poniedziałek, 6 stycznia 2014

Chapter V

So fragile yet so devious
She continues to see it (…)
Enter the night that she came home
Forever
She's the only one that makes me sad


Gerard

Doznaliście kiedykolwiek tak ogromnego szoku, któremu udało się doprowadzić Was nawet do kompletnego paraliżu? Paraliżu całego ciała, trwającego dłużej niż te zwyczajowe kilka sekund?
Przyznam szczerze - nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło i do tamtej pory nie miałem zielonego pojęcia, w jak potężną bezsilność może wprowadzić człowieka podobny stan. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, jak bardzo nienawidziłem tego uczucia. Świadomość, iż mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrobić dosłownie niczego, co zmieniłoby bardzo niekomfortową dla mnie sytuację momentami ściskało moje serce lękiem, z czasem przybierającym formę coraz mocniej odczuwalną. Zupełna bezradność to uczucie, którego doświadczałem naprawdę rzadko, a tak właściwie pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że nigdy mi się coś podobnego nie przydarzyło. Zawsze wiedziałem, co powinienem zrobić i nic nie mogło mnie przed tym powstrzymać, jednak w tamtej chwili… moje własne ciało mnie zdradziło. Tak nagle poczułem się jak zwykły słabeusz z własnej nieprzymuszonej woli pozwalający na trawienie swoich działań poprzez palący ogień strachu.
Od dawna nie czułem się tak źle, jak w tamtej chwili. Mimo że nie widziałem jego twarzy przez zasłaniające ją włosy ani nawet nie dałem rady przyciągnąć jego spojrzenia, czułem to zbyt dokładnie, żeby móc tak po prostu zignorować. Przyglądając się, jak podnosi się z brudnej posadzki i siada na niej, aby pozbierać porozrzucane rzeczy, nie mogłem odwrócić wzroku od jego drobnej, przygarbionej postaci. Zaciskałem palce na dwóch należących do niego zeszytach, jak ostatni idiota stojąc wciąż w tym samym miejscu i obserwując jego każdy najmniejszy ruch. Przecież mogłem podejść do  niego, pomóc chociażby w spakowaniu tych wszystkich rzeczy do torby, ale to, co widziałem, patrząc na tego chłopaka, zwyczajnie sprawiło, że moje stopy wrosły w ziemię.
Zawsze byłem dość dobry w odczytywaniu prawdziwych ludzkich intencji lub uczuć, nawet jeśli były one ukrywane z tak wielką wprawą, lecz Frank był inny. Los chciał, iż widziałem go do tej pory tylko w niezbyt przyjemnych okolicznościach i zawsze byłem w stanie na pierwszy rzut oka odczytać, kiedy ogarniała go niechęć do wszystkiego i wszystkich znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu. Jednak to dostrzegał prawdopodobnie każdy, nie było to nic szczególnie trudnego. Tym razem poczułem jednak coś, co nie pozwoliło mi wykonać choćby najmniejszego ruchu, podjąć jakiejkolwiek czynności.
Stojąc na drugim końcu korytarza, czułem, jak cierpiał. Nieważne jak głupio to może dla Was zabrzmieć. Ten chłopak cierpiał, a ja byłem tego jak najbardziej świadomy. Chciałem, a wręcz czułem potrzebę, by mu w jakikolwiek sposób pomóc, problem w tym, że ogrom całego bólu, którego realne istnienie tak nagle wtargnęło do mojego umysłu, sprawiło, że po prostu mnie zamurowało. Nigdy wcześniej nie widziałem tak bezbronnego i zaszczutego człowieka i ten widok zwyczajnie mnie zaszokował.
Ból oraz cierpienie - to jedyne, co potrafiłem ujrzeć, spoglądając wtedy na tego chłopaka.
Kiedy tak po prostu skręcił korytarzem w prawo, obierając niewiadomy dla mnie kierunek, wciąż nie mogłem oderwać od niego zahipnotyzowanego spojrzenia. Mógłbym przysiąc, że w ciągu całego tego zajścia nie mrugnąłem ani razu. Jego przygarbione plecy sprawiały wrażenie, jakby dźwigały wielki ciężar, o którym nikt oprócz niego nie miał zielonego pojęcia. Ramiona, na których wisiała zdecydowanie zbyt luźna, szara koszulka oraz czarna bluza z kapturem, mimo wszystko były widocznie napięte.
Ocknąłem się jako tako dopiero, kiedy jego drobna sylwetka znalazła się poza zasięgiem mojego wzroku. Także wtedy przypomniało mi się, co właściwie trzymałem w rękach i do kogo owe przedmioty należały. Zdałem sobie szybko sprawę, że posiadam dobry pretekst, by ponownie móc go w jakikolwiek sposób sprowokować do rozmowy, której wiecznie unikał. Już miałem ruszyć za nim, gdy moją uwagę przykuła jedna drobna, lecz bardzo istotna rzecz – pustka. A konkretniej - pustka mieszcząca się w obu moich dłoniach. Spoglądając z głupim wyrazem twarzy to na jedną, to na drugą górną kończynę, zastanawiałem się, jak nieprzytomny musiałem być, że dałem mu tak bez słowa odejść i do tego nie zauważyć, w którym tak właściwie momencie zabrał mi swoje zeszyty. Oczywiście byłbym w stanie dogonić go w ułamku sekundy. Gdybym chciał, już wtedy byłbym obok niego. W tamtej chwili nie uznałem tego jednak za dobry pomysł. Pierwszym odruchem było podążenie za nim, lecz odzyskawszy zdrowy rozsądek, zdałem sobie sprawę, że jeśli bym to zrobił, popełniłbym zwykłą głupotę.
Nietrudno było mi sobie przypomnieć, w jaki sposób zachowywał się za każdym razem, kiedy próbowałem w jakiś sposób sprowokować go do choćby najmniejszej wymiany zdań. Krótko mówiąc – nie reagował w ogóle lub zwyczajnie próbował mnie spławić. Było dla mnie jasne, że im częściej będę starał się o jego uwagę bez wcześniejszego przygotowania dobrego pretekstu, tym jego reakcje staną się jeszcze bardziej obojętne, tudzież przepełnione irytacją. Dlatego od czasu całej tej afery, której wynikiem był jeden rozkwaszony nos, jeszcze bardziej odizolowany nastolatek oraz moja mało wymagająca interwencja, starałem trzymać się od niego w pewnej odległości i sporządzić odpowiednią taktykę.
Po tym, jak w mało kulturalny sposób kazał mi się od siebie odczepić, jego słowa nie dawały mi spokoju, wciąż kołacząc się gdzieś w moim umyśle. Jak on w ogóle śmiał odezwać się do mnie w podobny sposób? Nie pozwolę, by ktokolwiek tak się do mnie odzywał, a już na pewno nie on – tak właśnie myślałem na początku, gdy jeszcze tego samego dnia, nie mając nic do roboty, wieczorem zalegałem na kanapie, ignorując włączony telewizor, na którego ekranie co chwilę przewijały się jakieś wyżerające mózg programy lub reklamy syropów na kaszel dla dzieci, prezerwatyw, perfum popularnej marki nowej gwiazdki popu czy chociażby genialnego leku na problemy z utrzymaniem moczu przez dorosłych. Nie zaprzeczę – byłem wściekły. Nie lubię, gdy ktoś mnie lekceważy, kompletnie wyprowadza mnie to z równowagi. W takich momentach ogarnia mnie zwyczajna furia, którą tłumię dzięki swej nadzwyczajnej umiejętności panowania nad sobą, co niekoniecznie tyczy się także moich nerwów. Może wydać Wam się teraz, iż jestem totalnym palantem nie potrafiącym znieść bezpośrednio przekazywanej mu prawdy, ale w rzeczywistości tak nie jest. Wszystko jest przecież lepsze niż kłamstwo. Nie ma na świecie drugiej takiej rzeczy, która działałaby na mnie aż tak negatywnie jak lekceważenie. Jeśli ludzie mieliby okazywać mi brak choćby najmniejszego szacunku, wolałbym, aby nikt się do mnie po prostu nie odzywał. Trudno zliczyć, ile razy słyszałem od różnych osób, nie znających mnie właściwie nawet w minimalnym stopniu, że jestem jakiś inny, gorszy. Niezliczoną ilość razy miałem ochotę wykrzyczeć kompletnie obcej osobie, że jestem lepszy niż jej się wydaje, że jestem lepszy od niej. Nawet w naszej Strefie traktowany byłem inaczej przez tych, którzy teoretycznie byli tacy sami jak ja. Przecież właśnie w tamtym miejscu powinniśmy wszyscy być na równi, w takim celu setki lat temu stworzono ten podział, a jednak wciąż istniały jednostki, które miały się za lepsze, mimo iż wcale takie nie były. To tam powinienem czuć się najlepiej, czuć, że jestem wśród swoich, którzy nigdy nie nazwą mnie dziwnym, bo los także obdarzył ich takim samym darem, ale tak również nie było.
Jego sposób odnoszenia się do mojej osoby bardzo mi się nie podobał i, może nie było tego po mnie widać, ale za każdym razem, gdy zwracał się do mnie w ten sposób lub totalnie ignorował, miałem ochotę kazać mu uważać na to, jak się do mnie zwraca. Mimo wszystko jakoś trudno było mi to zrobić. Podobnych rzeczy nie czynię często, ponieważ zazwyczaj bez moich większych starań ludzie zwracają się do mnie z szacunkiem, choć pewnie sami nie wiedzą czemu. Zresztą ja także nie znałem dokładnej odpowiedzi na to pytanie, jednakże pasowało mi to bardziej niż lekceważenie. Nie w tym jednak tkwi problem - że niby robiłem podobne rzeczy rzadko, dlatego nie mam odpowiedniej wprawy - a w tym, iż tak jakby nie chciałem go do siebie zniechęcać, jeśli w ogóle było to jeszcze możliwe. Był on jedyną osobą, przy której starałem się jako tako hamować swoje niezbyt uprzejme zapędy, a powód był bardzo prosty. Za wszelką cenę chciałem odkryć, jaki tak naprawdę jest, czego pragnie oraz sprawić, że się uśmiechnie. Nie pytajcie dlaczego, sam chciałbym znać odpowiedź na to pytanie. Tak postawiłem sobie sprawę i tak zamierzałem zrobić.
Ciężko wzdychając, ruszyłem nareszcie z miejsca, by bez pośpiechu opuścić budynek szkolny i znaleźć się na zewnątrz. Nie miałem ochoty przesiedzieć kolejnych kilku godzin w klasie i udawać, że słucham nauczyciela opowiadającego o czymś, o czym wiem już wszystko, co powinienem. Tacy jak ja bardzo szybko się uczą i materiał, który przerobiłem, uczęszczając jeszcze do szkoły w Strefie, wykraczał bardzo mocno do przodu w porównaniu do toku nauczania w zwykłych amerykańskich szkołach. Bez wahania ruszyłem w kierunku swojego auta tylko po to, by wrzucić do niego niepotrzebną do niczego kostkę z pustymi, jeśli nie liczyć kilku szkiców, głównie drobnych karykatur nauczycieli, zeszytami. Zatrzasnąłem drzwi i zamknąłem samochód. Schowałem kluczyki do kieszeni kurtki, jednocześnie sprawdzając, czy znajdują się tam jeszcze drobne z ostatnich zakupów. Nasunąłem ciemne okulary na nos, słońce tego dnia intensywnie dawało się we znaki, sprawiając, że na ulicę wychodziło coraz więcej radośnie usposobionych ludzi. Jakoś nie chciałem wracać jeszcze do mieszkania, więc nie bardzo zwracając uwagę, gdzie się kieruję, poszedłem byle gdzie, aby tylko znaleźć jakąś kawiarnię. Miałem straszną ochotę na mocną kawę.
Po chodniku spacerowało wielu ludzi starych i młodych - czyli takich, którzy notabene tak samo jak ja powinni właśnie znajdować się na lekcjach - w większości wydających się być zadowolonymi ze zmiany pogody na przyjemniejszą. Przyglądając się każdej mijanej przeze mnie twarzy, łatwo udało mi się dostrzec różnice w porównaniu do tej jednej konkretnej osoby. Spoglądając na każdą pojedynczą twarz, widziałem na nich coś, co nigdy nie pojawiało się na tej należącej do Iero. Gdy wszyscy dokoła cieszyli się nadejściem ciepłej wiosny, zbliżającymi się wielkimi krokami wakacjami lub po prostu ze swoich własnych, prywatnych powodów, on pozostawał niezmienny. Obojętny, czasami jakby rozdrażniony wszystkim, na czym tylko zdążyły spocząć jego oczy. Nie raz zdarzało mi się utonąć w rozważaniach, kiedy starałem się doszukać konkretnych powodów sposobu, w jaki patrzył na cały otaczający go świat. Momentami zdawało mi się, że on po prostu nie widzi w nim nic dobrego, samo zło i wrogość, którym odwdzięczał się tym samym, lecz zaraz otrząsałem się, wybijając z głowy tenże pomysł. Przecież młodzi ludzie zawsze potrafią znaleźć coś, co sprawia, że w środku czują cudowne ciepło i wiedzą, że mają po co się męczyć na tym ziemskim padole, prawda? Po sposobie jego zachowania faktycznie trudno było doszukać się jakiegoś innego powodu, jednak trudno było mi uwierzyć, że temu młodemu chłopakowi brakowało nadziei na lepsze jutro. A jeśli twarz, jaką pokazuje na co dzień, jest jedynie maską? Maską, pod którą skrywa się człowiek pełen ambicji oraz marzeń? Musiałem tylko w jakiś sposób podejść go, przekonać do siebie i nakłonić do tego, by odsłonił przede mną swoją prawdziwą twarz. Czułem, że nie przyjdzie mi to łatwo i z każdym kolejnym dniem, obserwując go podczas przerw w szkole lub czasami także podczas lekcji, gdy nuda stawała się nie do wytrzymania i czułem wręcz wewnętrzny przymus, by zrobić cokolwiek, zdawałem sobie sprawę, że to miasto stanie się moim przystankiem na dłużej niż mi się wydawało na początku. Teraz, kiedy ten dziwny chłopak tak bardzo mnie zafascynował, nie zamierzałem rezygnować póki nie poznam go lepiej i nie odkryję, co ukrywa przed całym otaczającym go światem. W jakiś dziwnie niepokojący sposób czułem, że łączy nas więcej, niż mogło się na pierwszy rzut oka wydawać.
Pogwizdując pod nosem jeden z moich ulubionych kawałków Davida Bowie, wyjrzałem zza ciemnych szkieł, wzrokiem próbując odnaleźć miejsce, z którego wydobywał się dobrze znany mi zapach. Wyjątkowo dobry węch po raz kolejny nie zawiódł moich oczekiwań, gdy skręcając w najbliższą uliczkę, ujrzałem oddaloną o jakieś pięćdziesiąt kroków, małą oraz skromnie prezentującą się z zewnątrz kawiarenkę. Bez chwili wahania pokonałem dystans dzielący mnie od drzwi i z zadowoleniem wszedłem do środka. Miejsce było typowe, niemalże identyczne w porównaniu do setki tysięcy podobnych lokali, wcale mnie to jednak nie obeszło. Zamiast do stolika podszedłem od razu do średniej wysokości lady znajdującej się naprzeciwko wejścia, za którą stała kelnerka w białej, idealnie wyprasowanej koszuli, ciasno opinającej jej sporej wielkości piersi oraz krótkim, czarnym fartuszku przewiązanym wokół szerokich bioder. Witając się dość oszczędnie, poprosiłem o czarną, dużą kawę bez cukru oraz mleka i dopiero wtedy zająłem miejsce przy stoliku najbardziej oddalonym od drzwi, by zdejmując okulary i odkładając je na biały, wyszywany obrus mający nadać wnętrzu domową atmosferę, dyskretnie rozejrzeć się po niewielkim pomieszczeniu.
Oprócz mnie znajdowało się tam zaledwie pięć osób, z czego dwie były to młode kelnerki, które stojąc za ladą szeptały coś do siebie, energicznie przy tym gestykulując, jak gdyby chciały pochwalić się nowo zrobionymi u kosmetyczki paznokciami. Przy stoliku umiejscowionym na samym środku lokalu siedziała para starszych ludzi czytających najnowszą gazetę z wiadomościami. Uśmiechnąłem się mimo woli, dostrzegając ich szczupłe, pomarszczone dłonie spoczywające we wzajemnym uścisku na blacie stolika. W tamtym momencie obrazek ten wywołał u mnie dziwne poczucie udręki, jak i radości zarazem. Na krześle przy stoliku znajdującym się obok szerokiego okna, z którego można było wyglądać na ulicę, siedział dość młody mężczyzna w urzędniczym stroju, wklepując coś co chwila w otwarty przed nim laptop i raz po raz pociągając drobne łyczki ze stojącej obok komputera, białej filiżanki.
Odwróciłem wzrok w kierunku lady akurat w tej samej chwili, gdy wyszła zza niej kelnerka odbierająca moje zamówienie. W oczy niemal natychmiast rzuciły mi się rozpięte dwa guziki jej obcisłej koszuli, które, dałbym sobie rękę lub może nawet głowę uciąć, wcześniej były zapięte. Czując, jak na moje usta wkrada się sarkastyczny uśmieszek, podziękowałem jej za kawę postawioną przede mną na stoliku, i starając się zignorować fakt, iż dziewczyna pochylając się nade mną, specjalnie otarła się swoją nogą o moje wystające spod blatu kolano, przekonałem ją, iż niczego więcej mi nie potrzeba i poczekałem aż odejdzie, by zaraz chwycić w dłoń ciepłą filiżankę i upić pierwszy łyk. Gorzki smak sprawił, że moje powieki opadły lekko, a ciało rozluźniło się, czego skutkiem było to, iż moje plecy z ulgą oparły się o drewniane krzesełko, a nogi wyciągnęły pod stolikiem, nie przejmując zbytnio kulturą.
Wychodząc tego dnia do szkoły, nie zdążyłem wypić nawet łyczka ciepłego, lub choćby zimnego, ciemnego napoju. Oczywiście sam byłem sobie winien, w końcu tak to bywa, gdy zapomina się o przestawieniu budzika na odpowiednią godzinę. Jakoś nie miałem ochoty spóźniać się na lekcje, ani także nie korzystać dziś z samochodu, którego prowadzenie odpręża, więc budząc się pięć minut przed godziną ósmą, w niecałą minutę stałem już gotowy do drogi w garażu. Co jak co, ale tej przyjemności bym sobie nie odebrał. Szczerze mówiąc, jeśli spojrzeć na moją sytuację ze strony praktycznej, pojazd tylko utrudniał mi poruszanie się. Mało kto w Strefie posiadał jakiś samochód, a jeżeli już to ze względów raczej kolekcjonerskich. Powód był prosty – były nam one kompletnie niepotrzebne, potrafiliśmy poruszać się szybciej bez nich. Sam jednak widziałem wiele korzyści w posiadaniu czegoś takiego, jak auto. Po pierwsze, łatwiej było mi przewozić ze sobą prywatne rzeczy, po drugie, czułem się lepiej wiedząc, że podróżując po Stanach samochodem jestem podobny do wielu innych ludzi i w pewien sposób mogę poczuć się normalnie, tak jak zwyczajny człowiek. I nareszcie po trzecie – jak już zdążyłem wspomnieć wcześniej, prowadzenie samochodu sprawiało, że wewnętrzny spokój bez zbędnych problemów pozwalał mi się rozluźnić i nie myśleć o dręczących mnie sprawach.
Szelest papieru rozniósł się po pomieszczeniu, gdy starszy mężczyzna przewrócił stronę czytanej gazety. Wciąż spoczywająca w mojej dłoni filiżanka z kawą, dotykała dolnej wargi podczas mojego krótkiego rozważania, nie posiadającego choćby najmniejszej funkcji kształtowania mej zdobytej dotychczas wiedzy. Pociągnąłem kolejny łyk ciepłego napoju, przez moment nie połykając go, a trzymając w ustach, aby móc dokładnie poczuć gorzki smak. Kawa nie była taka zła, jednak od dnia, w którym po raz pierwszy zasmakowałem w napojach serwowanych przez sieć o nazwie Starbucks, nigdy nie kosztowałem lepszej, o bardziej wyrazistym smaku. Pijąc, wpatrywałem się w pusty stolik oraz dwa stojące wokół niego krzesła lekko odsunięte od blatu, jakby zapraszając do siebie każdą osobę pojawiającą się w kawiarni. Przez panującą dokoła ciszę moją uwagę zwróciła rozmowa przebiegająca w drugim o wiele mniejszym pomieszczeniu, w którym najwidoczniej schowały się kelnerki, by niezauważalnie poplotkować w trakcie pracy. Zapewne był to pokój przeznaczony na zaplecze znajdujące się z tyłu lokalu. Przebywały tam najwyraźniej tylko dwie młode pracownice, ponieważ jakoś nie udało mi się wychwycić żadnego choćby najdrobniejszego dźwięku, który mógłby poświadczyć o obecności osoby trzeciej. Dwa damskie głosy trzebiotały na przemian, przerywając sobie co kilka słów. Mimo to ich rozmowa zniżona była niemalże do konspiracyjnego szeptu, którego w normalnych warunkach nikt oprócz nich nie miał prawa usłyszeć. Mimo woli poczułem, jak lewy kącik moich ust powędrował w górę w ironicznym geście. Nie odkładając filiżanki na stół, poprawiłem się na twardym, lecz dość wygodnym krześle.
- Nigdy wcześniej go tutaj nie widziałam.
- Ja też. Może to jakiś przejezdny? – Głos jednej z dziewczyn nawet mimo ściszonego tonu był drażniąco piskliwy.
- Możliwe. Wygląda na gościa z pełnym portfelem, warto by go trochę pobajerować – mruknęła druga, w trakcie piłując sztuczne paznokcie. Bardzo wyraźnie słyszałem, jak pilniczek raz za razem przesuwa się w dół i w górę, wydając przy tym ledwo słyszalny dla zwykłego ludzkiego ucha, nienaturalny dźwięk.
- To niesprawiedliwe – odpowiedziała z oburzeniem pierwsza, by zaraz głośno mlasnąć gumą, którą żuła. Skrzywiłem się z obrzydzeniem, powoli odstawiając filiżankę z niedopitą kawą na stolik. – Dlaczego to ty właśnie zawsze zgarniasz tych najbardziej kasiastych? Myślisz, że ten zafunduje ci kolejną operację twoich marnych silikonów? – warknęła z przekąsem. – Niestety, ale nic ci już nie pomoże. Wyglądasz, jak wyglądasz, pogódź się z tym – dokończyła, wyraźnie zadowolona z siebie lub z uzyskanego przez swoją wypowiedź efektu.
Głośny odgłos pękającego balonu nadmuchanego z gumy do żucia sprawił, że w ciągu ułamku sekundy stałem już twardo na ziemi. Starając się nie skupiać na odgłosach ściszonej awantury dochodzących z drugiego pomieszczenia, rzuciłem na blat kilka dolarów. Swoim nietypowym, dość nagłym zachowaniem zwróciłem na siebie uwagę wszystkich obecnych, jednak nie zwracając na nich uwagi, szybkim krokiem ruszyłem do wyjścia. Odetchnąłem z ulgą dopiero przekraczając rozwidlenie ulic, gdzie odwracając się, nie mogłem już dostrzec szyldu opuszczonego przeze mnie lokalu. Odruchowo poklepałem dłonią w czoło, jak gdybym to ja przed chwilą gadał kompletne głupoty, i kręcąc głową z pobłażaniem, ruszyłem z powrotem w kierunku szkoły. Od tego wszystkiego odechciało mi się przebywać w obecności kogokolwiek.
Ludzie bywają różni, zdawałem sobie z tego sprawę, lecz im częściej zdarzało mi się przez przypadek (lub celowo) usłyszeć jakąś rozmowę, tym częściej słyszałem tylko o jednym – pieniądze. Dla większości z nich liczyły się dolary, kariera, stan konta oraz wielkość wyimaginowanego basenu znajdującego się na posesji, gdzie powinna niedługo pojawić ich wielka i bogato urządzona willa. Wszędzie pieniądze. Banknoty, jako najpotężniejsza i najważniejsza siła ludzkości. Dolary, jako idea, marzenia i sens życia dla przerażająco dużej ilości ludzi nie zdających sobie sprawy, że to, o czym tak namiętnie śnią, w rzeczywistości nie znaczy nic. Kompletnie zaślepieni znaczeniem pieniędzy w towarzystwie, nie dostrzegają, że wcale nie potrzebują majątku, aby znaleźć szczęście.
Sam nigdy nie czułem szczególnej potrzeby posiadania pełnego konta, teoretycznie mającego ułatwić mi utrzymanie się na, jak to się mówi, odpowiednim poziomie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by uzależniać całą swoją egzystencję od pieniędzy. Jedyne, czego chciałem to to, by pozwolono mi żyć w taki sposób, jaki sam sobie wybiorę. Pragnąłem być wolnym, a nie trwać w codzienności pokładanych we mnie oczekiwań, wiecznie zataczającej wielkie koła. Nie chciałem żyć tak, jak reszta podobnych do mnie - oczywiście podobnych tylko pod względem posiadanych umiejętności, ponieważ nigdy nie udało mi się spotkać wśród nich kogoś, kto poprzez swoją wizję świata byłby podobny do mnie choćby w jakieś małej części. Być zamkniętym jedynie na terenie wyznaczonego przez kogoś obszaru, wśród wiecznie tych samych ludzi, z którymi nie potrafiłem dojść do porozumienia nawet w najmniej znaczących kwestiach, było ostatnią rzeczą, na jaką bym się kiedykolwiek zgodził.
Poczułem nagle lekkie szturchnięcie, jednak było ono na tyle silne, aby udało mu się wyrwać mnie z zamyślenia. Podniosłem szybko wzrok, odwracając się przodem do osoby, na którą wpadłem, żeby ewentualnie oszczędnie przeprosić za nieuwagę. Już uchyliłem usta, dopiero w ostatniej chwili zdając sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłem. Przeklinając w myślach swoją typową podatność na odrywanie się od rzeczywistości w najmniej odpowiednich miejscach, obserwowałem zdezorientowany oraz z lekka przerażony grymas dobrze widoczny na twarzy mężczyzny stojącego może dwa metry przede mną. Obawiając się, jak teraz postąpi, wstrzymałem mimo woli powietrze, kompletnie zapominając o moich innych zdolnościach, mogących pomóc mi w zniknięciu z tamtego miejsca w ciągu jednej setnej sekundy. Podobna sytuacja przydarzyła mi się pierwszy raz w życiu i, nie wiedzieć czemu, z wszystkich wyjść, jakie mogłem wybrać, zdecydowałem się na to najgłupsze - spanikowałem. Stałem wciąż w tym samym miejscu, wiedząc, że nikt nie miał prawa mnie wtedy widzieć, lecz mimo wszystko ciężko przełykając ślinę ze zdenerwowania. W jednej chwili napadły mnie dręczące myśli mówiące o tym, że wszystko się już wydało i to przez moją własną, wrodzoną głupotę. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, które dla mnie ciągnęły się w nieskończoność. Mężczyzna stał przez chwilę w tej samej pozycji, patrząc przed siebie i nie zdając sobie najmniejszej sprawy z faktu, iż znajduję się na tyle blisko niego, aby z łatwością móc dostrzec każdy pojedynczy siwy włos, których z biegiem lat powoli pojawiało się na jego głowie coraz więcej. Gdy na jego lekko naznaczonej zmarszczkami twarzy wyraz dezorientacji ustąpił miejsca drobnemu rozbawieniu, gula w moim gardle momentalnie zmalała. Przechodzień poklepał się po czole tak samo, jak ja zrobiłem to chwilę wcześniej, i obracając się na pięcie, poszedł we własnym kierunku, mrucząc coś pod nosem o tym, w jaki sposób starzenie się wpływa na rozum człowieka.
Automatycznie zrobiłem sprawny krok w prawo, gdzie udało mi się skryć w wąskiej wnęcę pomiędzy dwoma sąsiadującymi budynkami, przez moment upewniając się, że nikt nie będzie w stanie mnie stamtąd zobaczyć. Odczekałem kilka krótkich minut i już po chwili, zupełnie widoczny, ruszyłem w dalszą drogę, nie odwracając się za siebie ani razu. Naprawdę rzadko zdarzało się, bym użył swoich zdolności nawet nie zdając sobie z tego sprawy, jednak nie zaprzeczę, takie przypadki miały już wcześniej miejsce, choć nie przydarzyło mi się to jeszcze w otoczeniu zwykłych ludzi. Zresztą nic dziwnego, skoro dopiero od niedawna miałem możliwość przebywania z nimi nawet dwadzieścia cztery godziny na dobę, jeśli tylko bym zechciał. Nie byłem przyzwyczajony, że na co dzień muszę ukrywać, jaki naprawdę jestem i było to co prawda uciążliwe, jednak sęk w tym, że chciałem w oczach ludzi być normalnym chłopakiem, nikim więcej. Chciałem egzystować pomiędzy zwykłymi ludźmi, ich najzwyklejszymi problemami i w ich najzwyklejszych ze wszystkich najzwyklejszych żyć życiach. Uch, zaczynam bredzić. To chyba przez ten chwilowy szok.
Gdy teraz na spokojnie zastanawiałem się nad moją reakcją na tak błahą w porównaniu do innych, na których mógłbym się naciąć, wpadkę, czułem się jak kompletny kretyn. Nie mogłem uwierzyć, że emocje wzięły nade mną górę, trudno było mi zrozumieć, czemu zareagowałem tak, a nie inaczej. Przecież już od dawna szykowałem się na to, by uciec i zacząć nowe życie. A ucieczka wiązała się z tym, że zmuszony będę do trzymania w sekrecie tego, jaki jestem i zdawałem sobie z tego sprawę. Niemniej jednak, pierwsza podobna wpadka sprawiła, że wpadłem w lekką panikę, nieuzasadnioną zresztą, bo mężczyzna ten nie mógł domyśleć się o istnieniu kogoś takiego, jak ja. Przecież nie mógł mnie nawet zobaczyć, a co dopiero mówić o ujawnieniu mojej tajemnicy. Wiedziałem, że muszę przestać bać się na samą myśl, iż ktoś mógłby dowiedzieć się prawdy. Miałem nad nimi wszystkimi przewagę i byłem ostrożny (nie licząc tego małego incydentu po wyjściu z  kawiarni), więc nikt nie miał prawa zorientować się kim jestem. Chyba, że sam bym komuś o tym powiedział, a nawet przez myśl by mi nie przeszło coś podobnego. Odkąd zacząłem zapisywać nową kartę swojego życia, co ja gadam, to była pierwsza karta mojego prawdziwego życia, uważałem na każdym kroku, by nie dać nikomu najmniejszego powodu do podejrzewania mnie o bycie kimś więcej niż zwykłym nastolatkiem. I udawało mi się to dobrze, nawet bardzo dobrze. Ludzie od samego początku, gdzie bym się tylko nie pojawił, odnosili się do mnie ze względną uprzejmością, choć o dziwo większość z nich patrzyła na mnie i nadal patrzy, jak na jakieś bóstwo. Co tu dużo mówić, takie reakcje wzbudzały we mnie na początku głębokie zdziwienie, lecz teraz jedynie ogromną irytację. Nie miałem pojęcia, czemu wszyscy tak na mnie reagowali, przecież nie dawałem im żadnego powodu. Chciałem żyć, jak inni, być normalnym chłopakiem poszukującym swojego celu. Zdawało mi się, iż przebywając wśród zwykłych ludzi, przyjdzie mi łatwiej być sobą, wtopić się w masy ludzkie, jednak oni mi na to nie pozwalali, zupełnie jak gdyby intuicja podpowiadała im, że nie mają do czynienia z jednym z nich. Robiłem wszystko, by pokazać im, że wcale nie jestem inny i po części to także mi się udawało, powoli, ale jednak. Może w szkole uważano mnie za nie wiadomo kogo, lecz na każdym kroku starałem się udowadniać, że wcale nie jestem wyjątkowy. Szło ciężko, ale jakoś szło. Czasami te ich „adoracje” i podziwianie z daleka, irytowały mnie tak bardzo, że zaczynałem ignorować wszystko i wszystkich, aby tylko przetrwać kolejny dzień. Miałem nadzieję, że sprawa mojego przeniesienia się do szkoły po prostu ucichnie i wszyscy się ode mnie odczepią. Byłem dla nich jak nowa zabawka w przedszkolu dla dzieci, miałem nadzieję, że niedługo się mną znudzą i zostawią w spokoju. Na tym akurat zależało mi szczególnie. Gdybym był bardziej neutralny i nie rozmawiałoby się o mnie w każdym kącie w szkole, łatwiej byłoby mi zbliżyć się do Franka.
Przekroczyłem bramę szkoły równocześnie z dzwoniącym w budynku dzwonkiem. Nie wiedziałem, czy oznaczał on koniec, czy może początek lekcji oraz której godziny lekcyjnej. Podszedłem do samochodu, otworzyłem drzwi, wsiadłem do środka i zapinając pas, myślałem już tylko o jednym – wrócić do domu, gdzie w sypialni pod poduszką zalegał mój nowo rozpoczęty szkicownik i zestaw niedawno zakupionych ołówków. Odpalając auto, miałem szansę usłyszeć wspaniały dźwięk starego silnika, który w moich uszach brzmiał jak najwspanialsza muzyka. Z obojętnością przeczekałem drobny korek, na który natknąłem się w drodze, i po piętnastu minutach byłem już u siebie. Nie marnując czasu, wysiadłem z samochodu i sekundę później wsuwałem rękę pod własną poduszkę w jednym konkretnym celu. Od kilku dni pracowałem nad nowym rysunkiem, którego nijak nie mogłem dokończyć. Za każdym razem, kiedy na niego spoglądałem, czegoś mi brakowało. Tym razem jednak czułem, że właśnie dziś uda mi się doprowadzić go do końca. Siadając wygodnie na materacu i układając szkicownik na swoim udzie, zabrałem się za rysowanie.
Trudno powiedzieć, ile czasu zabrała mi praca nad dopracowywaną ilustracją, lecz gdy nareszcie udało mi się zadowolić własne oczekiwania, na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Odkładając na bok wszystkie przybory, przeciągnąłem się i zerknąłem na zegarek, który wskazywał równo dwudziestą trzecią zero pięć. Kiedy stałem już na progu łazienki, nagle coś przyszło mi na myśl. A gdyby tak…?
Prędko pojawiając się w pokoju i zarzucając na ramiona ciepłą bluzę, otworzyłem okno, nie mając najmniejszej ochoty fatygować się kulturalnym wychodzeniem przez drzwi. Pamiętając ówcześnie o tym, by zmienić swoją postać na taką, której nikt nie dostrzeże, wszedłem na parapet i nie czekając dłużej, skoczyłem na dach sąsiedniego budynku. Przeskakując raz na balkony, raz na dachy lub najbliższe drzewa, kierowałem się w stronę części miasta, w której dotychczas byłem tylko jeden raz i do tego samochodem, jednak nie bałem się, że zgubię drogę. Moja orientacja w terenie jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Za którymś razem, źle wymierzając odległość, włożyłem zbyt mało siły w skok i ześlizgnąłem się z dachu jakiejś niskiej kamienicy, przed upadkiem ratując się jedynie poprzez chwycenie za starą, mocno zardzewiałą już rynnę, która ku mojemu zdziwieniu zatrzeszczała trochę, lecz nie urwała się. Nie zajęło mi długo ponowne wskoczenie na dach i powrót do kontynuowania drogi. Pokonując kolejne metry, zatrzymałem się dopiero w odpowiednim miejscu, stając na grubym konarze drzewa. Miałem z niego idealny widok na okno, za którym, o dziwo, paliło się jeszcze światło, choć ciemna roleta była już opuszczona i nie można było dostrzec przez nią niczego konkretnego. Przymrużyłem powieki, nie słysząc niczego, oprócz miarowego oddechu i spokojnego bicia serca.
Spał.

________________________________________________________

Rozdział słaby i za to, jak i za wszystkie możliwe błędy, przepraszam.


Darsa, rozumiem, co masz na myśli. Tyle że to opowiadanie właśnie takie miało być od samego początku. Dość ciężkie, ale jednocześnie posiadające spore znaczenie. Szczerze? Gdybym miała je dziś pisać od nowa, nic bym nie zmieniła. Co do opisów odczuć nie wydaje mi się, żebym przesadzała, ponieważ staram się przekazać osobom czytającym dużo szczegółów, dzięki którym mogą „naszkicować” sobie w wyobraźni obraz danego bohatera i dobrze go poznać. Odnosząc się jeszcze do postaci Franka – nie uważam, żeby był on żałosny, po prostu ogromnie stłamszony. On zwyczajnie bezgłośnie błaga o kontakt z drugim człowiekiem, który go nie skrzywdzi. Błaga o czyjąś uwagę. Potrzebuje zrozumienia. Zapewne uważasz go za żałosnego tylko dlatego, że nie jest na tyle silny psychicznie, by stanąć na nogi i się przeciwstawić. Cóż, nie wszyscy są dokładnie tacy, jacy chcieliby być oraz nie posiadają na tyle motywacji lub wewnętrznej energii, by zmienić się dla własnego dobra.


7 komentarzy:

  1. Nienienienie, wiesz co? Od teraz kończę czytać Twoje opowiadanie. Ale nie dlatego, że mi się nie podoba, bo jest cudowne, ale dlatego, że po przeczytaniu jednego rozdziału ciągle mi mało... Pewnie znasz to uczucie, a ja go strasznie nie lubię, także może będę czekała, aż pojawią się 2-3 rozdziały, a potem wszystko nadrobię i będę zadowolona xD
    Ale to opowiadanie jest naprawdę niesamowite... Nie potrafię oderwać oczu od ekranu, kiedy je czytam. A dzisiejszy rozdział wcale nie jest słaby! Gadasz głupoty! Mi się bardzo podobał, ale najbardziej ostatnia scena :3
    Spodziewaj mnie się tutaj za 2, albo 3 rozdziały. Nie potrafię inaczej, bo mnie niecierpliwość zżera, że tak powiem.
    Weny życzę! :)

    XoXo

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie rozdrabniając się za bardzo, ani nie przeciągając słów w nieskończoność - rozdział ciągliwy, ale wielki plus za scenę w kawiarni i za nocny spacerek po dachach xd

    ~ Seaya

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, zagiełaś mnie tym po prostu. Teraz ciągle będe rozmyślać kim jest Gerard.
    Co do rozdziału to mnie się podoba :) brakuje mi tylko troche dialogów ale rozumiem, że taka jest Twoja wizja :)
    No cóż, czekam z niecierpliwością na więcej i mam nadzieje, że tym razem dodasz coś szybciej :)
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, ten rozdział był fajny :D. Lubię takiego Gerarda...odizolowanego, ukrytego. A na końcu to łażenie po dachach! Podoba mi się, że dozujesz informacje o nim, a nie od razu wszystko wykładasz na tacy. Z rozdziału na rozdział dowiadujemy się więcej o nim, jego mocach i przeszłości.
    Pisz dalej :*. I dużo weny tobie życzę :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje słowa jakie są, takie są, ale nie umniejsza to klimatowi tego opowiadania :3 Bardzo je lubię, chociaż wampirki są stale powracającym tematem tak jak i Frerard w szkole, ale bądźmy szczerzy, kto tego nie kocha? Ja przynajmniej ubóstwiam szkolną akcję. Może dlatego, że najłatwiej się z nią utożsamić.

    Gerard jest dość zagadkowy, co mnie naturalnie intryguje, bo kiedy to mroczny Gerard nie jest wciągający? :D Czekam aż jego zafascynowanie Frankiem i chęć poznania jego osobowości sprawi, że skonstruuje w swojej głowie odpowiedni plan, za pomocą którego osiągnie swój cel.

    Co do samego Franka - ja najzwyczajniej w świecie może nie tyle jestem pełna pogardy, ile wkurza mnie wprost taka postawa wobec życia, jaką tutaj prezentuje sobą Frank. Oczywiście to jestem tylko ja i moje zdanie nie ma przełożenia w tym momencie na treść, którą zawiera post. Irytuje mnie pełne poddaństwo wobec losu i brak chęci wzięcia się w garść. Daje się boksować jak worek treningowy, gdzie ja na jego miejscu zmieniłabym szkołę. Nigdy nie lubiłam osób, które stoją w miejscu i dają rzeczom się tak po prostu dziać, pomijając własny wkład w kreowanie własnego życia. Sama przeszłam przez niejedno, dlatego mój stosunek wobec Franka na razie nie ulega zmianie. Jestem ciekawa tylko w jakim stopniu Gerard go zmieni i czy pomoże mu dostrzec piękno samego trwania na tym świecie, bo to piękno mimo wszystko oczywiście istnieje :3

    Podsumowując, podziwiam Ciebie za talent, bo posiadasz go ogromne pokłady. Opisy wprost zniewalają, mimo że niekiedy troszkę odlatywałam XD W każdym razie kiedyś chciałabym pisać tak jak ty :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja droga, odwiedzanie Twojego bloga to jak dawka świeżego i rześkiego powietrza po dusznej nocy. Zawsze lubiłam tu wpadać i czułam się dobrze, bo ze wszystkich stron otaczało mnie to, co kocham i to, w czym czuję się pewnie - sztuka. Z czystym sumieniem przyznaję, że Twoją twórczość cenię sobie najbardziej. Ty najlepiej do mnie przemawiasz, Twój styl najbardziej mi odpowiada, Twoja twórczość jest najbliższa memu sercu. Twój talent mnie onieśmiela, inspiruje i niezmiennie zachwyca. To czysta przyjemność czytać to, co piszesz.
    Jeśli mam być szczerza, mój stosunek do Franka możnaby nazwać ambiwalentnym. Z jednej strony naprawdę mu współczuję i go rozumiem, chciałabym mu jakoś pomóc, przytulić go, otrzeć łzy, powiedzieć, że wszystko się ułoży i żeby nie trafił wiary, ale jednocześnie z drugiej od czasu do czasu jestem na niego zła. Jestem zła, że zatraca się we własnym cierpieniu, gdy ma szansę z niego wyjść. Gerard wyciąga do niego pomocną dłoń, a on ją odtrąca. Oczywiście, nie można go za to winić, nie zna Gerarda, Gerard jest kompletnie obcym człowiekiem i Frank mu nie ufa. Ale czasami łatwiej otworzyć się przed obcym niż bliskimi.
    Mam tylko nadzieję, że może niedługo ich relacje się poprawią. A tymczasem lecę dalej czytać kolejne rozdziały. Już nie mogę się doczekać.
    Dobrze, że jesteś.
    xo

    OdpowiedzUsuń