sobota, 25 stycznia 2014

Chapter VI

There's a thin line between love and hate
And I don't mind
Just let me say that I like that
I like that
Gerard

Jakoś trudno było mi tak po prostu odchodzić, jednak nie miałem żadnego powodu, aby zostać w tamtym miejscu na dłużej. Zresztą sam nie wiedziałem nawet, czemu tam poszedłem. Kiedy wychodziłem z pokoju, zwyczajnie chciałem sprawdzić, czy jest u siebie i co robi. Głupek ze mnie. Niby co miałby robić o podobnej godzinie? Odprawiać magiczne rytuały? A może pielić grządki w ogródku?
Jeszcze zanim odwróciłem się i ruszyłem w drogę powrotną do domu, udało mi się zarejestrować bicie serca oraz ciche pomruki drugiej osoby znajdującej się w tym samym mieszkaniu. Na pewno była to kobieta, zapewne jego matka - nie wiedziałem, czy oprócz niej miał kogoś jeszcze.
Zimny wiatr zdecydowanie nie próżnował tej nocy, z siłą rozwiewając na boki moją nie zapiętą bluzę oraz potargane włosy. Chłód ten jednak nie był dokuczliwy, powiedziałbym, że raczej lekko pobudzający. Przynosił ulgę mojemu zgrzanemu organizmowi oraz rozgorączkowanej głowie, w której po raz kolejny rozgościła się natarczywa myśl o Franku i tym razem wyglądało na to, iż nie miała zamiaru opuszczać jej w najbliższym czasie. Po dotarciu do swojego mieszkania, nie wszedłem do środka. Okno, z którego wystawała wzdymana przez wiatr zasłona, wciąż pozostawało szeroko otwarte. W sypialni nadal paliło się światło, wysyłając mylne sygnały, obwieszczające, iż ktoś jest w środku. Bez pośpiechu usiadłem na twardym, białym parapecie, pozwalając, by moje stopy zawisły luźno kilka metrów nad ziemią.
Dom, który wynająłem, nie był duży. Składał się z parteru, gdzie znajdowała się kuchnia, mały salon oraz garaż w części oddzielonej od mieszkania oraz pierwszego piętra, na które prowadziły niedługie, dość wąskie schody, zajmowanego przez moją sypialnię oraz łazienkę (nie licząc krótkiego korytarzyka prowadzącego ze schodów do dwóch wymienionych wyżej pomieszczeń). Za domem usytuowane było niewielkie podwórko, gdzie rosło kilka niskich, niedawno posadzonych drzewek oraz jakichś krzewów, którymi nie interesowałem się jakoś szczególnie. Mieszkanie w sam raz dla kogoś takiego, jak ja.
Unosząca się pod wpływem kolejnych podmuchów powietrza zasłona, przy każdym wykonywanym ruchu dotykała mojej odsłoniętej szyi, delikatnie muskając rozgrzaną na karku skórę. Nie zwracałem na nią jednak najmniejszej uwagi. Rozglądając się dokoła, udało mi się dostrzec wiele budynków z zewnątrz wyglądających podobnie do tego, w którym aktualnie mieszkałem, różniły się one jedynie wielkością oraz ilością obecnych tam osób. Od razu można było domyśleć się, iż najprawdopodobniej należały do jednej korporacji, zarabiającej na wykupywaniu pewnej liczby budynków z określonego obszaru miasta, doprowadzaniu ich do stanu używalności i wynajmowaniu nowo przybyłym lub chętnym ludziom. Był to jednak nic nieznaczący temat jedynie przewijający się przez moje rozmyślania, które zaraz ponownie skupiły się na jednej konkretnej osobie.
Zagubienie, to cholerne zagubienie, a jednocześnie ogromna obojętność. Zastanawiając się, jaki jest Frank, musiałem podzielić sobie wszystkie moje dotychczasowe wnioski na dwa odrębne zespoły. Z jednej strony mamy chłopaka zamkniętego w sobie, dręczonego przez innych, wiecznie milczącego i w sumie dość spokojnego. Widocznie podkrążone oczy oraz niepokojąca waga, którą prezentował swoją mizerną sylwetką, współgrały wraz ze zgarbionymi plecami i opuszczoną głową. Unikał kontaktu z kimkolwiek, utrzymywał go tylko z tymi, z którymi było to niezbędne np. nauczycielami – raz zdarzyło mi się widzieć, jak na jednej z przerw rozmawiał z jakimś starszym facetem na korytarzu, nie starałem się jednakże usłyszeć, o czym dyskutowali. Nie miał przyjaciół, ani nawet znajomych, nie trudno było mi to dostrzec. Najwyraźniej mieszkał jedynie z matką, lecz tego nie byłem w stu procentach pewien.
Z drugiej strony znajduje się człowiek pełen złości, gniewu i innych emocji, których jeszcze nie udało mi się odgadnąć. Jego reakcje na moje próby nawiązania z nim kontaktu ograniczały się do wściekłych słów, jasno każących się odwalić, zirytowanych spojrzeń oraz zwykłej ignorancji. Do ludzi zwracał się oszczędnie i raczej niezbyt przyjemnie. Był samotnikiem i wydawał się być bezbronny, przez co tyle osób robiących mu pod górkę czuło się bezkarnie. Byłem jednak naocznym świadkiem tego, iż chłopak mimo wszystko potrafi nieźle przyłożyć, jeżeli tylko zechce. Problem w tym, że podczas gdy ludzie znęcali się nad nim, on nie reagował. Zdawał się jedynie czekać, aż skończą, by móc pójść dalej i zająć się własnymi sprawami. Nie rozumiałem, dlaczego podjął  inną decyzję akurat wtedy, gdy został zaczepiony w szatni zaraz po skończonej lekcji wf’u. Co tam się wydarzyło, że zdecydował postąpić tak, a nie inaczej? Co sprawiło, że nareszcie zaczął się bronić, walczyć?
Westchnąłem cicho, odchylając głowę w tył i pozwalając, aby wiatr owiał moją zaczerwienioną twarz. Nigdy nie męczyłem się zbyt szybko, co nie zmienia faktu, że przez przebytą tej nocy drogę udało mi się rozgrzać. Jego dom znajdował się po drugiej stronie miasta, w kierunku przeciwnym do miejsca mojego tymczasowego zamieszkania, nie sprawiało mi to jednak kłopotu. Mimo że uznałem swoja dzisiejszą wyprawę za niedorzeczną, gdzieś głęboko czułem, że nie była ona moją ostatnią.
Zadrżałem, po raz pierwszy od tamtego wydarzenia przypominając sobie, czego właściwie byłem świadkiem. Pewnie zastanawiacie się teraz, jak mogłem wiedzieć, że odczuwał właśnie to, o czym myślę, kiedy nie widziałem nawet jego twarzy, nie popatrzyłem w oczy nawet przez sekundę, nie zamieniłem z nim ani słowa… Gdybyście mieli szansę zobaczyć ten sam obrazek, który dane mi było wtedy oglądać, nie mielibyście wątpliwości. Cała jego sylwetka, pozycja, w jakiej się znajdował, każdy najdrobniejszy gest oraz ruch, a nawet zaskakująca aura, jaką wokół siebie roztaczał, prezentowała tylko jedno – mękę. Jego cierpienie mnie wręcz zahipnotyzowało. Pierwszy raz w życiu widziałem coś podobnego. Momentalnie poczułem, jak do mojego serca wkrada się szok, a zaraz za nim podąża obślizgła łapa strachu, która także zaciska się na moim narządzie w bardzo bolesny sposób. Obecność szoku bardzo łatwo było mi samemu sobie wytłumaczyć, ale strach? Lęk, który odczuwałem, nie wiązał się z fizyczną istotą, a z tym, że w tak niespodziewany sposób zostałem nareszcie brutalnie uświadomiony, do czego tak naprawdę doprowadziły Franka działania innych ludzi. To przerażenie zdawało się szeptać wprost do mego ucha: „Popatrz na tę ofiarę - ofiarę ludzkiej złośliwości i nieświadomości własnych czynów. Nie pozostało wiele czasu do momentu, kiedy zniknie z tego świata”. W tamtej chwili stało się dla mnie oczywiste, że na oczach tych wszystkich osób, na moich oczach, umiera młode, wartościowe istnienie, któremu zamiast pomóc, ludziom więcej przyjemności sprawia wzięcie udziału w jego tragedii.
Tej nocy nie zmrużyłem oka ani na sekundę. Kiedy wciąż zastanawiając się, co mógłbym dla niego zrobić, wziąłem szybki prysznic i położyłem się do łóżka, na zewnątrz zaczynało świtać. Tym razem budzik zadzwonił o odpowiedniej porze, nie budząc mnie, a jedynie dając znak która godzina. Od dłuższego czasu wpatrywałem się uporczywie w sufit, jak gdyby to tam miało pojawić się rozwiązanie. Niestety, nie znalazłem go, jednak nie miałem zamiaru rezygnować. Może i nie udało mi się obmyślić jakiegoś dobrego sposobu na przekonanie go do siebie, lecz pewien byłem, jak jeszcze niczego wcześniej, że od tej pory każdy, kto ośmieli się podnieść na niego rękę, marnie skończy. Jeśli nadal nie byłem w stanie odnaleźć wyjścia, by ulżyć mu choć w najmniejszym stopniu, mogłem przynajmniej postarać się, żeby mniej odczuwał szykany ze strony otaczających go ludzi. Bynajmniej nie miałem zamiaru ujawniać się przed nim ze swoim postanowieniem. Biorąc pod uwagę to, czego doświadczałem z jego strony wcześniej, próbując mu pomóc, byłem bardziej niż pewien, że i tym razem jego reakcje wcale nie będą różnić się od poprzednich.
Wolno przebrałem się, wypiłem dwa kubki kawy i w kilka minut pokonałem drogę do szkoły. Tego dnia było jeszcze cieplej niż poprzedniego. Słońce od wczesnego rana rozpościerało swoje promienie nad Belleville, wkradając się w każdą, wydawałoby się, niedostępną szczelinę oraz zatęchłe kąty. Ciemne okulary znajdujące się na moim nosie, doskonale wywiązywały się ze swojego zadania. Wysiadając z samochodu, poprawiłem je nieznacznie, rozglądając się jakby automatycznie dookoła. Na parkingu stało już dużo aut zajmujących większość dostępnych miejsc. Łatwo było się domyślić, iż obszary obejmowane przez cień padający dzięki rosnącym przy ogrodzeniu, wysokim drzewom, były najbardziej okupowane przez uczniów, jak i nauczycieli.
W okolicach wejścia do budynku kręciło się sporo osób ubranych w garderobę dostosowaną do panującej wkoło temperatury. Lekki, chłodny wietrzyk przynosił nieznaczną ulgę nie tylko mi, ale także każdej innej istocie, której gorące promienie dawały się tego ranka we znaki. Przed zatrzaśnięciem drzwi, wyjąłem z auta kostkę, kładąc ją na ziemi obok moich stóp, i zdjąłem koszulę, do tej pory wiszącą luźno na moich ramionach, odrzucając ubranie na siedzenia pasażera. Oparłem się o bok pojazdu, potrącając trampkiem kilka kamyków, które zawieruszyły się na betonowym podłożu. Przy okazji doszedłem do wniosku, iż moje buty pilnie potrzebują porządnego czyszczenia, co wcale a wcale nie zmotywowało mnie do nabrania chęci na polepszenie ich wizualnego stanu. Moją głowę zaprzątało coś zupełnie innego. Ważniejszego od ubrudzonych trampek, których wcześniej śnieżnobiałe elementy zmieniły się w brązowo-szaro-białą mozaikę. Trudno jednak było doszukać się na niej jakiegokolwiek wyrachowanego wzoru.
Od momentu, kiedy postawiłem stopy na betonowym parkingu, do moich uszu docierał gwar pełen śmiechów, wesołych poszturchiwań i mało znaczących pogaduszek pełnych plotek, ploteczek lub ogólnych pochwał dotyczących dzisiejszej pogody. Nie zwracając na nikogo szczególnej uwagi, przymknąłem powieki, biorąc głęboki wdech na tyle świeżego, na ile mogłem liczyć w mieście, powietrza. Czułem dość przyjemne ciepło gładzące skórę na moich policzkach oraz po części nagich ramionach. Gdyby nie natrętna myśl krążąca wciąż po mojej głowie, mógłbym powiedzieć, że w tamtym momencie byłem zupełnie spokojny i odprężony.
- A niech cię – mruknąłem pod nosem i jedną ręką poprawiłem opadające na twarz włosy. Odruchowo założyłem je za lewe ucho, zdając sobie sprawę, że zaraz i tak wrócą na swe poprzednie miejsce.
Do rozpoczęcia pierwszej lekcji pozostało około piętnastu minut, co doskonale można było zaobserwować przed szkołą, gdzie zaczęło tłoczyć się coraz więcej osób, witających się ze sobą nawzajem i czekających do ostatniej chwili, by wejść do środka. Nie musiałem otwierać oczu, aby wiedzieć, że z minuty na minutę przed budynkiem zdążyło zebrać się niemal całe grono uczniowskie, które postanowiło spędzić nadchodzące godziny na zajęciach, rezygnując w ten sposób z wylegiwania się na kocu w ogrodzie przed domem, korzystając z przeznaczonej do podobnych czynności pogody. Po chwili tuż przy wejściu do szkoły zrobiło się lekkie zamieszanie, uchyliłem więc powieki, spoglądając bez zainteresowania w tamtą stronę. Uczniowie zgodnie rozstępowali się, robiąc miejsce dla przybyłej przed sekundą i paradującej ze swymi dziewczynami – jeśli można je tak nazwać - odzianymi w zdecydowanie zbyt krótkie spódniczki, spod których wystawała dość skąpa według mnie bielizna, szkolna drużyna koszykówki. Na samym czele nonszalancko stąpał wysoki blondyn, szepcząc coś, czego wolałem nie słyszeć, do ucha idącej obok niego drobnej nastolatki. Ta co kilka sekund popiskiwała, jak brodzący w błocie prosiaczek – to jedyne skojarzenie, jakie przyszło mi na myśl, kiedy usłyszałem ten cudaczny dźwięk.
Większość osób przyglądała się całej tej grupce z podziwem, zazdrością lub czymś, co przypominało mi niejako bezsensowną melancholię, cicho komentując to, na co przyszło im patrzeć. Byli także tacy, choć nieliczni, którzy ignorowali całe to zajście, jedynie schodząc im z drogi.
Sarkastyczne prychnięcie mimo woli wydobyło się spomiędzy moich warg, a głowa lekko poruszyła w geście dezaprobaty. I pomyśleć, że w którejkolwiek szkole bym się nie znalazł, zawsze natykałem się na to samo. Podziały, które ludzie sami sobie narzucają, by potem narzekać i starać się wybić ponad tych uznanych przez nich samych za wyjątkowych, lepszych niż cała reszta. Jakoś trudno było mi się pogodzić z podobnym stanem rzeczy, mimo że doświadczałem tego już od najmłodszych lat. Nigdy nie mogłem zrozumieć, czemu ludzie sami dzielą się na grupy, aż do momentu, kiedy pewnego zwykłego, podobnego do wielu innych, dnia nareszcie dotarło do mnie, że tak już jest i nic tego nie zmieni. Mógłbym godzinami zastanawiać się, rozmyślać, rozwodzić nad tym, jak bardzo uważam tę sytuację za zbędną, niepotrzebnie krzywdzącą, którą ludzie sami sobie zgotowali, lecz szkoda na to czasu. W końcu to nic nie da, nic nie zmieni, nikomu nie pomoże, a mnie wpędzi w niechciane i bezcelowe rozmyślania, gdzie spędzony na nich czas mógłbym poświęcić na coś bardziej użytecznego.
Dzielenie się na klasy ze względu na wielkość posiadanego majątku, pochodzenie lub, jak to najczęściej w liceum bywa, zainteresowania, niekiedy także charaktery, było popularne wśród ludzi właściwie od zawsze. Takich grup było wiele. Frank nie należał do żadnej z nich. On sam tworzył jakby oddzielną klasę, zupełnie różniącą się od całej reszty. Ktoś nazwałby go po prostu outsiderem, lecz w jego przypadku było to wyraźnie zbyt duże niedopowiedzenie. Ten chłopak był dla mnie ogromną zagadką, z którą zdecydowany byłem walczyć, ile tylko starczy sił, aby ją rozwiązać i dowiedzieć się, co skrywa. Wspominając jego osobę, skłaniałem się raczej ku stwierdzeniu, iż ta nęcąca mnie tajemnica może sprawić, że nieświadomie otworzę puszkę Pandory. Mimo to nie zawahałbym się ani chwili, gdybym w tamtym momencie otrzymał szansę dostania się do środka.
Zamknąłem kluczykiem auto i złapałem za kostkę, zarzucając ją sobie na prawe ramię z ostatecznym zamiarem udania się na pierwszą lekcję, gdy unosząc leniwie wzrok, spostrzegłem go. Mimo upału miał na sobie czarną bluzę z długim rękawem oraz kaptur zarzucony na głowę, spod którego wystawała jedynie jego przydługa, ciemnobrązowa grzywka i czubek jasnego nosa. Jak zwykle z pochyloną głową, właśnie kroczył wzdłuż chodnika za wysokim, metalowym ogrodzeniem wbudowanym wkoło terenu placówki. Widziałem go z odległości może dwustu kroków, lecz byłem pewny, że to właśnie on. Tej postury nie pomyliłbym nigdy. Skupiając swoją uwagę, z łatwością udało mi się usłyszeć głośną muzykę wydobywającą się ze słuchawek, którymi odciął się od otoczenia.
Zatrzymałem się na sekundę, gdy dostrzegłem Franka, lecz zaraz kontynuowałem spacer przez parking, raczej pewny tego, iż ten nie zwróci na mnie najmniejszej uwagi. Nie było trudno pozostać niezauważonym, kiedy pochylając głowę, patrzył pod nogi, nie interesując się zupełnie tym, co się wokół niego dzieje. Zdawać by się mogło, że gdyby w tamtej właśnie chwili na ulicy wylądowałoby UFO, Frank nawet by tego nie zarejestrował, tylko intuicyjnie wymijając niezidentyfikowany obiekt, poszedłby w swoją stronę, w czasie gdy powstała panika zdążyłaby rozprzestrzenić się na całe miasto lub też stan.
Zebrane przed wejściem grono kilka chwil wcześniej zaczęło ślamazarnie znikać za progiem potężnego budynku, kiedy Frank nieśpiesznie pokonał kilka niskich schodków, by zrobić to samo co inni. Podążałem za nim spokojnie, utrzymując pewną odległość i, z zadowalającym skutkiem, starając się sprawiać wrażenie niczym nie zaabsorbowanego. Co jakiś czas dla niepoznaki rozglądałem się na boki, lecz nadal skupiając słuch na jednej osobie. Bezwiednie odpowiedziałem nawet na kilka wysłanych w moim kierunku pozdrowień, choć nigdy nie miałem tego w zwyczaju, zwłaszcza kiedy zaczepiały mnie zupełnie nieznane osoby. Kiedy Frank zatrzymał się przy swojej szafce, zgrabnie ominąłem tłoczących się uczniów, by podejść do swojego schowka i, ówcześnie wpisując kod, wyciągnąć z niego kilka zeszytów.
Jak dotąd nie działo się nic szczególnego, co wymagałoby mojej interwencji, jednak dobrze zdawałem sobie sprawę, iż był to dopiero początek dnia. Na razie ludzie zdawali się go nie zauważać, tak samo zresztą jak on ich. Choć na pierwszy rzut oka wydawał się być spokojny, czasami dyskretnie wyglądał zza kaptura, jakby chcąc sprawdzić, czy nic, ani nikt się na niego nie czai. Wtedy nareszcie zdałem sobie sprawę, jak bardzo się myliłem - on nigdy do końca nie odcinał się od rzeczywistości, a przynamniej nie na tyle, by nie zorientować się, gdy nadejdzie moment, kiedy znajdowałby się w złym położeniu. Może poza terenem szkoły, gdy widziałem go idącego po chodniku, był zamyślony, ale w chwili, w której wkroczył w granice liceum, stał się bardziej czujny. Przez moment przeszło mi nawet przez myśl, że może zdążył mnie już zauważyć, jednak nic na to nie wskazywało. Zdawał się w ogóle nie interesować moją osobą, najwyraźniej wiedząc, iż nie musi czuć z mojej strony zagrożenia. I przez to stałem się jednym z wielu, którymi nie musiał zawracać sobie głowy.
Część jego ciała na moment zniknęła mi z oczu za otwartymi drzwiczkami szafki, obklejonymi jakimiś kartkami samoprzylepnymi lub jakimiś skrawkami zwyczajnie przyczepionymi na przeżutą gumę. Gdy zatrzasnął je ponownie, nie miał już na głowie kaptura, choć muzyka wciąż głośno grała w jego słuchawkach. Bez trudu rozpoznałem w słowach i brzmieniu jeden ze starszych singli zespołu Megadeth, starając się jednak jak na razie nie zaprzątać tym myśli. Roztrzepane, brązowe włosy zdawały się nie robić mu różnicy. Nie bardzo przejmował się swoim wyglądem, który z dnia na dzień wcale się nie polepszał. Chłopak wciąż wyglądał na wyczerpanego i słabego, chociaż nie wybiła jeszcze ósma rano. Zbyt wyraźnie wystające kości policzkowe oraz wiecznie obecne cienie pod oczami niepokoiły mnie coraz częściej. Momentami zastanawiałem się, czy on w ogóle sypiał. Tyle że kiedy ostatniej nocy byłem pod jego domem, słyszałem dokładnie, iż pogrążony był we śnie. Teraz pozostało mi tylko pytanie - ile w takim razie godzin spędzał na tej dość istotnej czynności? Na pewno nie więcej niż cztery, biorąc pod uwagę to, w jakim znajdował się stanie.
Moją uwagę momentalnie przykuł fakt, iż niedaleko młodego chwilę wcześniej pojawił się jeden z koszykarzy. Był dość niski w porównaniu do reszty swoich kumpli z drużyny, lecz ponadprzeciętnie  umięśniony - wydaje mi się, że nawet za bardzo jak na sportowca zajmującego się podobną grą, w której liczy się nie tylko wzrost, ale także rozciągliwość, zwinność i, co tu dużo mówić, odpowiednia waga. Najwyraźniej znalazł się tam, aby zabrać coś ze swojej szafki, jednak kiedy chcąc już odejść, nagle zauważył Franka, najwidoczniej zmienił zdanie. Wciągu ułamka sekundy jego twarz zniekształcił zjadliwy półuśmieszek. Chłopak nie dostrzegł go, w tym samym czasie odwracając się w drugą stronę i kierując najpewniej do klasy, w której rozpocząć się miała zaraz jego pierwsza lekcja.
Koszykarz niemal od razu ruszył za nim. Jakby automatycznie bez zbędnego wahania skierowałem swoje kroki w jego stronę, starając się zdążyć, zanim Frank zorientuje się, co się święci. Żałowałem, że niedaleko wisiała kamera monitorująca każdy mój ruch oraz dookoła kręciło się mnóstwo rozszczebiotanych uczniów i uczennic. W zwykłym tempie próbowałem dogonić koszykarza, który już wyciągał niezgrabną dłoń w kierunku ramienia brązowowłosego. W ostatniej chwili udało mi się zrobić duży krok i zastąpić drogę jemu i jego łapie, w ten sam sposób pozwalając spokojnie odejść niedoszłej ofierze sportowca.
Chłopak przez moment zdezorientowany, popatrzył na mnie ze złością, lecz gdy tylko zdał sobie sprawę, kto przed nim stoi, natychmiast przybrał potulny wyraz twarzy. Bezmyślny i głupi – taki mi się właśnie wtedy wydał. Nie cierpiałem, kiedy ktoś tak na mnie reagował, chyba że było to spowodowane szczerą sympatią lub chęcią nawiązania prawdziwej przyjaznej relacji.
- Cześć, ziomuś. Co jest? – zapytał, klepiąc mnie w lewe ramię oraz spoglądając w tym samym czasie na jakąś dziewczynę przechodzącą obok i puszczając jej perskie oczko.
Odsunąłem się od niego na pewną odległość, by uniknąć ponownych prób stosowania wobec mnie podobnych gestów i wymyśliłem coś na poczekaniu.
- Nie zdążyłem zapisać wczoraj wszystkich notatek z historii. Nauczycielka dyktowała zbyt szybko. Masz? – Tak, Gerard, mądre. Pytać zdeklarowanego półgłówka i zarazem najgłupszego ucznia swojego rocznika o notatki… Przez chwilę miałem ochotę puknąć się w czoło, jednak nie zrobiłem tego, w zamian przyjmując lekko znudzony wyraz twarzy.
Ten spojrzał na mnie zbity z tropu, jak gdyby nie wiedział, co oznacza słowo „notatki” lub „historia”, i właśnie wtedy zadzwonił pierwszy tego dnia dzwonek.
- Nie mam, byłem wtedy na treningu – odpowiedział z teatralnym żalem. – Ale Jenny na pewno zapisała wszystko. Załatwię ci jej zeszyt – dodał, uśmiechając się pojednawczo.
- Okay – mruknąłem tylko na odchodnym i ruszyłem w stronę sali o numerze sześć.
Mnóstwo ludzi biegało po korytarzu, starając nie spóźnić się na zajęcia, w czasie, kiedy nieśpiesznie szedłem tam, gdzie było trzeba.
Notatki, notatki... Oczywiście, że je miałem. W końcu potrafiłem pisać o wiele szybciej niż inni. Zazwyczaj kończyłem notować jeszcze zanim nauczyciel zdążył dokończyć zdanie, choć robiłem to jedynie z nudów, bo wszystko, co mówił, znałem już na pamięć. Po drodze zerknąłem na tablicę z rozkładem zajęć dla każdej klasy w szkole, sprawdzając, gdzie szukać Franka. Od razu podsłuchałem także, co robił w tamtej chwili. Słyszałem ponad dwadzieścia długopisów prędko sunących po kartkach w zeszytach oraz głos nauczyciela, który dyktował jakieś regułki na temat racjonalizmu oraz empiryzmu.
Udało mi się nie spóźnić na pierwszą lekcję. Nauczycielka przyszła pięć minut po dzwonku, w złym humorze, narzekając na swoje auto, które raz za razem określała słowami typu „stary grat” lub „kupa złomu”.
Już podczas drugiej przerwy zdałem sobie sprawę z mojego niedorzecznego zachowania. Przecież nie mogłem chodzić za nim krok w krok. Mimo wszystko miał swoje życie, podobnie zresztą jak i ja. Brakowałoby mi tylko tego, aby pomyślał, że mam obsesję i stałem się jego psychofanem, nie odstępującym go choćby na metr. Ryzyko, iż zorientuje się, co robię, było małe, lecz wolałem go nie lekceważyć. Koniec końców nadal nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tym drobnym chłopaku. Mógł być zupełnie nieszkodliwy, ale zarówno bardziej inteligentny i spostrzegawczy niż kiedykolwiek przypuszczałem. Starałem się nie stawiać wszystkiego na jedną kartę, a być przygotowanym na każdą możliwość. Zachowywanie się niczym jego cień, nie było czymś, czym mógłbym go do siebie przekonać. Musiałem zabrać się za to w jeszcze inny sposób, jednak z mojego postanowienia dotyczącego, bądź co bądź, jego ochrony, nie zrezygnowałem. Moje wyżej opisane dywagacje wiązały się raczej z faktem, iż przyczepianie się do niego i wręcz śledzenie, stwarzało ze mnie kompletnego świra. Sam nie potrafiłem określić, co tak dokładnie skłoniło mnie do podjęcia aż tak desperacko absurdalnego kroku. Zdecydowałem więc czuwać nad nim w szkole i może także w drodze powrotnej do domu, kiedy zajdzie taka potrzeba, lecz bez stosowania metody, do której posunąłem się tego ranka. Po prostu nie miałem zamiaru spuszczać z niego ucha, aby w razie potrzeby móc zareagować w czasie. Podsłuchiwanie pozwalało mi dłużej pozostać ukrytym ze swoimi zamiarami, co w tym akurat przypadku było dość istotne. Nawet nie potrafiłem wyobrazić sobie sytuacji, w której Frank dowiaduje się, że robię to, co robię.
Drugą sprawą, która także zajmowała sporo miejsca w mojej głowie było to, w jaki sposób pomagać mu w sytuacjach, kiedy by udzielić mu wsparcia, zmuszony byłbym skonfrontować się nie tylko z jego wrogiem, ale także z nim. Sęk tkwił w tym, iż Frank nie lubił, gdy starałem się mu pomagać i chciałem, by fakt, iż dzięki właśnie moim staraniom miał uniknąć kilku stłuczeń, został tajemnicą jak najdłużej. Miałem nadzieję, że uzna to po prostu za szczęśliwy traf, sprzyjający los. Mogłem liczyć jedynie na to, że mi także akurat się poszczęści.
Właściwie przez cały tamten dzień byłem wściekły. Tylu obelg skierowanych pod adresem jednej osoby przez te kilka „spędzone” z nią godzin, w życiu nie słyszałem. Najgorsze było jednak to, że zwracano się do niego w tak szyderczy sposób bez wyraźnego powodu. Na, wydawałoby się, zwykłej lekcji matematyki, gdy Młody z rozkazu nauczyciela podejść musiał do tablicy, w jego stronę posypało się przynajmniej kilka przytłumionych, lecz wciąż łatwych do wychwycenia epitetów, na dźwięk których zwyczajnie mnie zamurowało. Przez paru gnojków połamałem trzymane w dłoni pióro, w taki właśnie subtelny sposób brudząc sobie palce niebieskim atramentem. Oczywiście zaraz wyszedłem z klasy, by doprowadzić swoją dłoń do możliwie jak najlepszego stanu, choć skupiony byłem wciąż na pomieszczeniu znajdującym się piętro niżej. Bez przywiązywania większej uwagi przebytej drodze, dotarłem do łazienki, od razu podchodząc do zlewu i przystępując do prób zmycia resztek tuszu.
W tym samym czasie stało się coś, co zbulwersowało mnie jeszcze bardziej – matematyk, będąc świadkiem najzwyklejszego prześladowania ucznia, mimo ciążącej na nim odpowiedzialności, nie kiwnął nawet palcem, choć to, że nie usłyszał on wypowiedzianych słów, było wręcz niemożliwe. Nie odezwał się ani słowem, jedynie dyktując Frankowi przykład równania, które polecił mu rozwiązać. Aż nie chciało mi się wierzyć, że można być aż tak daleko posuniętym ignorantem, będąc jednocześnie osobą dorosłą, podobno lepiej uświadomioną niż młodzież. Na jego oczach krzywdzono człowieka, który żadnym swoim działaniem, nie zasłużył sobie na podobne traktowanie. Cholera, gdyby chociaż zwrócił im uwagę, zagroził wizytą w gabinecie dyrektora albo, dla zachowania pozorów, wpisał uwagę do dziennika, ale on nie zrobił nic. Miał to po prostu gdzieś, zresztą zupełnie jak cała reszta nauczycieli oraz uczniów. Nie miałem pojęcia, czy zwyczajnie ich to nie interesowało, czy woleli tego nie widzieć i o tym nie myśleć dla własnej wygody. Fakt faktem, że nie trudno było dostrzec różnice w sposobie traktowania przez wszystkich siebie nawzajem, a odnoszenia się, lub raczej zadręczania, Franka.
To było zaledwie kilka godzin, lecz ja odczułem je niczym dotkliwie długą torturę, mimo że nie ja byłem jej ofiarą. Z myślą, że Frank przechodził to każdego dnia szkoły, czułem się… Źle to za mało powiedziane. Czułem się trochę, jak gdybym był winny temu wszystkiemu, choć wcale nie miałem podstaw do tego, by się oskarżać. Jednak sama świadomość, że obserwowałem wszystkie te okrutne sceny, szykany wycelowane wprost w niego i tylko w niego, wywoływała we mnie na przemian złość, chęć zemsty, litość oraz obowiązek pomocy. Momentami odczuwałem także lęk - lęk przed tym, co w takich chwilach musiał czuć sam Frank, przez co zmuszony był przechodzić. W takich chwilach miałem ochotę po prostu podejść do niego, przerzucić przez ramię i pomimo protestów zabrać jak najdalej od tamtego miejsca. I za każdym razem, kiedy już trochę otrzeźwiałem z nadmiaru emocji, wytykałem sobie, jak głupi i absurdalny był to pomysł. Choć kto wie, może skuteczny.
Tego popołudnia odprowadziłem go wzrokiem pod same drzwi domu, tak na wszelki wypadek. Mimo że obiecałem sobie przestać za nim chodzić, jakoś trudno było mi tak po prostu po skończonych lekcjach pozwolić mu odejść. Niedorzeczne, bo niby kto i co mógłby mu zrobić na ulicy, po której plątało się jak zwykle po południu sporo ludzi? W biały dzień nikt nie odważyłby się napaść na kogoś idącego sobie spokojnie chodnikiem, prawda? Nie wiem, co sobie myślałem. Że z zemsty ktoś ze szkoły pójdzie za nim i poznęca się poza terenem placówki? Otóż jedyną osobą, która akurat zdecydowała się na śledzenie Młodego, byłem ja. Ja i mój niekoniecznie dobrze prosperujący umysł.
Obserwując znikające za drzwiami z grubego, jasnobrązowego drewna, niezbyt szerokie, powiedziałbym, iż troszeczkę zbyt drobne jak na chłopaka w takim wieku, plecy, westchnąłem ciężko.
Koniec, nie mogę tego więcej robić. Zaczynałem zachowywać się jak jakiś psychol, który sam nie wie, o co mu tak właściwie chodzi. Nie miałem prawa robić tego, co robiłem, nawet jeśli starałem się mu w ten sposób pomóc. Problem w tym, że ostatnimi czasy jakoś ciężko przychodziło mi rozstanie z co najmniej widokiem tej szczupłej sylwetki. Miałem wrażenie, że jeśli tylko spuszczę z niego oko, choćby na sekundę, ktoś spróbuje zrobić mu krzywdę. Nie chciałem, żeby ktokolwiek sprawiał mu ból. Już nie.
Bardziej zszokowany niż zadowolony z określenia swoich własnych, prawdziwych intencji w stosunku do Franka, stałem przez moment po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko budynku przez niego zamieszkanego.
Nigdy, nigdy nie odczuwałem czegoś podobnego. Nie znałem tego chłopaka, a czułem się, jakbym był częścią jego życia, której brakowało od zawsze. Odnosiłem dziwne wrażenie, że mimo wszystko to on jest osobą mi najbliższą, choć był mi jednocześnie zupełnie obcy. Tylko siłą udało mi się otrząsnąć z podobnych dywagacji.
Przestań pieprzyć głupoty, Gerard. On jest dla ciebie nikim, znasz go niezbyt dobrze, a te drobne fakty, które poznałeś na jego temat, ustaliłeś sam poprzez zwyczajne szpiegostwo. Nie jesteście blisko, nawet nie potraficie ze sobą normalnie porozmawiać, a uważasz go za osobę bliższą niż rodzina, niż wszyscy tobie podobni?
Nie odwracając się choćby na sekundę, najszybciej jak potrafiłem, wróciłem do samochodu pozostawionego na prawie opustoszałym już szkolnym parkingu. Nie miałem ochoty właściwie na nic. Potrzebowałem po prostu położyć się na wygodnym łóżku i pomyśleć. A może lepiej byłoby nie myśleć? Ani na chwilę nie mogłem oderwać galopujących myśli od niego. Dlaczego? Dlaczego, kurwa, to ja zawsze musiałem wplątać się w coś, czego nie potrafiłem zrozumieć? Zależało mi na nim. Zależało. Ale czemu? Tego sam sobie nie potrafiłem wyjaśnić i chyba właśnie dlatego się przestraszyłem. Zwyczajnie dostałem pietra, bo nigdy wcześniej nie poczułem w stosunku do kogokolwiek takiej troski, dziwnej więzi, której może nie było widać, jednak istniała.
Na początku ciężko było mi się z tym pogodzić, lecz im dłużej zastanawiałem się nad tym, co się dzieje, zaczynałem to akceptować. Może nie byłem z tego jakoś szczególnie zadowolony, ponieważ wiedziałem, że przez niego trudniej będzie mi opuścić Belleville, gdy już się na to zdecyduję, jednak z drugiej strony poczułem jakieś dziwne, nieznajome mi dotąd, przyjemne uczucie. Trochę, jak gdybym w końcu odnalazł część tego, czego tak zawzięcie szukałem już od ponad pół roku.
Nie wjechałem do garażu, tylko zaparkowałem auto przed mieszkaniem, nie mając ochoty wysiadać ze środka. Po zgaszeniu silnika, ułożyłem obie dłonie na kierownicy i oparłem o nie zmarszczone czoło, głęboko wzdychając.
- Pakujesz się w kłopoty, Gerard. Oj, kłopoty – mruknąłem cicho pod nosem, zamykając oczy.
Przecież mógłbym wyjechać już teraz, zwłaszcza zdając sobie sprawę, że dzieje się coś, czego zawsze próbowałem unikać. Niepotrzebne, sentymentalne przywiązywanie się do miejsc, rzeczy… ludzi.
Nie rozważałem jednak tej możliwości dłużej niż kilka krótkich sekund. Nie chciałem go zostawiać. Wcześniej obiecałem sobie, a teraz obiecywałem także jemu, choć nie miał o tym zielonego pojęcia, że prędzej zginę, niż zostawię go samego wśród tych ludzi. Wśród tej pustki.
Może zwyczajnie niepotrzebnie się martwiłem? Może to tylko moje sumienie w końcu doszło do głosu, nie pozwalając zachować się bezdusznie, a zmuszając do udzielenia mu nawet tej odrzucanej pomocy? Tak, to mogło być to.
Jak gdyby odrobinę pocieszony podniosłem głowę, mrużąc lekko oczy.
I wszystko jasne. Czyli wystarczy pomóc mu wyrwać się spomiędzy tego, co go dusi. Pokazać świat, który niekoniecznie jest dla niego nieodpowiedni. Pomóc znaleźć sens, którego mu tak bardzo brakuje.
W tamtym momencie zdawało mi się, że gdy uda mi się go uratować, przestanę czuć tę niebezpiecznie szybko rosnącą więź, pojawiającą się jakby znikąd. Tylko czy rzeczywiście byłem tego taki pewien?


5 komentarzy:

  1. Przepraszam za bledy i brak polskich znakow ale... Jest pozno.
    Rodzial wspanialy :) Ucz mnie mistrzu jak pisac opisy !
    Podoba mi sie strasznie podejscie Gerarda do Franka, choc mam nadzieje ze wkrotce zaczna wiecej rozmawiac i ogolem sie poznawac :)
    Weny zycze, xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że tak późno komentuję :<. Jak zwykle zaległości. Rozdział był bardzo fajny, niby nieobfitujący w wiele akcji, ale wyjaśniający dużo. Gerdziowi zaczyna coraz bardziej zależeć, choć, oczywiście, broni się przed tym rękoma i nogami :D. To takie kochane. Ja również czekam, aż Frank zmieni swoje nastawienie względem czarnowłosego i być może się zaprzyjaźnią.
    xoxo Kot

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się. Uwielbiam to jak Gerard teraz się martwi o Franka. Mama nadzieję, że i on się w końcu otworzy na niego i zaczną się dogadywać. <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam zamiar przestać być ninją pod Twoim następnym rozdziałem, ale ujawnię się troszkę wcześniej poprzez komentarz, który u mnie zostawiłaś. Dziękuję za niego. Nie masz pojęcia jak bardzo mnie to ucieszyło, naprawdę. Nawet teraz bardzo szeroko się uśmiecham. To bardzo miłe - usłyszeć opinię na temat swoich wypocin od autorki jednego z ulubionych Frerardów. Bardzo mi rozświetliłaś tę sobotę :)
    Już od jakiegoś czasu kocham Twoje opowiadanie, Twój styl pisania, to z jakim oddaniem opisujesz wszystkie najmniejsze emocje bohaterów czy szczegóły otoczenia. Uwielbiam umysł Gerarda, sposób, w jaki odbiera otoczenia, w jaki myśli o Franku. Podoba mi się to, że nie łączysz Franka z Gerardem w sposób oczywisty. Wiem, że prawdziwą sztuką jest nie wpychać bohaterów w swoje ramiona już w pierwszym rozdziale, dlatego bardzo Cię podziwiam. Już od początku tej historii wiem, że będzie ona obfitowała w mnóstwo niespodzianek. Dodatkowo ten Twój cudowny styl pisania... nawet nie wiem w jaki sposób powinnam wyrazić swoją opinię, abyś chociaż w połowie zrozumiała uczucia, które mi towarzyszą, gdy czytam coś, co jest napisane przez Ciebie. Po prostu kiedy widzę jakikolwiek Twój tekst, pisanie wydaje mi się prawdziwą sztuką, a nie jedynie kilkoma połączonymi ze sobą zdaniami o niezastanawiającej treści. A więc halo halo, wyjdź spod kołdry i nie rozpaczaj, bo nie masz nad czym :) Piszesz cudownie i wyjątkowo - a już na pewno lepiej niż ja. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczę tutaj kolejny rozdział, bo już zdążyłam się stęsknić. Życzę dużo weny, wolnego czasu i jeszcze raz dziękuję <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Ok, dzisiaj współczuję Frankowi i go kocham, i chcę mu pomóc i go przytulić. Nie potrafię sobie wyobrazić tortur, bo można to spokojnie nazwać torturami, jakie dzień w dzień czekają go w szkole. W szkole! Tam, gdzie powinien czuć się bezpieczny, tam, gdzie powinien mieć przyjaciół, z którymi mógłby narzekać na nauczycieli i poranne wstawanie. A on tymczasem był workiem treningowym półgłówków z drużyny i koszem na śmieci, do którego można było wrzucić dowolną ilość niewyszukanych epitetów. Nienawidzę tych cholernych amerykańskich szkół. Skąd to się, do cholery, bierze? U nas nie było czegoś takiego. Wiem, że nie było, bo gdyby coś złego się działo, natychmiast bym to zauważyła. Zauważam takie rzeczy.
    Boli mnie to, jak traktują Franka. I serce mi się kraja na samą myśl, że Fank tak bardzo przyzwyczaił się do tego, że przestał zauważać, co się dookoła niego. A przykrywka nieuprzejmego i chłodnego chłopaka jest maską, skorupą, która go chroni przed codziennością. Jedynym pocieszeniem jest to, że Gerard, mimo wszystko, mimo przeciwności i sprzeciwu ze strony Franka, nie zrezygnował z niego. Modlę się, żeby z niego nie zrezygnował.

    OdpowiedzUsuń