem, jak i niebezpieczeństwem budynkami. Moją uwagę szczególnie zwracało tysiące drobnych, okrągłych światełek, które sprawiały omylne wrażenie, iż spoglądało się na gwiazdy porozrzucane po ciemnym bezkresie nocnego nieba. Światła z nie zasłoniętych okien budynków w całym mieście wyraźnie odznaczały się na tle szaro-granatowych murów. Na początku było ich dość sporo, jednak liczba lśniących punktów w krótkim czasie zaczęła się drastycznie zmniejszać. Światełka gasły bez zapowiedzi, nie pozostawiając po sobie choćby najmniejszego śladu. O dziwo, nawet marne oświetlenia przestarzałych miejskich latarń odznaczały się w co poniektórych miejscach.
Podmuch wiatru, który niespodziewanie wyrwał mnie z zamyślenia, całkowicie poplątał moją trudną do okiełznania czuprynę, przypominając mi jednocześnie, po co tak naprawdę znalazłem się w tym miejscu. Kopnąłem czubkiem glana mały kamyk leżący pod moimi stopami, obserwując, jak spadając w dół, ginie w gęstniejącym już do granic możliwości mroku. Nie miałem pojęcia, która mogła być godzina i jakoś nie bardzo mnie to w tamtej chwili obchodziło. Ostatni raz spoglądając na pogrążające się w zwodniczej ciszy Belleville, odwróciłem się na pięcie i wielkim susem pokonałem kilka metrów dzielących mnie od granicy lasu. Odbijając się od ziemi, wskoczyłem na wysokie drzewo, gładko lądując obiema stopami na grubym konarze, zwieszającym się około czterech metrów nad stałym gruntem. Nie czekając długo, wdrapałem się na wyższe gałęzie, by z nich przedostać się na inne drzewa.
Zapach miękkiego podłoża, mimo wysokości, na której się akurat znajdowałem, łatwo docierał do moich nozdrzy, automatycznie przesuwając kąciki moich ust w górę. Zaciągając się miłą wonią, o której nie tak łatwo przyjdzie mi kiedykolwiek zapomnieć, wykonywałem kolejne celne skoki, stąpając po rozłożystych i grubych konarach. Niektóre gałęzie trzeszczały cichutko, zaskoczone, gdy na ich powierzchni nagle lądował mój ciężar. Liście szeleściły obok moich uszu, które podobne dźwięki wyłapywały z wyjątkową przyjemnością. Uchyliłem się prędko, gdy jedna z odstających od grubego pnia ostro zakończonych gałązek zamierzyła się na moją twarz. Sprawny unik pozwolił mi na kontynuowanie wycieczki bez zbędnych zadrapań. Sowa zahuczała niedaleko, gdzieś na dole jakieś zwierze zaszurało o podłoże, a znajomy odgłos kojarzący się z niczym innym jak świerszczami rozbrzmiał w dość sporej odległości.
Z każdym krokiem coraz bardziej zagłębiałem się w gęsty, szumiący las i panującą w nim aurę tajemnicy. W takich miejscach czułem się najlepiej - byłem nadzwyczaj swobodny, a mój humor automatycznie poprawiał się, gdy raz za razem moje płuca wypełniało aromatyczne, rześkie powietrze. Niby zwykłe miejsca jakich wiele, jednak dla mnie znaczyły one coś innego niż jakieś tam sobie zbiorowiska leśne. Były jak odskocznie od codzienności, od ciągłego ukrywania swoich tajemnic przed niczego nieświadomymi ludźmi. Gdyby tylko wiedzieli, na co mogłem sobie pozwolić, na co pozwalały mi moje wrodzone umiejętności… Pokochaliby mnie czy raczej znienawidzili?
- Pierdolę – warknąłem pod nosem, z syczącym gniewem przeplatającym się pomiędzy kolejnymi sylabami.
Nie miałem myśleć o takich rzeczach, przecież właśnie po to wyszedłem na zewnątrz. Żeby odetchnąć.
Zapominając o niewygodnych tematach, o których zastanawianie się zaczynało mnie już poważnie drażnić, zeskoczyłem z drzewa na miękką ściółkę. Coś cicho trzasnęło pod moimi ciężkimi butami. Najwidoczniej nadepnąłem na kilka gałązek, które pod moim ciężarem uległy znacznemu uszkodzeniu. Wyprostowałem delikatnie przygarbione przy lądowaniu plecy i rozejrzałem się wokoło. Jakiś ciemny, drobny ptak przeleciał zwinnie manewrując pomiędzy pniami, by usiąść na nisko zawieszonej gałęzi. Z prawej strony moich uszu dobiegło nagłe chrumknięcie, które przykuło mą uwagę oraz wytężony wzrok. Nie raz będąc w podobnej sytuacji, wiedziałem dokładnie, jak się zachować, by uniknąć niepotrzebnych spięć pomiędzy mną a dzikim zwierzęciem. Ustałem spokojnie, bez ruchu, czekając, aż zbliżające się małe stadko dzików, podejdzie bliżej. Zawsze mogłem po prostu zniknąć, wizualnie lub fizycznie, przy użyciu nadzwyczajnej tężyzny. Nie miałem jednak humoru na ucieczkę, a oglądanie z bliska dzikich zwierząt było za każdym razem naprawdę niezapomnianym przeżyciem, więc pozostałem na swoim miejscu. Dziki nie kazały mi długo na siebie czekać, po chwili zza szerokiego oraz wysokiego krzewu przylegającego do sąsiedniego drzewa wyłoniły się dwa dorosłe dziki (najprawdopodobniej samiec i samica) oraz trzy małe warchlaki. Pochrumkując na siebie nawzajem, przeszły obok mnie obojętnie, jak gdybym w ogóle nie istniał, i znikając za kolejnymi drzewami, podążyły w sobie tylko znanym kierunku.
Cóż, na mnie także przyszła już pora – przeszło mi przez myśl. Wkładając w kieszenie kangurki obie dłonie, uniosłem głowę w górę, jakbym spodziewał się zobaczyć cokolwiek innego niż wątły prześwit granatu nieba pomiędzy gęstniejącymi z dnia na dzień koronami drzew. Nowonarodzone liście, które wyróżniały się swoim wyjątkowo jasnym odcieniem zieleni, kojarzyły mi się z  rozpoczęciem czegoś nowego i zarazem lepszego. Sam nie wiem czemu, lecz to była pierwsza myśl, która przychodziła mi do głowy każdej wiosny. Coś nowego i lepszego, jakby nowy rok miał przynieść mi cokolwiek innego niż poprzedni. Ta wróżba nigdy się nie spełniała, nigdy dopóki nie wziąłem spraw w swoje ręce i sam nie zmieniłem swojego życia. I cieszyłem się z tych zmian, uszczęśliwiały mnie one bardziej niż śmiałem kiedykolwiek przypuszczać.
Droga powrotna zajęła mi już mniej czasu, biorąc pod uwagę, że zmierzając w tamto miejsce, przeszedłem ścieżkę zwyczajnym tempem. Jednak by dodać sobie jeszcze trochę czasu na poczucie swobody, obiegłem miasto z drugiej strony. Moje mieszkanie znajdowało się we wschodniej części, jednak chcąc przedłużyć sobie powrót do domu, wybrałem drogę okrężną. Zachodnia część Belleville właściwie niczym nie różniła się od tej położonej bardziej na lewo. Jedyną różnicą było chyba to, iż mieszkańcy tych dzielnic mieli znacznie dłuższą drogę do lasu, który znajdował się na wschód.
Zatrzymałem się, lekko dysząc, kiedy zabudowania zaczęły pojawiać się coraz częściej, aby wkrótce całkowicie wyzbyć się jakichkolwiek walorów przyrodniczych okolicy zamiejskiej. Chłodny wiatr nieznacznie przybrał na sile, za co moja rozgrzana, odsłonięta szyja była mu dozgonnie wdzięczna. Sprawnym krokiem ruszyłem chodnikiem, by raz na jakiś czas skręcić w jakąś nieznaną mi ulicę. Nie martwiłem się o to, że się zgubię – takiej możliwości w ogóle nie było. Odnalazłbym odpowiednią drogę do swego celu o każdej porze, w każdych warunkach, nawet gdybym tak jak teraz nie znał otaczających mnie budynków. Po prostu moja orientacja w terenie była nadzwyczaj rozwinięta, a właściwie aż nazbyt rozwinięta. Od momentu, kiedy wkroczyłem na teren miasta, nie udało mi się spotkać ani jednej osoby. Wszystkie mijane przeze mnie budynki, pogrążone w mroku, zdawałyby się być zupełnie opustoszałe, gdyby nie donośne chrapanie oraz stałe bicia serc, które nie zdołały umknąć moim uszom. Niektóre uliczki pokonywałem w ułamku sekundy, wiedząc, że w zwykłym, ludzkim tempie zajęłoby mi to więcej czasu niż bym chciał.
Miasto po zapadnięciu zmroku nigdy nie gaśnie do końca. W prawie każdej jako tako rozwiniętej miejscowości działały jakieś kluby, bary i inne podobne lokale, które zamykano dopiero nad ranem. Gdzieś niedaleko z jednego z takich miejsc wydobywała się charakterystyczna, szmirowata muzyka, na którą nie zwróciłem najmniejszej uwagi, a po zarejestrowaniu jej istnienia, zwyczajnie automatycznie zignorowałem.
Z zadowoleniem ujrzałem kilka wystających zza dachu jednego z domów mieszkalnych, wysokich, liściastych wierzchołków. Bez namysłu przyśpieszyłem kroku i wskoczyłem na trzeszczącą pod moimi stopami blachodachówkę. Z kilkunastu metrów bez problemu udało mi się dostrzec nieliczną grupę drzew stanowiących zaledwie nędzną namiastkę lasu, z którego akurat wracałem. Mimo to, nie zastanawiając się ani sekundy, potężnym susem przeskoczyłem na sąsiedni dach, by z niego dostać się na jeden z wiszących nad nim konarów. Dla ostrożności przybrałem niewidoczną dla nikogo postać i zdzierając przez przypadek butem fragment kory z gałęzi, wdrapałem się na sam szczyt zniszczonego od panujących w mieście warunków drzewa. Szelest liści, tak bardzo podobny do tego, wśród którego jeszcze niedawno pozwoliłem sobie na chwilę zatracenia, ponownie przeszył brudne powietrze. Wdrapałem się na najwyżej położoną gałąź, by zaszczycić swoją podświadomość jedynie widokiem pogrążonych w mglistym mroku dachów miejskich zabudowań. Bez żalu ześlizgnąłem się po szorstkiej korze pnia na niższy poziom drzewa. Zignorowałem zaplamioną kilkoma kroplami krwi skórę na mojej prawej dłoni, którą nieumyślnie zahaczyłem o ostrą krawędź wystającej z pnia pozostałości po jednej ze złamanych gałęzi. Lekki ból nie pochłonął mojej uwagi na dłużej niż kilka sekund. Przeskakując z drzewa na drzewo, z konara na konar, co w tamtym miejscu było trudniejsze niż w lesie ze względu na to, w jakiej odległości od siebie zostały posadzone owe drzewa, zatrzymał mnie dopiero brak obiektów, które pozwoliłyby mi na kontynuowanie krótkiej, małpiej wyprawy, szczerze mówiąc, prowadzącej mnie w nieznanym kierunku. Teren parku się jeszcze jednak nie skończył. Byłem wtedy chyba mniej więcej w jego połowie.
Przysiadłem na grubej gałęzi, uprzednio upewniając się, że utrzymałaby mój ciężar przez czas dłuższy niż nędzne sekundy lub jedynie ich ułamki. Przede mną ciągnął się krótki fragment parkowej alejki. Po przeciwnej stronie także rosło kilka drzew, wyraźnie zniszczonych oraz znacznie okaleczonych przez niejednego chuligana. Dokoła nie zdołałem ujrzeć żywej duszy, przymknąłem oczy i wyciągnąłem szyję, biorąc głęboki oddech. Powietrze było ohydne. Zanieczyszczone, śmierdzące spalinami i nie tylko, stęchłe, po prostu brudne. Z grymasem niezadowolenia na twarzy, powróciłem do zwykłego, regularnego oddechu, który pozwalał mi choć trochę nie czuć tego okropieństwa. Świadomość, iż mimo wszystko wdychałem ten smród, napawała mnie ciężką do zniesienia irytacją. Z daleka po raz kolejny dobiegła moich uszu dudniąca muzyka, wydobywająca się z jakiegoś klubu lub dyskoteki. Jednak tym razem dźwięk nie był już aż tak odległy jak wcześniej. Przypuszczałem, że lokal musiał znajdować się gdzieś niedaleko parku, lecz przez tę drażniącą muzykę nie miałem nawet ochoty wytężać słuchu, by potwierdzić swoje podejrzenia.
Poruszyłem luźno zwisającymi z konara nogami, odzianymi w ciasno zawiązane, ciężkie glany. Odgłosy szamotaniny oraz pijackich krzyków wyraźnie odznaczyły się w nocnej ciszy. Usłyszałem jak ciężkie ciało, prawdopodobnie mężczyzny, uderza tępo o chodnik. Niski, wściekły głos innego faceta warknął kilka niezbyt cenzuralnych słów w czyimś kierunku. Fala wyzwisk i pretensji wydobywających się najprawdopodobniej z kilku gardeł zalanych wcześniej alkoholem, zamieniła się w jeden wielki pijacki wrzask.
Mruknąłem coś cicho pod nosem, kiwając jednocześnie głową z politowaniem.
Bez choćby grama zainteresowania skupiłem się na odpowiednim miejscu i zdołałem jeszcze usłyszeć, jak kilku koleżków podnosi z ziemi pijanego w sztok kumpla i wciąż obrzucając ochroniarza najgorszymi wyzwiskami, tak szybko, na ile tylko pozwalał im alkohol krążący w żyłach, zaczęli oddalać się od miejsca nieprzyjemnego zdarzenia.
Było mi żal, naprawdę żal takich ludzi. Osób, które nie potrafiły wytrzymać ani jednej imprezy bez choćby kropli jakiegoś trunku, chociażby najgorszego. Nie potrafiłem ich nigdy do końca zrozumieć, mimo że bardzo się starałem.
Poruszyłem się lekko na twardej gałęzi, kiedy usłyszałem, jak pijacka ekipa zbliża się coraz bardziej. Na szczęście nie musiałem ich oglądać – nie weszli do parku, tylko rozsiedli się z kilkoma butelkami na ławce przy jednym z jego ujść. Kiedy spoglądałem w lewo, mogłem dostrzec jak alejka rozwidla się. Obie drużki prowadziły do wyjścia z parku w innej dzielnicy miasta. Wiedziałem już, którą wybrać, by nie natknąć się na upitą zgraję, chociaż znając siebie, i tak prędzej czy później zszedłbym z normalnej drogi, docierając do celu, biegnąc po przeróżnych dachach mieszkań, lokali, sklepów i tak dalej. Nic nie mogłem na to poradzić. Gdy miałem pewność, że nikt niepowołany nie ma szansy mnie zobaczyć, używałem swoich zdolności właściwie do wszystkiego. Nie wiem, czy dałbym radę zrezygnować z nich na stałe, nawet dla życia wśród zwykłych ludzi.
Moje spojrzenie automatycznie przeniosło się na drugi koniec widocznej dla mnie alejki, gdy pomiędzy szelest liści wkradł się zgrzyt piasku i kamieni. Od razu zorientowałem się, że ktoś w wolnym tempie kieruje się w moją stronę. Zdziwiło mnie to nieznacznie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż zwykle o podobnej porze po parku nie spaceruje wiele osób. Jednak tej nocy trafił się wyjątek.
W parku nie było latarń, co jakoś szczególnie mnie nie bulwersowało. Przestarzałe i dające mało światła nie nadawały się do niczego oprócz zastąpienia przez nowocześniejsze odpowiedniki. Kilka zielonych liści pod wpływem agresywniejszego podmuchu wiatru oderwało się od gałązek i wirując wokół swych osi, pofrunęło w dół, zaraz potem powoli lądując na nierównej ścieżce.
Zmrużyłem oczy, słysząc głośną muzykę wydobywającą się prawdopodobnie ze słuchawek zbliżającej się osoby. Czarne, mętne kontury dość niskiej sylwetki odznaczyły się w mroku. Z każdym kolejnym krokiem ludzkie kształty stawały się coraz bardziej wyraźne i zarazem lepiej widoczne. Kaptur zarzucony na głowę utrudniał mi możliwość rozpoznania, kim był ów człowiek, choć nawet nie łudziłem się, że mógłbym go chociażby kojarzyć. Cichy pisk oznajmiający użytkownikowi odtwarzacza, iż wyczerpała mu się bateria, nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Mimo że muzyka przestała grać, człowiek nie zmienił tempa, nie westchnął zirytowany, w ogóle nie zareagował, zupełnie jakby nie był świadom, że cokolwiek się zmieniło.
Poderwałem się z miejsca, niemal nie lądując przez swoją nieuwagę na twardej ziemi. Chwyciłem się jedną dłonią rosnącej niedaleko chudej gałęzi, która pozwoliła mi utrzymać równowagę. Z kolejnym podmuchem powietrza do moich nozdrzy dotarła znajoma woń, na początku wydająca mi się być po prostu przypadkowo podobną do tej, o której machinalnie pomyślałem. Dla pewności wyostrzyłem wzrok, skupiając się na drobnej postaci, która zdążyła zbliżyć się do miejsca mojego pobytu na tyle, by ułatwić mi jej względne rozpoznanie.
Ten zapach, ta sylwetka, przygarbione plecy, chude nogi, nawet głowa ukryta pod ciemnym materiałem kaptura – gdzieś to już widziałem. I dobrze wiedziałem gdzie, lecz jakoś trudno było mi uwierzyć w to, że spośród tych kilkunastu tysięcy mieszkańców trafiłem akurat na niego. Na chłopaka, o którym starałem się choć na chwilę zapomnieć.
Najwidoczniej zmarznięte dłonie wcisnęły się głębiej do kieszeni bluzy, a z jego gardła wydobył cichy, pełen niezadowolenia pomruk. Przez chwilę nie odrywałem wzroku od jego postaci, gdy nagle zdałem sobie sprawę w jakim kierunku zmierza.
- Kurwa - syknąłem, starając się obmyślić jakiś sposób na zmuszenie go do odwrotu, bez jednoczesnego demaskowania swojej obecności.
Jak na złość, Frank zmierzał w stronę ścieżki, na końcu której czaiła się banda zapitych i agresywnych imprezowiczów.
Bez namysłu zeskoczyłem cicho z drzewa i w ciągu ułamka sekundy znalazłem się niedaleko ławki, na której rozparło się dwóch barczystych mężczyzn, dyskutując bez sensu wraz z zataczającymi się obok trzema innymi, lecz równie pijanymi towarzyszami. Dałbym im radę bez problemu, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich ogólny stan, jednak rozpoczynanie burdy, przez co mógłbym jednocześnie zwrócić czyjąś uwagę, nie wchodziło w grę. Zresztą Frank mógłby mnie przyłapać jeszcze zanim zakończyłbym sprawę, co także wymusiło na mnie dalsze zastanowienie. Czułem jego obecność coraz bliżej i wiedziałem, że nie mam zbyt dużo czasu. Mężczyźni roznosili wokół siebie charakterystyczny, nieprzyjemny zapach, który momentami wywoływał u mnie odruch wymiotny. Ich pijackie bełkoty mieszały się ze sobą, tworząc odgłosy godne noszenia miana języka z innej planety. Wiedząc, że czas prześlizguje mi się pomiędzy palcami, zdecydowałem się na najprostsze rozwiązanie i zarazem jedyne, które przyszło mi do głowy.
Bezdźwięcznie podszedłem do brzegu ławki, gdzie leżało mnóstwo pustych butelek po wódce oraz jakimś tanim piwie, chwytając za jedną z większych. Na moje szczęście, towarzystwo było aż tak zajęte swoją dyskusją, że nie zauważyło unoszącej się w powietrzu butelki.
Chrzęst kamieni, które otarły się o siebie pod ciężarem stąpających po nich butów, jeszcze bardziej upewnił mnie w tym, że mam tylko jedną szansę, by uratować Franka od zbędnego zagrożenia ze strony potencjalnych agresorów. Jedyną kwestią, która mnie niepokoiła, było to, czy chłopak zdąży bezpiecznie odejść, zanim hałas przyciągnie uwagę nietrzeźwej bandy. Cóż, innego wyjścia nie miałem, musiałem zaryzykować. Koniec końców, gotów byłem w ostateczności ujawnić się i pomóc mu w ucieczce przed zagrożeniem. Na samą myśl o tym, co ci ludzie mogliby mu zrobić, moje gardło zaciskało się, a dłonie formowały w pięści.
Odszedłem kilka metrów od ławki, mając nadzieję, że z tej odległości ciemność nie pozwoli im dostrzec choćby niewyraźnej sylwetki chłopaka. W tamtej chwili dzieliło go ode mnie może kilkanaście kroków. Do moich uszu dokładnie docierał jego krótki, lecz regularny oddech oraz odgłosy kolejnych wykonywanych przez niego kroków.
Bez zbędnego zastanawiania się, zrobiłem mocny zamach, a po chwili trzymana w mojej dłoni butelka z głośnym trzaskiem rozbiła się na miejscami usianej żwirem ścieżce. Natychmiast skupiłem swoją uwagę po obu moich stronach. Po prawej – by śledzić reakcje nietrzeźwych jegomościów, po lewej – aby mieć pewność, że Frank zdąży uciec.
Młody zatrzymał się momentalnie, najwyraźniej będąc zaskoczonym lub zwyczajnie przestraszonym. Nie myślałem o tym, czy w ten sposób wywołam u niego przerażenie, zależało mi jedynie, żeby odszedł stąd i dotarł do domu cały i zdrowy. Z niejaką ulgą zarejestrowałem fakt, iż po chwili bezruchu, zaczął ostrożnie oddalać się w przeciwną stronę. Nie biegł, jednak rytm jego serca wyraźnie przyśpieszył. Czuł się zagrożony, co zmusiło go do instynktownej ucieczki – i takiej reakcji się spodziewałem.
W tym samym czasie parkowi imprezowicze ucichli na moment, by zaraz przeklinając i wymieniając się między sobą jakimiś mało zrozumiałymi dla osoby o pełnej świadomości przypuszczeniami co do pochodzenia niedawnego hałasu, rozpoczęli próby podniesienia z ławki zalegających tam kumpli i postawienia ich do pionu, by móc iść wspólnie sprawdzić czy „nie ma w pobliżu jakiejś mordy do obicia”. Nim jednak zdołali przybliżyć się do źródła dźwięku, już dawno mnie tam nie było.
Upewniając się, że nie dadzą rady dogonić Franka, poszedłem za nim, by mieć pewność, że tej nocy nie natknie się już na żadne niebezpieczeństwo. Zresztą, co on sobie myślał, urządzając sobie spacerki po parku o takiej porze? Gdybym był na miejscu jego matki, spuściłbym mu porządne manto i zastosował karę ograniczenia wolności na czas bliżej nieokreślony.
Utrzymując pewną odległość, obserwowałem jego coraz szybsze kroki odbijające się między martwymi murami mijanych zabudowań. Zatrzymałem się dopiero na rogu ulicy, z daleka pilnując, by bez problemu dotarł do domu i zniknął za zamkniętymi drzwiami.
Gdyby coś mu się stało, nigdy bym sobie nie wybaczył.


7 komentarzy:

  1. Ten rozdział był świetny. Długi i jak zwykle przepełniony cudownymi opisami, od których nie sposób się oderwać. Kiedy czytałam napisane przez Ciebie zdania, byłam wniebowzięta, ale równocześnie bardzo uważna oraz skupiona, żeby nie przegapić żadnego określenia, słowa - żeby wszystko dobrze zrozumieć. Uwielbiam, kiedy piszesz o Gerardzie, bo wszystko w nim jest takie świetne - sposób, w jaki patrzy na świat, jego myśli, po prostu wszystko. Poruszyło mnie bardzo to, o czym myślał podczas oglądania telewizji. Chodzi mi o to, że sposób odbierania rzeczywistości przez Gerarda jest bardzo ludzki, mimo iż on sam nie jest do końca "normalnym" człowiekiem, tak przynajmniej wywnioskowałam. I borze zielony, końcówka tego rozdziału była strasznie urocza. Mam na myśli to, że Gerard tak bardzo troszczy się o Franka, mimo iż wie na jego temat bardzo niewiele. Jezu, mam ochotę utulić teraz i Gerarda, i Ciebie ;__; Piszesz tak świetnie, wymyślasz naprawdę dobre, realistyczne postaci, zdarzenia również są tutaj prawdziwe, że kiedy o nich czytam, odnoszę wrażenie, jakbym była wiszącym nad głowami Twoich bohaterów powietrzem, które może ich obserwować, i które dostrzega wszystko. Uwielbiam wszystko w tym opowiadaniu, nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. Nie zauważyłam żadnych potknięć poza jedynym błędem w słowie "drużka", powinno być "dróżka", przynajmniej w tym kontekście, jaki opisałaś. Cała reszta jest cudowna, nie mogę jeszcze wyjść z podziwu i jeju, tak bardzo chcę już przeczytać kolejną część, najlepiej wszystkie, pragnę wiedzieć co się dalej tam wydarzy, jak wszystko się rozwinie, jak się zakończy iiii uwielbiam Cię, to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez kilka ostatnich dni nie mogłam oderwać się od twojego bloga. Listening to his heart przeczytałam w jedną noc, co skończyło się pójściem spać o 5 nad ranem, nie zważając na pobudkę o 8. Tak, wyglądałam jak zombie, ale byłam szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Chyba każdy zauważył jaki progres zrobiłaś na przestrzeni lat. Uwielbiam jak piszesz, to ciepło, które rozlewa się wewnątrz i głosik mówiący "więcej, więcej!", potem następuje śmiech nerwowy śmiech typowego psychola, z powodu zbyt dużej ekscytacji. Oczywiście z niecierpliwością czekam na kontynuację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miało być: nerwowy śmiech :<

      Usuń
  3. Przepraszam, że tak krótko, ale napiszę tylko, że bardzo lubię ten rozdział :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! o czym z resztą już dobrze wiesz :)
    Opisy wcale nie nudzą, a wręcz przeciwnie jeszcze bardziej wciągają.. I mówię to ja, zwolenniczka krótszych form. Podoba mi się to, jak Gerard wszystko przeżywa, bo na swój sposób odnajduję w nim siebie. Oczywiście poza tym skakaniem po drzewach i nadludzkich zdolnościach (które intrygują mnie coraz bardziej i bardziej). Dokładając do tego to, jak chroni Franka przed wszelkim złem... Po prostu wspaniałe.
    Jakoś zdecydowanie wolę narrację Gerarda xd.
    Dużo weny na dalsze pisanie i ogromnych pokładów siły do walki z leniem! :)
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybacz zwłokę, przeczytałam od razu, jak opublikowałaś, ale nie mogłam skomentować i kompletnie wyleciało mi to z głowy.
    Coś, co wielbię - długie, piękne, świetnie zrobione(?) opisy, kawał porządnej sztuki, skrawek nieba. Sprawiasz mi wielką radość zawsze, gdy opisujesz coś, cokolwiek, w tak fantastycznie lekki, plastyczny, ale i złożony sposób. Lubię to, jak wiele jest tutaj najróżniejszych warstw i jak po kolei je odkrywasz, po kawałeczku. Cieszy mnie to, że dowiedzieliśmy się choć trochę więcej o Gerardzie, nie tylko przez pryzmat myśli i wspomnień, ale i zachowania, instynktów, moralności. To barwna, tajemnicza postać, jedna z lepiej wykreowanych pośród wszystkich opowiadań, jakie przyszło mi kiedykolwiek przeczytać. Jest taki intrygujący, nieprzewidywalny, choć czasem i przewidywalny, taki... Brakuje mi słowa. Wyjątkowy? Niecodzienny? Nietypowy? Sama nie wiem. Ale darzę go sympatią od samego początku. Frank też oczywiście jest genialnie wykreowany, nie mam problemu, żeby go sobie wyobrazić, czuję to, co i on, gdy czytam o nim, dzięki temu, jak sprawnie posługujesz się piórem. Ale Gerard spędza mi sen z powiek.
    Czekam z niecierpliwością na kolejną dawkę Twojego talentu.
    xo
    a.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejku...Nie było mnie tutaj naprawdę długo! Mam tyle do nadrobienia!
    Przepraszam Cię, że komentuję dopiero teraz, ale Ty już wiesz co mnie powstrzymuje, a raczej uniemożliwia komentowanie, ale przejdę już może do rozdziału.
    Kochana, dobrze wiesz, że kocham to w jaki sposób kreujesz swoje postacie. Obaj są w tym opowiadaniu świetni. Trochę na zasadzie kontrastu, jednak mają ze sobą zadziwiająco wiele wspólnego. Troska Gerarda o Franka jest taka urocza, że aż nie sposób się nie uśmiechnąć. W tej części zadziwiła mnie ta niespodziewana wycieczka do lasu. Gee wydał mi się wtedy dziki i taki tajemniczy, bo pomimo, iż z każdym rozdziałem wiemy coraz więcej on nadal pozostaje wielką zagadką. To pociągające i wręcz prowokuję moją ciekawość do dalszego czytania i oczekiwania na dalsze rozdziały ich historii. To jest chyba to co kocham najbardziej.
    Frank w tym opowiadaniu wydaje m się być tak bardzo zagubioną i nieporadną istotką. To aż przykre, że jeden człowiek może mieć aż tak bardzo pod górkę. Mam nadzieję, że z biegiem czasu i przybywaniem rozdziałów, Gerard pomoże Iero, a on się w końcu otworzy i da sobie pomóc. To chyba on sam stanowi tutaj przeszkodę, a może raczej jego jakieś wewnętrzne opory, ale o tym zapewne też się jeszcze będziemy mieli okazję przekonać.
    Teraz życzę Ci dużo weny i przede wszystkim czasu, nie tylko na pisanie i sprawdzanie rozdziałów, ale również na odpoczynek i relaks.
    Ściskam i pozdrawiam gorąco

    xoxo

    OdpowiedzUsuń