niedziela, 2 marca 2014

Chapter VII

You always disappear
Even when you’re here
This is not my home
I think I’m better off alone

Frank

Aż trudno ująć słowami, jak ogromną miałem ochotę, by z hukiem zatrzasnąć drzwi. Nie zrobiłem tego jednak. Nie miałem siły. Zamiast obrać podobną metodę, zamknąłem je w tradycyjny sposób, niemalże natychmiast z zaskoczeniem rejestrując obecność płaszcza mamy wiszącego na wieszaku przymocowanym do ściany jakieś dwa metry od wejścia do domu. Na podłużnym, granatowym dywanie w brązowo-żółte wzory, rozciągającym się wzdłuż korytarza na parterze, stały czarne, wysokie szpilki, z czego jedna leżała wywrócona na bok, ukazując w ten sposób swoją modną, czerwoną, wyraźnie błyszczącą podeszwę.
Bez pośpiechu odsznurowałem trampki i rzuciłem je niedaleko małej szafki na buty, nie czując jakiejkolwiek potrzeby, by ułożyć je na teoretycznie przeznaczonym dla nich miejscu. Zaraz potem ruszyłem korytarzem w stronę schodów, kierując się na piętro.
Mama? Co ona w ogóle robiła w domu?
Wspiąłem się po stopniach, aby mimochodem otworzyć drzwi swojej sypialni, wrzucając do środka torbę z książkami. Już po wejściu na piętro usłyszałem krzątaninę w jednym z pokoi, która po krótkiej chwili ucichła. Dobrze wiedziałem, skąd dochodziła. Zostawiłem uchylone wejście i ruszyłem do miejsca, w którym, jak przewidywałem, znajdowała się moja matka. Dzięki szeroko otwartym, białym drzwiom nie musiałem nawet wchodzić do środka, żeby przekonać się co do słuszności swoich domysłów. Mimo wszystko przekroczyłem próg pomieszczenia, dostając się  pomiędzy śnieżnobiałe ściany, na których trudno było dopatrzeć się jakiejkolwiek skazy. Natychmiast potarłem bolące oczy, nieprzyzwyczajone do tak wyjątkowo jasnego wystroju. Rzadko odwiedzałem to miejsce, naprawdę rzadko.
Po mojej prawej stronie stało sporej wielkości łóżko pościelone w równie białe jak ściany prześcieradła. Na kołdrze leżało kilka małych, ciemnobrązowych poduszek, na powierzchni których odznaczał się kwiatowy, satynowy wzór, a u stóp materaca spoczywała zwinięta w podłużny prostokąt brązowa, o wzorze identycznym jak na poduszkach, narzuta, zalegająca w poprzek łóżka, widocznie kontrastująca z jasnym wystrojem. Szafa, komoda oraz cała reszta ustawionych w pokoju mebli była, oczywiście, biała. Na ścianach wisiało kilka ciemnych obrazów, nie przedstawiających nic konkretnego, a kupionych ze względu na kolorystykę odznaczającą się od śnieżnej farby. Podłoga pokryta panelami z również ciemnego drewna dopełniała całego schematu, według mnie, w dziwny sposób przypominającego wystrój drogiego, hotelowego pokoju.
Nie lubiłem tam przebywać. Czułem się w tamtym miesjcu, jak gdybym był w kompletnie obcym otoczeniu, a nie w sypialni swojej rodzicielki. Skoro już o niej mowa – w czasie gdy wkroczyłem do pokoju, siedziała w samej bieliźnie przy toaletce ustawionej naprzeciwko ogromnej szafy z ubraniami, uporczywie wpatrując się w lustro, by perfekcyjnie równą kreską eyelinera uwydatnić błękit swoich tęczówek. Na początku nawet mnie nie zauważyła, zbyt zajęta makijażem, podszedłem więc do łóżka i usiadłem na zbyt miękkim oraz niestabilnym jak dla mnie materacu, niszcząc w ten sposób cały panujący na pościeli porządek. Na jasnym, wcześniej idealnie wygładzonym materiale, pojawiło się mnóstwo mniejszych i większych fałd oraz zagnieceń.
- Cześć – przywitałem się szeptem, nie wytrzymując już panującej w pomieszczeniu ciszy, niezrozumiale sprawiającej wrażenie niezręcznej.
Kobieta natychmiast oderwała szminkę od warg, które akurat wtedy malowała, by w odbiciu szklanej powierzchni ujrzeć nikogo innego jak jej własnego syna. Podkreślone wcześniej kredką brwi uniosły się w górę, niemal w całości znikając pod równo ściętą blond grzywką. Gdy dotarło do niej, że to właśnie ja zakłócam jej spokój, od razu oderwała wzrok od mojego odbicia i wróciła do podkreślania ust czerwoną niczym krew szminką.
- Co jest? – mruknęła, jakby od niechcenia.
- Zdawało mi się, że dziś jesteś w pracy…
Cóż za absurd… Przecież ona zawsze była w pracy, a dom traktowała jedynie niczym hotel, w którym pojawiała się tylko na nocki lub wtedy, gdy naprawdę potrzebowała popracować w ciszy swego gabinetu. Niekiedy podczas urlopu zabawiała dzień czy dwa w mieszkaniu, lecz w trakcie i tak gdzieś wychodziła. Weekendy? Soboty także spędzała poza domem, mimo że wtedy pracownicy jej firmy mieli wolne. Nie mam pojęcia, co w tym czasie robiła. Niedziela był to zazwyczaj czas odsypiania całego tygodnia pracy.
- Yhm… Właściwie to przyszłam się tylko przebrać – mruknęła, malując tuszem rzęsy przy lewym oku. – Mam dziś kilka spotkań poza miastem. Reprezentuję szefa na rozmowach z osobami starającymi się o pracę w dziale PR. Wrócę późno. Możliwe też, że spędzę noc poza domem, jeśli coś się przedłuży.
- Ach tak – odpowiedziałem, aby tylko coś powiedzieć i przypatrzyłem się jej, podczas gdy starała się dokończyć malowanie oczu.
Jej rozpuszczone, jasne blond włosy sięgały lekko za ramiona. Równo przycięte końcówki, które zaliczały wizytę u fryzjera przynajmniej raz na dwa tygodnie, były idealnie zadbane. Mama regularnie uczęszczała także na solarium, czego skutki ujrzeć mogłem na własne oczy. Próbowałem nie zastanawiać się, skąd bierze czas na takie rzeczy, skoro podobno całe swoje życie poświęca pracy, w której niedawno dostała kolejny awans. Była wysoka, wyższa ode mnie nawet o piętnaście centymetrów, chyba że w szpilkach, to trzydzieści. Przy niej moje metr sześćdziesiąt trzy prezentowało się jeszcze żałośniej. Miała szerokie biodra, wąską talię i tak naprawdę z wyglądu bardziej przywodziła mi na myśl modelkę, niż osobę zajmującą jakieś wysokie stanowisko w dużej firmie. Miała długie, szczupłe nogi, zgrabne uda i łydki, paznokcie u stóp i dłoni wiecznie pomalowane na jakiś modny kolor. Nie wątpiłem, że dość często musiała także uczęszczać do kosmetyczki. Jej twarz również była urodziwa - miała duże, błękitne oczy, mały i prosty nosek, co prawda wyglądający tak tylko dzięki operacji, na potrzeby której wzięła rok temu niemalże dwumiesięczny urlop, pełne wargi, też niekoniecznie naturalne, jednak wykonane tak perfekcyjnie oraz starannie, że osobie postronnej trudno było domyślić się, iż zawdzięczają one swój kształt regularnym zabiegom wstrzykiwania botoksu. Drobny, kobiecy podbródek podkreślał ładny kształt twarzy, a idealnie wykonany makijaż tylko uwydatniał jej urodę. Jednym słowem – piękność.
Swego czasu często zdarzało mi się kalkulować, czy to w ogóle możliwe, bym był jej biologicznym synem. Gdybym miał przynajmniej taki sam kolor włosów, czy choćby podobny wzrost, lecz prawda jest taka, że nie odziedziczyłem po niej nic. Nic a nic. Nawet nasze charaktery różniły się od siebie tak znacząco, iż nie trudno było to zauważyć. Widziałem to już wtedy, kiedy byłem dzieckiem, lecz wszystkie moje pytania zostawały zbywane zirytowanymi pomrukami lub ciętymi komentarzami dotyczącymi niemalże za każdym razem mojego podobieństwa do ojca. Lub raczej jego braku. No właśnie, podobieństwo do ojca. Ze słów, które podczas wyżej wymienionych sytuacji zapamiętałem najlepiej, były te wypowiedziane przez moją matkę najbardziej jadowitym i litościwym tonem, jakim w całym swoim dotychczasowym życiu słyszałem. O ile dobrze pamiętam, szło to jakoś tak: „Nie jesteś podobny do mnie, nawet do swojego ojca. Skąd mam wiedzieć, czemu taki jesteś? Czasami, gdy na ciebie patrzę, zastanawiam się, czy same twoje pojawienie się na tym świecie nie było jakimś jednym wielkim psikusem ze strony losu. Po mnie nie masz ani wyglądu, ani charakteru, ale nawet do ojca jest ci tak daleko, że nikt nie uwierzyłby mi na słowo, gdybym powiedziała, że jesteś jego synem”. Tak… Gdy to od niej usłyszałem, miałem może jedenaście lat. Był to jeden z niewielu momentów, kiedy dowidziałem się czegokolwiek o mężczyźnie, który mnie spłodził. Mama zawsze unikała tego tematu, uważając go za mało istotny lub zupełnie niepotrzebny. Nigdy nie mówiła o ojcu, chyba, że wytykała mi to, iż pojawiłem się na świecie nieplanowany i do tego jakby stworzony przez zupełnie innych ludzi. Były chwile, kiedy śmiała się, że ona tylko wydała na świat dziecko, lecz spłodziła je para nieznanych osób, które wolały pozbyć się ciężaru porodu oraz wychowywania pociechy, i zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego. Jako niedorostek jeszcze tego nie rozumiałem, jednak im więcej przybywało mi lat, tym coraz lepiej uświadamiałem sobie, że ona nigdy mnie nie chciała. Że jestem tylko przeszkodą, którą wolała ominąć i pójść dalej, nie odwracając się za siebie. I to właśnie zrobiła. Stracony czas na wychowanie mnie odrobiła w późniejszych latach, kończąc studia i znajdując wymarzoną pracę, która umożliwiała jej pięcie się po szczeblach kariery, aby wreszcie dotrzeć na sam szczyt i stamtąd wytknąć język w moją stronę ze słowami: „I co? Myślałeś, że mnie powstrzymasz? Nic z tego. Nigdy cię nie potrzebowałam”.
- Dlaczego ty?
Mama przerwała zakładanie kolczyków, aby odwrócić się, wciąż siedząc na krześle i wpatrując we mnie bez choćby krzty zrozumienia.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wypowiedziałem swoje pytanie na głos.
- Słucham? – Uniosła brwi w górę.
Z lekkim zdenerwowaniem, którego nie dałem po sobie poznać, spróbowałem się jakoś wyplątać, wmawiając jej, że zwyczajnie się przesłyszała. Nie była jakoś szczególnie uparta, więc nie trwało to długo.
- Dałabym głowę, że o coś pytałeś. Ale tak to jest, kiedy zamiast normalnie mówić, mruczysz sobie coś pod nosem – prychnęła i zawiesiła na szyi srebrny wisiorek na łańcuszku, który kształtem imitować miał białą lilię. Dostała go rok wcześniej od ciotki Mary z okazji trzydziestych piątych urodzin, na które sprosiła niemal całą firmę. Pamiętałem, jakby to było wczoraj, gdy siłą próbowała wcisnąć na mnie jakiś drogi garnitur, którego ceny nie raczyła mi oszczędzić. Po wielu sprzeczkach i wyrzutach z jej strony, całą imprezę spędziłem w pokoju z wetkniętymi do uszu słuchawkami. Nie miałem ochoty schodzić na dół nawet po coś do picia, zresztą mamie pewnie by się to nie spodobało. Byłaby wściekła, gdyby ktoś mnie zauważył i automatycznie zostałaby zmuszona do tego, aby przedstawić mnie, jej największą porażkę, jako swojego kochanego syneczka. A tak oszczędziłem przykrości i sobie, i jej.
Nie widząc powodu, by dalej ciągnąć tę nic nieznaczącą wymianę krótkich zdań, zdecydowałem się opuścić jej zbyt jasną sypialnię i pójść do siebie. Gdy po cichu wstałem z materaca i odwróciłem się w kierunku drzwi, zatrzymała mnie jeszcze na moment. Wstała z krzesełka, ostatni raz przeglądając się w lustrze z każdej możliwej strony i wciągnęła na siebie obcisłą, czerwoną sukienkę, sięgającą jej może do połowy zgrabnego uda, ściągniętą ówcześnie z wieszaka przyczepionego do drzwi szafy.
- Pomóż mi z zamkiem – rozkazała tonem raczej sugerującym, że nie mam prawa odmówić, więc podszedłem do niej i zrobiłem to, co chciała, zaraz potem bez zwlekania wychodząc z pokoju.
Chwilę później siadając przy swoim biurku, wyciągnąłem z szuflady pierwszy lepszy zeszyt, który znalazł się pod moją ręką. Nie patrząc, do jakiego przedmiotu należy, wyrwałem z niego jedną kartkę i odrzuciłem niepotrzebną rzecz na drugi koniec blatu, nie zwracając już najmniejszej choćby uwagi czy spadła, czy jednak szczęśliwym trafem pozostała na biurku. Ze stojaka na przybory piśmiennicze, który tak naprawdę był zwykłym niebieskim, plastikowym kubkiem, wyjąłem byle jaki długopis i przyłożyłem mocno przybrudzoną od niebieskiego tuszu końcówkę do obdartej z boku kartki naznaczonej błękitną kratką.
Zapełniając kawałek papieru biorącymi się właściwie znikąd słowami, składającymi się na coraz to nowsze wersy, czułem ulgę, której obecność pozwalała mi choćby na moment zapomnieć o tym, co dzieje się wokół mnie. Pisząc, odstresowywałem się, szkoda tylko, że na bardzo krótko. W chwili, kiedy zapas wyrazów wychodzących spod automatycznych ruchów mojej dłoni wyczerpywał się, wszystko wracało. Znowu nie czułem się dobrze, a nawet na tyle źle, iż nigdy choćby nie czytałem tego, co stworzyłem. Tym razem, jak można się łatwo domyślić, było dokładnie tak samo. Zapisując ostatnie ciążące w mojej dłoni słowo, odłożyłem długopis  na bok i składając kartkę wpół, wcisnąłem ją przez szparę pomiędzy szufladą a blatem, nawet nie patrząc na to, co napisałem, ani ile tego zapisałem. Było mi to obojętne, w takich momentach liczył się dla mnie jedynie fakt, iż znowu zaczynało powracać do mnie to samo co zawsze poczucie beznadziejności, które z dnia na dzień stawało się coraz bardziej wyraziste i trudniejsze do odrzucenia. Z każdą kolejną dobą stawałem się zdecydowanie bardziej przekonany co do nieomylności stwierdzenia, że cały świat obraca się wciąż wokół jednego tylko schematu, opierającego się na zasadzie „przetrwają najsilniejsi”. Założę się, że nikt nie potrzebowałby długiego zastanowienia, żeby zdecydować do jakiej grupy należę.
Byłem słaby i zdawałem sobie z tego sprawę. Wszyscy to widzieli, więc czemu ja miałbym nie widzieć. Prędzej czy później musiałbym ustąpić miejsca na ziemi komuś, kto „wart byłby” więcej ode mnie i… jakoś wcale nie ciążyła mi ta wiedza. Wręcz przeciwnie – czułem się lepiej ze świadomością, że może niedługo to wszystko nareszcie będzie miało swój finał; że w końcu doczekam się spokoju, którego nic ani nikt nie dałby już rady mi odebrać.
Obrzuciłem wzrokiem sypialnię, podnosząc się powoli z krzesła. Co tu dużo mówić, zaniedbałem swój pokój i to na tyle, że samemu zaczynałem mieć już dość stanu, w jakim się aktualnie znajdował. Omijając nadal zalegającą na podłodze torbę, z której wystawało kilka sponiewieranych zeszytów, wyszedłem z pomieszczenia i zszedłem na dół, do kuchni. Wyjąłem z lodówki pierwszy lepszy serek w plastikowym kubeczku i po odnalezieniu łyżeczki, zdjąłem z niego srebrne wieczko. Biorąc pod uwagę, że wyjątkowe wysokie blaty, mojej mamie nie sprawiające najmniejszego problemu, sięgały mi jakieś piętnaście centymetrów ponad pas, oparłem się o jeden z nich plecami, po chwili jednak wskakując na szafkę, by się na niej wygodnie rozsiąść. Krzesełka stojące przy stole naprzeciw mnie wolałem zignorować, rozpoczynając konsumpcję swojego dzisiejszego posiłku.
Mama gotowanie dla mnie obiadów zostawiała naszej gosposi, która zawsze wywiązywała się ze swoich obowiązków, jednak rzadko korzystałem z przygotowanych dla mnie dań. Głównym powodem było to, iż często po prostu nie chciało mi się jeść, nie czułem głodu lub nie chciałem go odczuwać. Nigdy jakoś nie przejmowałem się szczególnie tą potrzebą, mając głowę zaprzątniętą czymś innym lub zwyczajnie nie mając ochoty na jedzenie. Mój żołądek szybko przyzwyczaił się do podobnego stanu rzeczy, zwłaszcza, że robiłem tak od kiedy tylko pamiętam, i jakoś szczególnie często nie dopominał się o ponowne zapełnienie. Przez to moje przyzwyczajenie czasami zdarzało mi się słabnąć. Ze dwa razy straciłem także przytomność, ale były to dosłownie sekundy i nikt nawet nie zdążył zorientować się, że przez moment byłem nieprzytomny. Działo się to tylko i wyłącznie na lekcji sportu w gimnazjum, gdzie wyciskano z nas siódme poty. Żeby zasłabnąć musiało jednak zadziałać na mnie coś jeszcze, coś silniejszego, weźmy na to stres. Właśnie to na przykład przydarzyło mi się wtedy, gdy w pobliżu był Way, za co do tej pory pluję sobie w brodę. Że akurat musiało stać się to w tamtej chwili. Ktoś inny pozostawiłby mnie samemu sobie lub czując wyrzuty sumienia na myśl pozostawienia mnie bez pomocy, co najwyżej zadzwoniłby na pogotowie i odszedł. Ale nie on. Musiał oczywiście zgrywać zasranego gentlemana i „zająć się mną” oraz zawieźć mnie w bezpieczne według niego miejsce. Tak naprawdę wolałbym, żeby po prostu zostawił mnie tam, gdzie upadłem i pozwolił zgnić.
Dźwięk lekkich kroków na schodach odwrócił moją uwagę od rozmyślań, więc odruchowo skierowałem wzrok w stronę wejścia do kuchni, gdzie zaraz pojawiła się moja matka. Niedaleko stały jej szpilki, więc opierając się jedną dłonią o framugę, drugą sięgnęła po buty i nasunęła je po kolei na nagie stopy. Jej paznokcie u stóp oraz dłoni pokrywała czerwień o odcieniu identycznym jak sukienka oraz szminka, które miała na sobie. Czarne szpilki podkreślały jej sylwetkę godną prawdziwej modelki z najnowszej okładki magazynu Vogue. Kobieta trzymając w ręce małą, elegancką, czarną torebkę oraz teczkę z jakimiś dokumentami, przewiesiła jeszcze przez nadgarstek swój płaszcz, na który było jak na razie zbyt ciepło. Otrzepała się zgrabnie z niewidzialnych pyłków i popatrzyła na mnie, niemalże natychmiast unosząc jedną brew w górę.
- Ile razy mam ci tłumaczyć, po co są krzesła? – Łypnęła groźnie na cztery krzesełka, które wcześniej zignorowałem. – Zapłaciłam za te marmurowe blaty kupę pieniędzy i nie po to, żebyś mógł sadzać na nich swój pański tyłek. Złaź!
Nie chcąc wszczynać kłótni, wsadziłem do ust łyżeczkę i pomagając sobie wolną ręką, zsunąłem się z blatu, opadając z cichym szelestem na kuchenną podłogę. Przewróciłem w trakcie oczami, lecz kobieta zdawała się to zignorować, tylko czekając, aż w końcu zejdę z szafki.
- Pieniądze to nie wszystko – mruknąłem wciąż z łyżeczką w ustach, co zabrzmiało raczej jak zwykły bełkot.
- Proszę?
Powoli wysunąłem z ust metalowy przedmiot i popatrzyłem w jej wyrażające dogłębną irytację oczy. Nawet wtedy wciąż wyglądała imponująco.
- Powiedziałem, że przepraszam.
- Nie przepraszaj, tylko więcej tego nie rób, bo następnym razem zdecyduję się zwolnić Margaret i to ty, na własne życzenie, będziesz zajmował się sprzątaniem całego domu – rzekła ostrzegawczo, wymachując w powietrzu palcem wskazującym. – Będę naprawdę późno, więc nie zapomnij z łaski swojej zamknąć drzwi na klucz, zanim położysz się spać.
Charakterystyczny odgłos odpalanego w garażu silnika, do którego przejście mieściło się w korytarzu, pozwolił na to, by w końcu dotarło do mnie, że mama znowu wyszła. Zjadłem jeszcze kilka łyżeczek waniliowego serka i resztę odstawiłem do lodówki.
Pieniądze, wygląd, kariera, sukcesy… Tylko to się dla niej liczyło. Nigdy nie rozumiałem i wątpię, żebym kiedykolwiek zrozumiał, jak można całe swoje życie opierać na czymś tak… materialnym. Przecież to wszystko, dla czego poświęcała całą swoją egzystencję, cały swój czas, wcale nie było tego warte. Tylko czy ona kiedykolwiek miała to zrozumieć? Moja matka była największą materialistką, jaką znałem. Trudno było mi pojąć, czemu stawiała coś tak ulotnego jak pieniądz czy sława wyżej od człowieka. W końcu kim trzeba być, by nie widzieć, że życie w luksusach wcale nie jest rzeczą najważniejszą? Człowiekiem z zaćmionym umysłem, takim jak moja matka.
Momentalnie naszła mnie ochota na to, by zwyczajnie przestać myśleć. Miałem dość mojej matki, tego domu, wszystkiego. Jedynym sposobem, który akurat wtedy nasuwał mi się na myśl, było zajęcie się czymś. Czymkolwiek, by tylko choć na moment otoczyć się zapomnieniem.
Będąc już z powrotem w swoim pokoju, rozejrzałem się ponownie dookoła, chcąc zmierzyć się z tym, co mnie czeka. Płytę w odtwarzaczu zmieniłem na inną i podkręciłem głośność na tyle, by móc zagłuszyć warkot pracującego odkurzacza, lecz aby także nie przyciągnąć pod drzwi domu zdenerwowanych hałasem ludzi z sąsiedztwa, co zdarzyło mi się już kilka razy. Na moje nieszczęście, budynki sąsiadujące ze sobą na naszej ulicy stały w dość małej odległości od siebie. Dzielnica, w której mieszkaliśmy, znajdowała się spory kawałek drogi od centrum, więc było na niej wyjątkowo spokojnie, nie licząc dni, gdy z jakiegoś powodu główna droga stawała się nieprzejezdna i kierowcy wybierali sobie naszą ulicę jako objazd. Była to typowa miejska okolica z mieszanką małych i dużych domów jednorodzinnych, jak i niewysokich kamienic. Budynek, który dane mi było zamieszkiwać, był jednym z takich drobnych domków jednorodzinnych, otoczonych raczej ubogim pod względem powierzchni podwórkiem. Koło domu rosło trochę zasadzonych z polecenia mamy rabatek zapełnionych kwiatami, o które dbał ktoś wynajmowany przez nią samą w okresie, kiedy było to potrzebne roślinom. Oprócz nich na podwórku rosły jeszcze dwa wysokie, stare dęby. Na jeden z nich mogłem spoglądać swobodnie przez okno swej sypialni, z czego byłem zadowolony, ponieważ umiejscowiony był w taki sposób, by zasłonić mi widok na sąsiadujący budynek. Drugi dąb, o wiele większy od tego „mojego”, znajdował się za domem, gdzie pod cieniem jego rozłożystej korony mama w ciepłe dni rozstawiała meble ogrodowe, na których często przyjmowała swoich gości.
Zanim zabrałem się do roboty, otworzyłem szeroko okno. Gorące powietrze nie potrzebowało specjalnego zaproszenia, natychmiast wdzierając się do pomieszczenia. Pogoda tego dnia była upiornie wkurzająca. Rano patrząc na termometr, nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić z przyjemnie chłodnego pokoju, lecz obowiązek to obowiązek. Dzień minął mi jak każdy inny, nawet wyzwisk usłyszałem odrobinę więcej niż zwykle, co wyraźnie mówiło mi, iż ludzie w szkole mieli coraz lepsze humory. To chyba przez tę temperaturę, która dla nich akurat musiała wiązać się z przyjemniej spędzonym czasem poza szkołą.
Wsłuchując się w tekst rozbrzmiewającej z głośników piosenki, zacząłem porządki od pozbierania z powierzchni całego pokoju porozrzucanych w różnych miejscach rzeczy. Znalazło się tam mnóstwo śmieci do wyrzucenia, trochę brudnych koszulek i spodni, o których raczej wcześniej nie chciało mi się myśleć, i sporo innych przedmiotów. Udało mi się nawet odnaleźć pod łóżkiem stary komiks, który pewnego dnia gdzieś mi się zapodział, gdy zasnąłem podczas czytania. Oczywiście, nie wpadłem na to, by sprawdzić w podobnym miejscu, bo jakoś szybko przestał interesować mnie jego los.
Doprowadzenie do porządku całej sypialni zajęło mi dość sporo czasu. Płyta, której dźwięki pomagały mi się odizolować, powtarzała swoją zawartość chyba trzeci lub czwarty raz, gdy skończyłem odkurzać, co jednocześnie było ostatnią czynnością z mojej listy. Odłączyłem kabel z kontaktu, obrzuciłem wzrokiem pomieszczenie, które w porównaniu do stanu sprzed kilku godzin było dość schludne i poukładane, i odłożyłem sprzęt na miejsce. Zaraz potem wraz z bezgłośnym westchnięciem runąłem ciężko na kilka minut wcześniej pościelonym łóżku.
Nie udało mi się. Dzięki zajęciu czymś rąk miałem nadzieję na uzyskanie choć chwili wewnętrznego spokoju, który jak na złość stawał się dla mnie coraz bardziej nieosiągalny. Czułem już, co się zbliża. Koniec był ode mnie oddalony coraz mniejszymi krokami niż wcześniej i jakoś trudno było mi myśleć o czymś innym. Z jednej strony, nareszcie mogłem uwolnić się od tej nędznej wegetacji, lecz z drugiej – zastanawiałem się, w jaki sposób miałoby się to stać. Jawne samobójstwo czy może upozorowany, nieszczęśliwy wypadek? Nie miało to jednak dla mnie aż tak ogromnego znaczenia. Jak skończyć, to skończyć. Co za różnica w jaki sposób? Już miałem przed oczami swój własny pogrzeb, na który przyszli uczniowie szkoły, gdzie byłem zapisany, tylko po to, by nie mieć tych kilku lekcji, bliższa i dalsza rodzina oraz, oczywiście, koledzy z pracy mojej mamusi. Zachichotałem ironicznie w miękką poduszkę, wyobrażając sobie teatralnie zapłakane twarze dziewczyn, kobiet i moją mamę, która ociera udawane łzy białą chusteczką, stwarzając pozory, by uratować swój idealny makijaż. Wyglądała tak jak zawsze – perfekcyjnie.
Sprężyny materaca cicho zatrzeszczały, kiedy podniosłem się, by zamknąć okno i wyłączyć wieżę stereo. Nieprzyjemna wilgoć na plecach oraz ubrudzone przy sprzątaniu jeansy popchnęły moje nogi w kierunku szafy, skąd mogłem zabrać ze sobą czyste ubrania i pójść pod prysznic. Po chwili w łazience przywitały mnie kremowo-błękitne, lśniące kafelki na podłodze i dopasowany do nich odcień bardzo jasnego brązu na pomalowanych farbą ścianach. Po prawej stronie od wejścia znajdowały się niskie, choć obszerne szafki, na których opierał się kamienny, gładki blat pochodzenia bliżej mi nieznanego. Swoje miejsce znalazł na nim wbudowany w szafkę zlew oraz kilka przedmiotów takich jak mydło do rąk w płynie, pasta do zębów i kubek z moją szczoteczką. Wszystko inne było pochowane po to, by, jak to zawsze powtarza Margaret, nie zagracać swojej prywatnej przestrzeni. Możecie sobie tylko wyobrazić jej reakcje na widok stanu, w jakim znajdował się przez większą ilość czasu mój pokój. Nigdy nie pozwalałem jej sprzątać ani mojej sypialni, ani łazienki. Nie lubiłem, kiedy ktoś obcy (lub ktokolwiek) kręcił się tam, gdzie nie powinien. Jej przyzwyczajenia dotyczące organizacji przedmiotów w toalecie pozostały jednak również u mnie, gdy pewnego razu, jej pierwszego dnia pracy w tym domu, zaczęła porządkować moją łazienkę do czasu, kiedy stanowczo poprosiłem ją, aby wyszła i trzymała się z daleka od wspomnianych wyżej pomieszczeń. Oczywiście, nie obeszło się bez kolejnej dyskusji z moją matką, która w sumie podeszła do sprawy dość obojętnie - „Jak chcesz mieszkać w chlewie, to sobie mieszkaj. Tylko potem nie lataj za Margaret i nie jęcz, że trzeba u ciebie posprzątać. Nic ci nigdy nie pasuje, szczeniaku”.
Wracając do poprzedniego tematu – na całej długości ściany ponad szafkami rozciągało się długie i szerokie lustro, które zawsze doprowadzało mnie do szału swoim istnieniem. Nie raz ledwo co powstrzymywałem się przed wzięciem do ręki czegoś ciężkiego i pozbyciem się go raz na zawsze. Najśmieszniejsze było chyba to, że swoim zasięgiem obejmowało całą powierzchnię pomieszczenia, więc wchodząc tam, nie miało się choćby najmniejszej możliwości, by skryć się przed samym sobą. Jedynym wyjściem było chodzenie tyłem do niego, co było raczej trudne, ponieważ w innym wypadku bez przerwy widziałeś drugą osobę, która robi dokładnie to samo co ty, a na dodatek posiada identyczną posturę, wygląd, nawet kształt nosa. Za każdym razem, gdy korzystałem z łazienki, unikałem spoglądania w tamtą stronę, nie chcąc widzieć czegoś, z czego już dostatecznie zdawałem sobie sprawę. Nienawidziłem na siebie patrzeć. Na tę żałosną imitację człowieka tak słabego, że jedyne, co potrafił wzbudzać wśród innych swoim widokiem, to litość, nienawiść czy kpina. A czasami może nawet wszystkie te uczucia naraz.
Dużą część miejsca w łazience zajmował zamontowany naprzeciwko lustra prysznic z brodzikiem na tyle głębokim, aby móc korzystać z niego także jak z wanny. To on właśnie był w tamtym momencie moim celem, więc nie zwlekając dłużej, w końcu rzuciłem trzymane ubrania na kamienny blat, by móc jak najszybciej zdjąć z siebie przepoconą i brudną odzież.
Kiedy złapałem za krawędź koszulki, aby nareszcie się jej pozbyć, w tym samym momencie, zupełnie niespodziewanie, mój wzrok mimo woli podążyło w kierunku lustra. Niestety, był to największy błąd, jaki mogłem popełnić. Szybko opuściłem lekko uniesiony już t-shirt, na nowo ukrywając skórę mojego brzucha. Spojrzenie, które spoczęło na zgarbionej sylwetce, tym razem jakby wbrew sobie nie uciekło zaraz w drugą stronę. Patrząc na tę mizerną, żałosną postać odbijającą się w lustrze, nie mogłem nadziwić się, jak to możliwe, że ona jeszcze żyje. Przez moment wydawało mi się nawet, iż patrzę na jakiegoś zupełnie obcego mi człowieka, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że to przecież ja. Że ten żałosny, obrzydliwy chłopak to Frank Iero. Z zaciśniętym gardłem, jak gdyby machinalnie wodziłem wzrokiem od stóp aż po czubek głowy odbicia. Wyglądałem jak wrak, ohydna pomyłka, która nigdy nie powinna postawić choćby palca na tej ziemi. Nagle poczułem przechodzący po kręgosłupie zimny dreszcz, kiedy moje oczy wreszcie spoczęły na tej twarzy. Blada jak u trupa skóra, zapadłe policzki, podpuchnięte oczy, nie wyrażające nic prócz…
Resztkami sił zacisnąłem powieki najmocniej, jak tylko mogłem i na oślep puściłem się biegiem w stronę wyjścia. Otworzyłem oczy dopiero, gdy potknąłem się o próg drzwi wychodzących z sypialni na korytarz, dodatkowo wpadając boleśnie na ścianę. Nie zwracałem jednak najmniejszej uwagi na ból promieniujący z mojego prawego ramienia aż po nadgarstek. Biegiem ruszyłem na dół, w kierunku dębowej komody stojącej w salonie. Przeskakując po dwa lub trzy schodki naraz, szybko dotarłem na miejsce, bez opanowania otwierając szeroko jedną z szuflad i wyszarpując z niej dwa byle jakie prześcieradła. Po niedługim czasie, potykając się co kilka metrów o rozwinięte materiały, które ciągnęły się po podłodze równocześnie z moimi krokami, znalazłem się z powrotem w toalecie. Tym razem ustrzegając się choćby najkrótszego spojrzenia w jednolitą taflę, wskoczyłem na zimny blat. Najszybciej jak tylko mogłem złapałem za krawędź pierwszego białego prześcieradła i zaczepiłem go o róg ogromnego lustra. Przechodząc wzdłuż ściany, by rozciągnąć je na całej długości, zatrzymałem się w okolicach zlewu, który znajdował się mniej więcej po środku rozstawionych szafek. Na siłę wcisnąłem krawędź materiału za mocno przymocowane do ściany lustro, tak by mieć pewność, że nie spadnie przynajmniej w najbliższym czasie. Zaraz potem desperacko chwyciłem za drugie równie białe prześcieradło, z którym zrobiłem to samo, co z jego poprzednikiem, aby zakryć powierzchnię w taki sposób, żeby nawet najdrobniejszy skrawek nie wystawał spod przykrycia.
Zdyszany zgramoliłem się z szafek, by na własnych nogach ustać na podłodze. Małe okienko na bocznej, wąskiej ścianie, wpuszczało do pomieszczenia mało, lecz wystarczająco dużo światła, by nie musieć zapalać lampy. Było mi słabo, lecz nie chciałem pozwolić, aby zmęczenie przejęło kontrolę nad moim ciałem. Nadal stojąc tyłem do zasłoniętego lustra, ściągnąłem z siebie koszulkę i całą resztę przepoconych ubrań, wrzucając je do wiklinowego kosza na brudy, jednocześnie unikając dłuższego spoglądania na swoje ciało. W chwili kiedy pochyliłem się nad szafką, gdzie schowane były czyste ręczniki, poczułem w gardle charakterystyczny ucisk.
- Przestań, słyszysz?! – warknąłem na samego siebie, starając się powstrzymać drżące ciało. Prędko potarłem obiema dłońmi oczy, które z sekundy na sekundę zaczynały nieprzyjemnie piec, zwiastując w ten sposób coś, czego zawsze się wystrzegałem. Nie chciałem być aż tak słabym. – Nie…
Przyklęknąłem nago na zimnych kafelkach, co pomogło mi choć trochę otrzeźwić organizm. Zamknąłem szybko oczy, starając się oddychać równo oraz głęboko przez usta, co poskutkowało ustabilizowaniem się oddechu i pozbyciem się pieczenia pod powiekami. Dając sobie jeszcze chwilę, wolno wyjąłem czysty ręcznik i dopiero po krótkim odsapnięciu wszedłem do kabiny, szczelnie zamykając za sobą drzwi z grubego szkła.
Chłodna, zbawienna dla mego organizmu woda jeszcze lepiej pomogła mi wyzbyć się swoich rosnących na sile zapędów. Wziąłem dość długi prysznic, chyba ze trzy razy nacierając się pomarańczowym płynem do kąpieli, którego zapach wyjątkowo mi się podobał. Pierwszy raz użyłem go za czasów gimnazjum i później nie kupowałem już żadnego innego. Gdy wyszedłem spod prysznica, na zewnątrz zaczynało się powoli ściemniać. Nie zwróciłem jednak na to szczególnej uwagi. Po doprowadzeniu się do względnego porządku, wróciłem do swojego pokoju, siadając na podłodze obok łóżka i opierając plecy o brzeg materaca. Automatycznie ułożyłem przedramiona na zgiętych kolanach i przymknąłem oczy, starając się wziąć głęboki, satysfakcjonujący moje płuca oraz nerwy oddech. Im dłużej tam siedziałem, tym bardziej robiło mi się duszno. Nie rozumiałem, czemu brak świeżego powietrza tak uciążliwie dawał mi się we znaki, skoro najwyżej dwie godziny wcześniej wietrzyłem przez dość długi czas cały pokój. Jednego byłem pewien – musiałem wyjść na zewnątrz.
Nieśpiesznie wstałem z podłogi i po byle jakim otrzepaniu spodni, zarzuciłem na ramiona wiszącą na krześle przy biurku bluzę. W trakcie rozejrzałem się jeszcze po meblach w poszukiwaniu kluczy od domu, po chwili dopiero przypominając sobie, że przecież wciąż zalegają na dnie kieszeni w wyrzuconych dziś do prania jeansach. Niedługo zajęło mi odnalezienie zguby, więc zgarniając jeszcze z torby odtwarzacz ze słuchawkami, opuściłem dom. Furtka zatrzeszczała cicho, gdy ją za sobą zamykałem i był to już ostatni dźwięk „z zewnątrz”, jakiego doświadczyły moje uszy przed odnalezieniem na playliście wybranej piosenki. Zarzucając na wciąż wilgotne włosy kaptur, bez zastanowienia ruszyłem chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy, by przejść się po obrzeżach Belleville. Nigdy nie zapuszczałem się do centrum, było tam zbyt tłoczno, a gęsto uczęszczane ulice, moim zdaniem, zbyt ruchliwe.
Od dziecka nie lubiłem miasta, mimo że się w nim urodziłem. Mama mieszkała kiedyś w Newark, lecz po tym, gdy pojawiłem się na świecie, przeniosła się razem ze mną do mniejszej miejscowości, sam nie wiem dlaczego. Choć według mnie Belleville wciąż było zbyt tłoczne. Gdybym tylko mógł wybrać miejsce, w którym miałbym mieszkać, zdecydowanie wybrałbym wieś. Ale nie taką, w jakiej mieszka na przykład ciotka Mary. Wolałbym miejscowość położoną z daleka od wszystkiego. Najlepiej o małej ilości mieszkańców, z którymi nie musiałbym utrzymywać kontaktów. Miałbym wtedy ciszę i spokój, o jakich w mieście mogłem sobie wyłącznie pomarzyć, co właściwie akurat robiłem. Nie męczyłyby mnie żadne hałasy, spaliny czy tłumy. Uwolniłbym się od oglądania brudnego miasta, które wszyscy inni wychwalają pod niebiosa za jego piękno, otoczenie, sympatyczną społeczność. Fakt faktem, iż metropolia ma swoje zalety, którym trudno zaprzeczyć, jednak sam nigdy nie czułem się dobrze pośród zimnych zabudowań, gdzie ludzi z miesiąca na miesiąc przybywało coraz więcej. Miasto od zawsze kojarzyło mi się z mrowiskiem, gdzie non stop coś się dzieje, gdzie nikt nie śpi, a ruch nie ustaje choćby na moment. Na wsi było wszystko to, czego potrzebowałem. W takich miejscach łatwiej przychodziło mi znaleźć spokój, odciąć się od rzeczywistości i mieć wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Cóż, dobrze jest sobie czasami pomarzyć.
Słońce stało się już prawie niewidoczne zza wzgórza położonego na zachód od Belleville. Na ulicy pojawiało się coraz mniej samochodów, a osób na chodniku od czasu, kiedy wyszedłem z domu, minąłem może cztery, choć trudno powiedzieć czy nikogo nie przeoczyłem. Często zdarzało mi się nie rejestrować pewnych wydarzeń, gdy popadałem w zamyślenie, co stało się także i tym razem. Przechodząc przez różne uliczki, nie rozglądałem się dokoła. Na takie przechadzki chodziłem głównie po to, by się czymś zająć. To zajęcie było jak zastępstwo np. sprzątania pokoju. Nie mogąc wytrzymać sam ze sobą i swoimi myślami, zaczynałem łapać się za każdą robotę, która wpadała mi w ręce. Kiedyś nawet poukładałem na półce podręczniki szkolne w kolejności alfabetycznej, bo na zewnątrz było zbyt dużo śniegu, by wystawić za drzwi choćby stopę, a co tu dopiero mówić o spacerze. Gdy nie mogłem już znieść swoich własnych spostrzeżeń, panikowałem. Starałem się robić cokolwiek, by tylko przestać myśleć. Ostatnimi czasy działo się to coraz częściej, a znalezienie odpowiedniego sposobu na oderwanie się od tego wszystkiego stawało się jednocześnie trudniejsze.
Przez nieuwagę najwidoczniej skręciłem w złą stronę, ponieważ kiedy nareszcie się ocknąłem, znajdowałem się w dzielnicy ulokowanej niedaleko centrum. Było już ciemno, więc chodniki rozświetlały uliczne latarnie. Zdecydowany, aby wrócić tam, skąd przyszedłem, chciałem po prostu zawrócić i ruszyć w drogę powrotną, gdy nagle moją uwagę przykuło srebrne, dość drogie auto, w typowym dla kobiety kształcie. Jego lśniący, nie zadrapany lakier błyszczał jeszcze wyraźniej wśród wątłego światła rzucanego przez jedną z latarń. O dziwo, od razu rozpoznałem ten samochód. Na początku pomyślałem nawet, że zwyczajnie się pomyliłem, niestety, był to jedynie ułamek sekundy. Pojazd ten stał na parkingu niedawno wybudowanego w mieście ekskluzywnego hotelu z drogą restauracją, dostępną nie tylko dla osób wynajmujących pokoje, ale także dla ludzi z odpowiednią grubością portfela. Jakby automatycznie zmarszczyłem czoło, podchodząc bliżej, by przypatrzeć się dokładniej rejestracji. I wszystko się zgadzało. Wszystko, oprócz tego, że mama miała być teraz na spotkaniu dotyczącym pracy w innym mieście.
Nie wiem, czego oczekiwałem, jednak impuls sprawił, że podszedłem do zaszklonej ściany, zza której widać było wnętrze restauracji oraz przebywających tam akurat gości. Wystrój był naprawdę elegancki, lecz przesadnie bogaty, co sprawiało raczej teatralne wrażenie. W środku nie było wielu ludzi, dzięki czemu bardzo szybko udało mi się odnaleźć wzrokiem osobę, której do ostatniej chwili miałem nadzieję tam nie ujrzeć.
Moja matka siedziała przy jednym ze stolików obok ściany wraz z jakimś młodym, na pewno młodszym od niej, mężczyzną ubranym w szary, obcisły garnitur i z włosami wyglądającymi, jak gdyby chwilę wcześniej wyszedł od fryzjera. Nie widziałem jego twarzy, ponieważ siedział tyłem do mnie, lecz po mimice i gestach matki, łatwo było domyślić się, co robili. Zresztą spory bukiet przyozdobionych jakimiś drobiazgami róż, spoczywający na stoliku obok prawego łokcia kobiety był swoistą podpowiedzią. To była randka. Zwyczajna randka w drogiej restauracji.
Cofnąłem się lekko, kiedy mężczyzna podniósł rękę w górę, przywołując kelnera i szepcząc mu coś do ucha. Ten odszedł na chwilę, lecz po niecałej minucie powrócił z butelką czerwonego wina i napełnił dwa stojące na blacie kieliszki. Facet powiedział coś do mojej mamy, nachylając się w jej stronę, a ta zaśmiała się delikatnie i niby od niechcenia oblizała dolną wargę, pozostawiając na szmince wilgotny oraz lśniący w świetle świeczek ustawionych pomiędzy nimi na stoliku ślad.
Nie mając już siły dalej obserwować tego, co działo się za szybą, szybko odwróciłem się i niemal biegiem ruszyłem w stronę, z której przyszedłem. Głośna muzyka pomagała mi skupić się na czymś innym niż wspomnienia słów mojej mamy, które usłyszałem tego popołudnia. Nie wiedzieć czemu, jakoś dziwnie przejąłem się jej kłamstwem, choć przecież nigdy nie obchodziło mnie, co tak właściwie robiła, kiedy przebywała poza domem. Dobra, była na randce. I co z tego? Przecież to nie była moja sprawa. Tylko… Czemu musiała mnie okłamywać? Czy nie byłem wart, by usłyszeć od niej prawdę? Nawet tak mało istotną?
Kiedy koniec końców znalazłem się na skrzyżowaniu ulic, gdzie zakręt w lewo prowadził do mojego domu, nie poszedłem w tamtym kierunku. Potrzebowałem jeszcze chwili, mimo że noc stała się już tak gęsta, iż nic prócz nędznych latarń nie pomagało zorientować się w okolicy. Wtedy właśnie pomyślałem o parku, którego nie odwiedzałem już od dłuższego czasu, więc niewiele myśląc, zignorowałem chodniki wydłużające mi drogę dwukrotnie i wkroczyłem na trawnik, nawet nie próbując uważać na to, w co mogłem przez brak światła wdepnąć. Po prostu miałem ochotę iść, nie zatrzymywać się, podążać dalej. Nieświadomie starałem się oddalić od siebie powrót do domu. Domu, gdzie tak naprawdę nigdy nie czułem się jak u siebie. Domu, który był mi tak samo obcy jak każdy inny budynek w tym mieście. Domu, w którym nie miałem nikogo.



______________________________________________________

W ramach drobnej wiadomości/ciekawostki/czegokolwiek informuję, że jakiś czas temu posprawdzałam w miarę własnych umiejętności wszystkie opublikowane shoty, popoprawiałam i uaktualniłam posty.
Poza tym przepraszam za kiepską jakość rozdziału.

xx


5 komentarzy:

  1. Jeju, po prostu nie mogę znaleźć słów, by wyraźić moje odczycia w stosunku do Franka. Jest mi go tak straznie szkoda. Nie dość, że szkoła, to jeszcze matka i ogólnie strasznie wygórowany samokrytycyzm. Mam nadzieję, że niedługo znajdzie jakieś optymistyczne akcenty w swoim życiu, albo, że ktoś mu w tym pomoże... Oczywiście trudno się domyślić kogo maam na myśli ^^
    Skrycie liczyłam, że podczas spaceru Frank spotka Gerarda... A tu taka niespodzianka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka kiepska jakość? No proszę. Jak dla mnie rozdział jest cudowny. Jeden z tych przepełnionych opisami i uczuciami, czyli to, co lubię najbardziej. Pozornie można by powiedzieć, że nie wydarzyło się tutaj nic wielkiego, ale przecież poznaliśmy matkę Franka, dowiedzieliśmy się czegoś więcej o jego życiu, o nim samym. Zacznę od początku i postaram się brzmieć w miarę moich możliwości składnie. Często moje komentarze nie mają sensu, więc przepraszam już teraz.
    Mama Franka to taka chodząca perfekcja, już po przeczytaniu pierwszego akapitu to wiedziałam. I od początku czułam również, iż nie kocha ona swojego syna tak, jak ponoć matki powinny kochać swoje dzieci. Współczuję Frankowi życia w takim środowisku, wśród ludzi, którzy mają go za nic i dają mu to odczuć na każdym kroku. Najsmutniejsze jest to, że udało im się sprawić, iż teraz Frank samego siebie ma za nic i w ogóle nie ceni wartości swojego życia. Podczas czytania zastanawiałam się, co też z nim dalej będzie, czy ktoś mu kiedykolwiek pomoże, a potem przypomniałam sobie o Gerardzie i pojawiła się nadzieja, że może on coś tutaj zdziała, pokaże Frankowi, iż jest czegoś wart. Bo jak na razie, jego samoocena wydaje mi się bardziej niż niska. Chociaż jak dla mnie Iero wcale nie jest słaby. Najlepiej dowodzi temu fakt, że wytrzymał już kilkanaście lat, podczas których nie traktowano go zbyt uprzejmie.
    I... nie wiem co dalej powinnam napisać. Dobrze było znowu przeczytać coś od Ciebie, nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że pojawił się nowy rozdział. Jest on napisany jak zwykle świetnym, bogatym stylem, do którego przynajmniej ja nie mogę się przyczepić. Uwielbiam sposób, w jaki piszesz. Mam nadzieję, że na osiemnasty rozdział nie trzeba będzie długo czekać. Życzę duuuużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiepska matka niczym zdjęta żywcem z szablonowego wyglądu amerykańskiej, bogatej rodziny :/ żywię odrazę i nienawiść w stosunku do tej kobiety, która nie okazuje swojemu dziecku żadnych uczuć prócz okresowo, od czasu do czasu, samych negatywnych. To nawet nie jest matka. Żałosna kobieta.

    Rozdział był ładny, ja nie mam się do czego przyczepić :3

    OdpowiedzUsuń
  4. Swietne opowiadanie. Rozdzial jak zwykle przepelniony uczuciami. Dobrze jest znac punkt widzenia obu glowmnych bohaterow. W tym rozdziale poznalismy lepiej sposob myslenia Franka. Ma bardzo zanizone mniemanie o sobie. Jego matka jak i cale otoczenie niestety nie daja mu powodow do zmiany na lepsze. Licze,ze Gerard da rade do niego dotrzec i pomoc mu w tym wszystkim.
    Pozdrawiam i zycze weny
    ~Fluffery

    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jestem pewna, czy wiem, co powiedzieć. Wiele słów plącze mi się gdzieś po umyśle, ale więcej jest chyba emocji, które zawsze trudniej wyrazić. Czuję się trochę jakby mi wyrwali serce i z powrotem je włożyli, ale już nie tak sprawne jak wcześniej. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak to jest. Od samego czytania chce mi się płakać, a co dopiero, gdybym to ja musiała żyć tak, jak Frank. Już sam fakt, że nie ma jednego rodzica, a drugi ma przerost ambicji jest wystarczającym powodem, by mieć kompletnie spierdolone dzieciństwo. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć matek takich jak matka Franka. Kurwa, a co z bezgraniczną i bezinteresowną miłością? Co z matczynym szóstym zmysłem? Co z troską i zamartwianiem się? Jak można być tak... takim robotem?
    Jestem na nią tak niewyobrażalnie wściekła... Nie wiem jak to ująć inaczej niż wybić jej zęby.
    A najgorsze jest to, że gdy to przeczytałam i myślałam sobie o wszystkim, dotarło do mnie, że może Gerard był gdzieś w pobliżu, gdy Frank był sam w domu? Może słyszał jak Frank tłucze się po pokojach, a potem bierze prześcieradło i zakrywa lustro? Może słyszał, jak do siebie mówi? Może... Może nawet był bliżej niż Frankowi się wydawało? Może był nawet w środku, w domu, niewidzialny, obserwował go i cierpiał, bo wiedział, że nie może się ujawnić, a instynkt maltretował go, by to zrobił?
    Nie, nie chcę o tym nawet myśleć.
    Boże, co Ty ze mną robisz.
    xo

    OdpowiedzUsuń