sobota, 7 grudnia 2013

Supernatural crap [1/?]


Episode I: The Misfit Marlboro Admirer


Creston, Iowa

Przestarzały, mocno zaniedbany parkiet wyłożony na całej powierzchni posadzki zatrzeszczał cicho, podczas gdy oderwałem od niego prawe kolano, podnosząc się i prostując plecy. Dookoła powoli oraz nieśpiesznie unosiły się drobinki gęstego kurzu, którym pokryte było niemalże wszystko w zasięgu kilku metrów, rozpoczynając od ścian oraz podłogi, a na przeróżnych zgromadzonych tam sprzętach po części obwiniętych w ochronną folię oraz najdrobniejszych pamiątkach lub przedmiotach nigdy nie mających doczekać się naprawy kończąc.
Pogwizdując pod nosem starą, lecz wciąż porywającą piosenkę AC/DC, sięgnąłem niemalże automatycznie po jakąś brudną, podartą szmatkę leżącą na ledwo stojącym już, zapuszczonym jak wszystko inne w tym pomieszczeniu stole. Ignorując spoczywające na blacie poplamione bordową posoką łańcuchy oraz zardzewiałe, tępe kawałki metalu kiedyś będące najprawdopodobniej zwykłymi, domowymi narzędziami, chwyciłem lekko zesztywniały materiał, by przechodząc do gitarowej solówki Younga, sprawnie i dość dokładnie oczyścić ostrze trzymanego przeze mnie noża z pozostałych na nim świeżych śladów krwi. Zaraz potem odrzuciłem szmatę byle gdzie, nie bardzo interesując się, w którym miejscu wylądowała, i odchyliłem skórzaną kurtkę, żeby schować do wewnętrznej kieszeni na lewej piersi poczciwe ostrze, właściwie od zawsze towarzyszące mi podczas pozbywania się wielu zbędnych istnień niejednego parszywego ścierwa. Nie zaszczycając najkrótszym spojrzeniem leżących na podłodze plugawych zwłok, poprawiłem lekko odstający w górę kołnierz kurtki i przekroczyłem rozkładającego się już trupa, aby dotrzeć do paczki czerwonych Marlboro, która niefortunnie wysunęła się z tylnej kieszeni moich jeansów podczas niewielkiej przepychanki ze spokojnie gnijącym już sobie na podłodze, martwym potworem.
Zmurszałe drewno pod moimi stopami zatrzeszczało po raz kolejny, kiedy pochyliłem się niżej, podnosząc swoje papierosy. Nieśpiesznie wysunąłem jednego z paczki i włożyłem pomiędzy stęsknione dotyku bibułki wargi, po chwili odpalając go od starej, porysowanej zapalniczki odziedziczonej po ojcu, którą wydobyłem z kieszeni spodni. Staroświeckim ruchem poklepałem opakowanie fajek oraz rodzinną pamiątkę zaraz po tym, gdy obie te rzeczy ukryłem z powrotem w ich zwykłym miejscu. Dym papierosowy przyjemnie podrażnił moje gardło oraz przełyk, sprawiając, iż powieki przymknęły się mimowolnie. Ten błogi moment wytchnienia po kolejnej zakończonej sukcesem robocie…
- Cholera jasna – mruknąłem pod nosem, kiedy nagle do mej sielankowej scenerii bezceremonialnie wdarł się dzwonek telefonu.
Wyraźnie czułem wibrujący aparat spoczywający w zewnętrznej kieszeni skórzanej, miejscami przetartej kurtki oraz słyszałem przybierający na sile dźwięk jednego z najbardziej wyrazistych utworów Hendrixa. Przez moment starając się ignorować sygnał zwiastujący, iż najprawdopodobniej ktoś znowu czegoś ode mnie chce, rozpocząłem nucić pod nosem melodię wspólnie z dźwiękiem rozbrzmiewającym dokoła, jednak moja cierpliwość miała swoje granice. Z rozdrażnionym parsknięciem wypuściłem dym przez usta i chwytając papierosa między dwa palce, wysunąłem go spomiędzy warg. Druga dłoń szybko odszukała w kieszeni telefon i wcisnęła zieloną słuchawkę, jeszcze zanim przyłożyła aparat do mojego ucha.
- Jeśli nie jesteś seksownym brunetem w obcisłych spodniach, który czeka na mnie ze szklanką whisky w najbliższym pubie, lepiej, żebyś miał dobrą wymówkę – rzuciłem od niechcenia, strącając na brudną podłogę szczątki spalonego papierosa. Popiół od razu wtopił się w kurz, automatycznie stając częścią całego otaczającego mnie syfu.
- Przyhamuj, kowboju, mam dla ciebie następną robotę – w słuchawce rozniósł się lekko zniekształcony głos.
Zaciągnąłem się papierosem, pozwalając sobie na jeszcze chwilę przyjemności, aby zaraz ponownie wypuścić trujący dym z płuc. Przechylając się lekko w bok, miałem zamiar dla wygody oprzeć się o starą, wysoką szafę, jednak zrezygnowałem z tego kroku, kiedy tylko dostrzegłem czerwono-czarne, mokre smugi zdobiące większą część jej powierzchni. Mruknąłem coś niewyraźnie pod nosem, po raz kolejny strzepując popiół na parkiet pod moimi stopami.
- Znowu jakieś zjedzone serca albo ludzkie mumie bez opakowania? Zaczyna mi się to powoli nudzić – mruknąłem gorzko, przenosząc znużony wzrok na bezwładne ciało czterdziestoletniego mężczyzny dokładnie przywiązane łańcuchami do zdewastowanego do granic możliwości krzesła, przy którym brakowało fragmentu oparcia. Jego głowa opadała biernie na pierś, jednocześnie odchylając się lekko w prawo, eksponując tym samym głęboką, poharataną ranę na jego bladej szyi. Całe lewe ramię oraz tors pokryte były jego własną wyschniętą krwią.
- Och, tak mi przykro, kochanieńki, że naszemu małemu recydywiście brakuje wrażeń – ostro rzuciła kobieta po drugiej stronie linii, czym wywołała na moich ustach zadowolony półuśmieszek. - Tym razem mam jednak coś innego, bardziej… hmm… dla ciebie, Gerry, więc nie marudź, tylko bierz, co dla ciebie mam! – dodała dobrze mi znanym rozdrażnionym tonem głosu, którego używała niemalże przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szczerze mówiąc, szybko szło się przyzwyczaić.
- Okay, mam nadzieję, że to rzeczywiście coś wartego mojej uwagi. Będę, jak tylko skończę tutaj – odpowiedziałem, odrzucając resztkę wypalonego papierosa na podłogę i zgniatając ją grubą podeszwą buta.
- I jak? Dorwałeś już te przeklęte vetale*?
Odruchowo wzruszyłem ramionami, prychając lekceważąco pod nosem.
- Gdybyś zadzwoniła kilka minut wcześniej, zdążyłabyś się jeszcze z nimi pożegnać – rzuciłem, przenosząc wzrok na dwa gnijące ciała spoczywające na zakurzonej i umazanej krwią podłodze. – Muszę jeszcze tylko pozbyć się ciał i jadę dalej.
- A facet? Ten… Genereux?
Automatycznie rzuciłem okiem na ciało przywiązane do krzesła.
- Nie żyje. Wygląda na to, że wyssały go do ostatniej kropli już jakieś dwa - trzy dni temu. Dopadłem je, kiedy zaczynały pozbywać się ciała i przygotowywać miejsce na kolejną kolację – powiedziałem niezbyt zadowolony.
- No dobra, młody, w takim razie pozbądź się ich, a zwłoki tego gościa podrzuć gdzieś przy drodze na skraju lasu, żeby wyglądało to na atak jakiegoś zwierzęcia…
- Przecież wiem - westchnąłem głośno, przewracając oczami. – Nie jestem łowcą od wczoraj, Claire.
- Nie kłóć się ze mną, matole, tylko załatwiaj robotę do końca i ruszaj swoje chude, zarozumiałe dupsko tutaj – rzuciła jak zwykle, po czym rozłączyła się, pozostawiając po sobie jedynie brzdęk odkładanej słuchawki.
- Też za tobą tęsknię – mruknąłem, po raz kolejny przewracając oczami i chowając telefon do kieszeni. Zaraz potem jęknąłem cierpiętniczo, rzucając okiem na spoczywające na podłodze w piwnicy zwłoki. – Żegnaj seksowny brunecie i zimna whisky z lodem.

* * *

Hoyt Lakes, Minnesota

- They've got to catch me if they want me to hang cause I'm back on the track and I'm beatin' the flack. Nobody's gonna get me on another rap. So look at me now I'm just makin' my play. Don't try to push your luck, just get out of my way** – zaśpiewałem wraz z wokalistą, w czasie gdy moje dłonie jak gdyby automatycznie wybijały rytm piosenki rozbrzmiewającej akurat w samochodzie na kierownicy. Mijając ostatnie zabudowania, wjechałem na ulicę ciągnącą się przez dość gęsty las, gdzie nie raz zdarzyło mi się napotkać niejedno dzikie zwierze. Po niecałych trzydziestu minutach spokojnej jazdy dostrzegłem dobrze mi znaną drogę, której postronny, nie mający zielonego pojęcia o jej istnieniu kierowca w normalnych warunkach zapewne by nie zauważył, gdyby dokładnie nie przyjrzał się krzewom maskującym wjazd. Bez wahania skręciłem w lewo, wjeżdżając na niezbyt szeroką drogę prowadzącą do drewnianego domku wybudowanego w głębi lasu. Pomiędzy mijanymi przeze mnie drzewami latało sporo różnych ptaków - choć nie zwracałem na nie większej uwagi, wiedziałem, że tam są. Spokojnie zatrzymując auto przed niewielkim budynkiem, wyłączyłem głośno grającą muzykę i zaraz potem wysiadłem ze środka, zabierając jeszcze ze sobą sześciopak piwa spoczywający na siedzeniu pasażera. Bez wahania w dwóch susach przeskoczyłem kilka schodków prowadzących na ganek, w trakcie pogwizdując jeszcze niedawno zasłyszaną piosenkę. Zanim chwyciłem za klamkę, ściągnąłem z nosa okulary przeciwsłoneczne i zaczepiłem je o kołnierz koszulki.
- Właź, matole! Ile mam czekać? – zza drzwi dało się wyraźnie usłyszeć stłumiony damski głos.
Pokręciłem odruchowo głową, jednocześnie naciskając na klamkę i wchodzą swobodnie do środka.
- Przyjazna i uprzejma jak zwykle! – rzuciłem, szeroko rozkładając ramiona w teatralnym geście, wciąż stojąc w samym wejściu.
- Przestań się wydurniać i chodź tutaj – zdążyłem jeszcze usłyszeć, nim poczułem ramiona zamykające mnie w mocnym, zdecydowanie męskim uścisku.
Claire może i była drobną, niepozorną kobietą zawsze ubraną w jakieś znoszone, ale wygodne ciuchy oraz osobą zdającą się unikać jak ognia czegoś, co nazywane jest powszechnie makijażem, jednak w rzeczywistości posiadała niezwykłą krzepę, której nie raz doświadczyłem już na swojej własnej skórze. Nie wspominając o martwych istotach nagromadzonych na jej koncie wciąż czynnej łowczyni.
Uśmiechnąłem się lekko, poklepując ją jednocześnie po plecach, gdy ta miażdżyła moje żebra w swoich ramionach.
- O rany, nie wiedzieliśmy się tylko tydzień… - wystękałem, krzywiąc się lekko, lecz nie będąc w stanie pozbyć się szerokiego uśmiechu.
Kobieta bez pośpiechu wyswobodziła mnie ze swojego niedźwiedziego uścisku i odsunęła się ode mnie na długość ramienia. Jej uważny wzrok badał każdy skrawek mojego ciała, jak gdyby starał się dostrzec najmniejszą choćby niezgodność z tym, co widziała jeszcze kilka dni temu.
Przewróciłem oczami, tłumiąc zirytowane parsknięcie.
- Cholera, Claire, nic mi nie jest.
Aby dokładnie upewnić ją w swoich słowach, obróciłem się na moment, by jej wzrok mógł wybadać każdy milimetr mojego ciała.
- Okay, w porządku – mruknęła, spoglądając mi w oczy swoim lekko cynicznym spojrzeniem. – I tak uważam, że powinieneś trochę zwolnić.
- Zwolnić? – powtórzyłem bez zrozumienia, obserwując nieznacznie drżące, wąskie barki, podczas gdy Claire ruszyła w stronę fotela stojącego niedaleko zawalonego starymi papierami oraz książkami biurka. Prędko zatrzasnąłem frontowe drzwi, odkładając piwo na stolik i zajmując miejsce na zasłużonej, bladozielonej kanapie, na której zdarzyło mi się spędzić niejedną niewygodną noc. Powoli zdjąłem skórzaną kurtkę, przerzucając ją przez oparcie mebla i rozsiadając się wygodnie na zapadających się poduszkach.
- Tak, zwolnić, Gerry. Czy te wszystkie polowania naprawdę na tyle wyżarły ci szare komórki, że nie wiesz co to znaczy? – burknęła rozdrażniona. Znałem ją jednak zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, co w rzeczywistości zaprzątało jej myśli w tamtej właśnie chwili.
Pochyliłem się do przodu, odrywając plecy od oparcia kanapy i podparłem łokcie na swoich kolanach. Popatrzyłem prosto w jej piękne, błękitne oczy, spokojnie nabierając powietrza do płuc.
- Nie mam już siedemnastu lat, Claire. Przecież wiesz, że nie jestem już dzieckiem – zacząłem, lecz kobieta siedząca naprzeciwko zdążyła już otworzyć usta, zanim wypowiedziałem choćby kolejne słowo.
- Masz niewiele więcej!
- Dziesięć lat to dla ciebie niewiele? – wtrąciłem się, nie chcąc po raz kolejny w dyskusji z nią zostać przegadanym. Uspokajając głos, kontynuowałem ze świadomością, że najprawdopodobniej tak czy siak kobieta pozostanie przy swoim. – Jesteś łowcą, Claire, dobrze wiesz, jak to jest. Chyba nie muszę ci przypominać, że sama zaczynałaś w wieku trzynastu lat, kiedy twoje koleżanki jeździły na swoich ślicznych, różowych rowerkach i organizowały piżamowe imprezy, a ty obsypywałaś swój pokój solą, gdy matka wychodziła w nocy na polowanie, i wszędzie chodziłaś z ukrytą pod ubraniami butelką wody święconej – westchnąłem cicho, obserwując, jak kobieta przerywa kontakt wzrokowy, odwracając głowę w kierunku nie zasłoniętego okna. – Rozumiem, że się o mnie martwisz, Claire, naprawdę. Tyle że ja już nie jestem dzieckiem. Potrafię się bronić, walczyć i zabijać tych skurczybyków jeden po drugim, jeśli tylko zagrożą innemu człowiekowi lub mi. Nie jestem już tym bezbronnym fajtłapą, jakim mnie zapamiętałaś.
- Wiem, Gerard – rzuciła, ponownie spoglądając mi w oczy. – Wiem, ale… Obiecałam twoim rodzicom…
- I dotrzymałaś słowa. Wciąż dotrzymujesz – stwierdziłem stanowczo. – Dobrze się mną opiekowałaś, Claire. Kocham cię jak własną matkę, ale to już koniec. Jestem dorosły, sam za siebie odpowiadam i sam jestem w stanie się bronić. Nie myśl, że nie pamiętam o tym, co powiedziałaś mi, gdy wyruszałem na moje pierwsze polowanie i co powtarzasz za każdym razem, kiedy od ciebie wychodzę. Pamiętam, Claire, możesz być pewna, więc przestań się już tyle zamartwiać. W razie czego, zawsze będziesz pierwszą osobą, która dowie się o moich kłopotach.
Kobieta uparcie spoglądała w moje oczy i wyraźnie czułem, że chce coś jeszcze dodać, jednak z rozluźniających się w rezygnacji mięśni jej twarzy odczytałem, iż zdecydowała się spasować. Mrucząc coś jedynie pod nosem, oparła się o poduszkę fotela, zakładając nogę na nogę i jednocześnie opierając na stoliku jedną ze stóp odzianych w solidne buty przystosowane do długich, pieszych wypraw.
- No, rozchmurz się – spróbowałem szczęścia, przerywając przedłużającą się ciszę, i sięgnąłem w kierunku niemalże zapomnianego już sześciopaku. – Przywiozłem piwo – dodałem zachęcająco, unosząc w dłoni jedną z zimnych butelek.
Claire popatrzyła na mnie, kręcąc pobłażliwie głową, jednak zaraz odebrała napój z mojej dłoni, otwierając butelkę o brzeg dzielącego nas stolika. Charakterystyczny syk, który wydobył się ze środka, sprawił, iż dopiero wtedy dotarło do mnie, jak suche jest moje gardło. Używając tej samej metody co moja towarzyszka, otworzyłem swoje piwo, z powrotem opadając ciężko na oparcie kanapy i rozkładając się na niej wygodnie. Pociągnąłem duży łyk z butelki, obserwując Claire, która jednym haustem wychyliła już połowę zawartości swojego napoju.
- Więc… Co dla mnie masz, mamuśko? – zapytałem, obserwując pogłębiającą się na jej czole zmarszczkę.
- Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywał, Gerard – warknęła, lecz zaraz dodała uprzejmiej: - Chyba nie jestem jeszcze aż tak stara, co?
Prędko odsunąłem od ust szyjkę butelki, już uchylając wargi, aby udzielić jej jakiejś bardzo elokwentnej odpowiedzi, lecz ta mnie uprzedziła.
- Lepiej się nie odzywaj – wyburczała, unosząc na mnie palec wskazujący dłoni, w której nadal trzymała własną butelkę.
Pokiwałem jedynie głową, śmiejąc się bezgłośnie pod nosem, co najprawdopodobniej wolała zignorować, i biorąc kolejny łyk chłodnego piwa.
Po krótkiej chwili kobieta podniosła się ze swojego fotela, wzdychając przy tym męczeńsko. Podeszła powoli do biurka, zajmując miejsce na krześle i upiła jeszcze trochę alkoholu, by zaraz odstawić piwo na bok i chwycić w obie dłonie kilka wydartych z gazet stron.
- Mówiłaś, że ta sprawa, to coś w moim stylu. Co miałaś na myśli? – spytałem, spoglądając na nią i nie ukrywając swojej wciąż rosnącej ciekawości.
Claire przełożyła jedną z kartek na wierzch, sięgając jeszcze po swój obdarty, ale jakże przydatny notes i przysuwając go bliżej siebie.
- A to, że jest kompletnie pomylona i nielogiczna. Na początku wahałam się, czy można tę sprawę uznać za coś z naszego zakresu, jednak aktualnie wydaje mi się, iż lokalne władze nie mają szans sobie z tym poradzić. Stos ciał wciąż rośnie, a z tego, co wiem na dzień dzisiejszy, ich ludzie nie mają choćby najmniejszego tropu czy poszlaki. Kompletnie nic, zero. W każdym razie warto by to sprawdzić i w razie czego zająć tym, co się nawinie.
- Rozumiem – odrzekłem, z cichym brzdękiem odstawiając pustą butelkę na stolik i sięgając po kolejną.
- Pierwsze zaginięcie, a potem, jak się niedługo okazało, morderstwo, opisano w międzystanowej gazecie jakiś miesiąc temu. Od razu historia wydała mi się dziwna, jednak wolałam nie posyłać tam nikogo w ciemno, nie wiedząc, czy nie była to czasem robota jakiegoś cholernego rzeźnika z zaburzeniami osobowości lub kogoś podobnego. Tak więc, odłożyłam tę sprawę na bok,  czekając na dalszy przypływ informacji… I nic. Ani w gazetach, ani w Internecie nie pojawiło się nic, co wyglądałoby na w jakikolwiek sposób powiązane z tym pierwszym morderstwem. A przynajmniej nie do przedwczoraj. Okazało się, że w przeciągu ostatniego miesiąca w obrębie pogranicza dwóch stanów, Pennsylvanii i Delaware, dopuszczono się czterech identycznych porwań oraz morderstw, tyle że policja starała się te wydarzenia ukrywać i nie nagłaśniać, ponieważ, jak oni to ujęli: „nie chciano budzić niepotrzebnej paniki wśród prostych obywateli” – skrzywiła się znacznie, jak gdyby właśnie wgryzała się w soczystą cytrynę. – Takie typy utrudniają nam jedynie robotę i tyle – zamarudziła jeszcze, zanim powróciła do głównego tematu. – Powiązania? Na początku od razu widać, że ktokolwiek lub cokolwiek zabija, skupia się na ofiarach tej samej płci. Strzelaj, Sherlocku.
- Niech zgadnę… Młode kobiety o długich blond włosach i dużych, niebieskich oczach? Klasyka – rzuciłem, podciągając jedną nogę na kanapę, aby móc oprzeć na kolanie swoją brodę.
- Chciałbyś – parsknęła, poprawiając coś przy sterczących z jednej z książek papierach. – Wszystkie ofiary to mężczyźni. Faceci w różnym wieku, wygląda na to, że mordercę nie za bardzo interesuje ten aspekt. Najstarszy miał sześćdziesiąt trzy, a najmłodszy dziewiętnaście.
- Hmm… - mruknąłem, natychmiast zaczynając przeszukiwać swoje wspomnienia w poszukiwaniu czegoś, co pasowałoby lub kojarzyło się mi z podobną sprawą. – W jakiś sposób zostali zabici? Jakieś znaki szczególne?
- Czytasz mi w myślach. Otóż ciała ofiar za każdym razem zostawały odnalezione mniej więcej po dwudziestu czterech godzinach od momentu uprowadzenia. Najczęściej w miejscowych parkach, gdzie znajdowali je przypadkowi przechodnie. Jedno z ciał znalazła nawet ośmioletnia dziewczynka, która była akurat ze swoją nianią na spacerze. Kobieta zwyczajnie jej nie upilnowała i mała pobiegła za jakimś bezdomnym psem pomiędzy drzewa, gdzie leżało ciało – mruknęła, pocierając ze zmęczenia czoło. – Ale skupiając się na najważniejszym – wszystkie ciała były dosłownie nienaruszone, nie miały nawet siniaków czy najmniejszych stłuczeń albo zadrapań, a przynajmniej tak napisano w jednym z artykułów. Będziesz musiał iść i sam je obejrzeć. Jedyna rzecz, jaka rzuca się w oczy u wszystkich ofiar, to cecha dość popularna wśród dzisiejszych polityków – rzuciła, przywołując na usta swój charakterystyczny szyderczy uśmieszek. – Każdej z ofiar brakowało kręgosłupa.
Momentalnie otworzyłem szeroko oczy, krztusząc się piwem, które akurat przełykałem. Prędko podniosłem się z oparcia i odstawiłem w połowie pustą butelkę na stolik.
- Kręgosłupa? – spytałem, ignorując drapanie w podrażnionym gardle.
- Kręgosłupa.
- Dosłownie?
- Dosłownie. I co? Dość interesująca sprawa dla ciebie, Casanovo? – mruknęła prowokująco, przechylając się wraz z krzesłem do tyłu, aby móc podnieść nogi w górę i oprzeć je na biurku, krzyżując w kostkach.
Wypuściłem z płuc całe mieszczące się tam akurat powietrze i splotłem palce obu dłoni, pochylając się lekko do przodu.
- Biorę ją – odrzekłem stanowczo, nie starając się nawet ukryć wyraźnej nutki ekscytacji przebrzmiewającej w moim głosie. – Co tam jeszcze masz?
Kobieta przechyliła się na krześle raz do przodu i raz do tyłu, przekładając kartki, które trzymała w obu dłoniach. Westchnęła cicho, teraz już wyraźnie zmęczona.
- Oprócz tego, że sprawa sama w sobie wydaje się być dziwna, nic. Mamy tylko te ciała pozbawione kręgosłupów oraz skołowaną bezradność tamtejszych władz. Żadnych śladów, żadnych odcisków czy najdrobniejszego szczątka materiału DNA sprawcy. Tyle – podsumowała zwięźle, odkładając papiery na biurko i krzyżując ręce na piersi.
Marszcząc brwi, wstałem sprawnie z kanapy, od razu rozpoczynając marsz ograniczony czterema ścianami pomieszczenia. Odruchowo także splotłem ręce, pozwalając im spokojnie spoczywać na moim torsie. Po kilkominutowej ciszy, podczas której dokoła roznosiły się odgłosy moich wolnych kroków oraz śpiewy ptaków dochodzące zza uchylonego okna, nie zatrzymując się, popatrzyłem w kierunku Claire. Wyglądało na to, że przez cały ten czas kobieta nie odrywała ode mnie swojego skupionego spojrzenia.
- Te obrażenia… Ludzie robią różne pokręcone rzeczy, więc nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście była to robota jednego z nich. Wydaje mi się jednak, że to rana powinna jak na razie zwrócić naszą uwagę oraz metoda… usunięcia tak dużego i ważnego fragmentu szkieletu z ciała. Czy w którymś artykule zostało napisane, jak morderca to zrobił? Mam na myśli, czy skóra była czymś ówcześnie przecięta, nim wydobyto ze środka kości? I czy kręgosłup był również wydobyty przy pomocy jakiegoś narzędzia, czy raczej… wyrwany? – dopytywałem, starając się wyciągnąć z dostępnych nam źródeł jak najwięcej nawet najdrobniejszych informacji, które pomogłyby nam złożyć przynajmniej część rzuconych przez media skrawków w jakąś mniej więcej spójną całość. Jeśli sprawa musiała zostać rozwiązana, nie mogliśmy pozwolić sobie na przeoczenie nawet, wydawałoby się, niewielkiego, nic nieznaczącego szczegółu.
- Chciałabym ci powiedzieć, że w którejkolwiek gazecie umieszczono choćby słówko na ten temat, ale niestety. Przeszukując sieć, także nie wpadłam na nic bardziej konkretnego. Najwidoczniej brak kręgosłupa w porzuconych gdzieś w parku zwłokach jest dla ludzi już dość szokujące. Albo rzeczywiście zbyt duże wrażenie zrobiło na nich prawdopodobieństwo, że gdzieś w okolicy czai się seryjny porywacz i morderca – odpowiedziała, sięgając w tym samym czasie po swoje piwo.
- Ach tak – mruknąłem nieprzytomnie, przyśpieszając nieznacznie kroku. – Żadnych świadków? Nikt nie widział sprawcy? Chociażby przelotnie?
- Oprócz osób, którym poszczęściło się na tyle, aby znaleźć ciała, nie. Ani jednego. Chyba że potrafisz rozmawiać z drzewami albo wiatrem. – Upiła kolejny łyk napoju, lekko mrużąc przy tym błękitne oczy.
- Rozumiem – mruknąłem cicho, starając się znaleźć jakiś punkt zaczepienia spośród dostępnych nam informacji. Niestety, wszystkie podejmowane przez moje zdolności dedukcyjne możliwe wersje wydarzeń nie trzymały się kupy, a przynajmniej nie na tyle, by uznać którąś z nich za chociażby w najmniejszym stopniu prawdopodobną. Już wtedy powoli docierało do mnie, iż może to być najtrudniejsza sprawa, jaką przyjdzie mi rozwiązać w całej mojej dotychczasowej łowieckiej karierze. Westchnąłem ciężko, unosząc brwi do góry i ponownie spoglądając w kierunku Claire. – Zgaduję, że tobie także nic w miarę sensownego nie przychodzi do głowy?
Kobieta zsunęła nogi z biurka, wstając z krzesła, by zaraz podejść do stolika obok kanapy i sięgnąć po kolejne piwo. Szybko i wprawnie otworzyła butelkę, odwracając się w moją stronę. Jej zmarszczone czoło oraz zaciśnięte w wąską linię wargi mówiły same za siebie.
- Jak już wspominałam, na początku wahałam się, czy to w ogóle jest sprawa dla nas. Przez ostatnie dwa dni szukałam każdej, nawet najkrótszej informacji na temat tych morderstw, choćby jednej małej wskazówki, czy to coś nadprzyrodzonego mogło maczać w tym swoje ohydne paluchy… Nic, Gerry, nie znalazłam nic. Mimo wszystko instynkt podpowiada mi, że coś tutaj śmierdzi. Oczywiście nie twierdzę, że jestem nieomylna, lecz uważam, że nie zaszkodzi ruszyć tam tyłka i sprawdzić, czy to czasem nie nasza rzecz. Jeśli okaże się, że jednak nie, najwyżej zejdziemy z drogi władzom, by same się tym zajęły – odrzekła, zaraz potem przykładając końcówkę szyjki butelki do ust i biorąc dość spory łyk.
- Masz rację… Więc nie ma na co czekać – odpowiedziałem natychmiast. – Zabiorę je ze sobą, okay? – rzuciłem, pokonując odległość dzielącą mnie od biurka i chwytając leżące tam artykuły dotyczące mojej nowej roboty.
- Jasne – odparła w przerwie pomiędzy pociągnięciami kolejnych łyków alkoholu. Nawet nie zauważyłem, kiedy opróżniła i tę butelkę, odstawiając z donośnym brzdękiem puste już naczynie na stolik. – Daj mi chwilkę, zaraz będę gotowa.
- Słucham? – odrzekłem z niezrozumieniem, odrywając wzrok od wyrazów, po których do tej pory błądził. – Chyba nie masz zamiaru…
- Och, przepraszam, kochasiu, zdawało ci się, że puszczę cię samego do takiej sprawy? – Popatrzyła na mnie z rezerwą, marszcząc brwi oraz opierając dłonie na biodrach, przyjmując tym samym zaciętą pozę z wypiętą piersią.
- Eeeem… - wyartykułowałem. – Claire, no proszę cię! Wydawało mi się, że już sobie to wyjaśniliśmy. Nie jestem dzieckiem, dam sobie z tym radę. Poza tym będziemy mieli ciągły kontakt telefoniczny, jak zawsze zresztą, więc o co chodzi? Myślisz, że nie poradzę sobie z tą robotą? – uniosłem się nieznacznie, jednak na niej nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Nie o to chodzi, Gerry. Sam widzisz, że to coś innego niż zwykle. Od razu wiadomo, że jeden łowca sobie z tym nie poradzi będąc bez wsparcia.
- Claire… - rozpocząłem z uporem. – Będziemy w ciągłym kontakcie. Dam sobie radę. Po prostu… Zaufaj mi, okay? Jeśli zrobi się ostro, nie będę się wychylał, zadzwonię po ciebie i poczekam aż dotrzesz na miejsce – mówiłem, obserwując rosnącą na jej twarzy determinację. – Ech, posłuchaj mnie, Claire – odkładając ówcześnie papiery z powrotem na biurko, podszedłem do niej, lekko chwytając w obie dłonie jej ramiona. – Sama dobrze wiesz, że niemalże od zawsze pracuję sam i jeszcze nigdy nie przydarzyło mi się nic, z czym nie dałbym sobie rady w pojedynkę.
- No tak, ale…
- Żadne „ale”. Jadę tam sam i wszystkim się zajmę. Przyrzekam, że w razie czego poproszę cię o pomoc, okay? – zakończyłem, spoglądając wprost w jej oczy z oczekiwaniem oraz uporem nie do złamania.
Kobieta przez chwilę walczyła z moim spojrzeniem, lecz, ku mojemu zadowoleniu, ciężko westchnęła z rezygnacją i pokręciła głową.
- Nie wierzę, że pozwoliłam ci stać się takim samotnikiem - mruknęła pod nosem.
- To nie jest kwestia twojego wpływu, po prostu taki już jestem. I dobrze to wiesz – odrzekłem, uśmiechając się do niej serdecznie, na co odpowiedziała swoim klasycznym, teatralnym przewróceniem oczu. – To jak? Zjemy coś zanim ruszę w drogę? – napomknąłem, jak gdyby automatycznie klepiąc się po brzuchu i odwracając w kierunku lodówki. Zanim chwyciłem za rączkę  jej drzwiczek, usłyszałem za sobą cichy pomruk oraz dźwięki kroków.
- Za każdym razem, kiedy się u mnie pojawiasz, choćby przejazdem, po twoim wyjeździe muszę uzupełniać swoje zapasy co najmniej na dwa tygodnie do przodu – rzuciła, spoglądając na mnie wymownie, jednocześnie odpychając mnie swoim szczupłym biodrem od lodówki, by samej zajrzeć do jej środka.
- Oj, nie przesadzaj – mruknąłem niewinnie, zaglądając jej przez ramię. – Wcale nie jem aż tak dużo.
Kobieta chwyciła jedną z porcelanowych misek stojących na środkowej półce, które szczelnie przykryte były folią spożywczą, i cofnęła się do tyłu, czym również zmusiła mnie do postąpienia kilka kroków w tył. Zatrzaskując drzwi chłodziarki, odwróciła się do mnie przodem, w tym samym czasie zakładając wolną dłoń na swoje biodro.
- Tak ci się wydaje? Ponieważ ja akurat odnoszę wrażenie, że twój żołądek jest jak czarna dziura, która pochłonie wszystko, co tylko postawię ci przed nosem lub co „przypadkowo” wpadnie w twoje łapska, kiedy na moment spuszczę cię z oka, a ty z nudów zawędrujesz do mojej spiżarni – odrzekła bez choćby odrobiny pretensji w głosie, za to z wyraźnymi iskierkami rozbawienia rozjaśniającymi dobrze znane mi tęczówki.
Przybierając dumną pozę, wypiąłem do przodu pierś i uniosłem jedną brew w górę, spoglądając na Claire z powagą.
- A czego się po mnie spodziewasz, kobieto? Jestem dorosłym mężczyzną, który potrzebuję solidnej strawy, by móc porządnie...
- Jasne, kowboju! Lepiej siadaj już do stołu i przestań marudzić – wtrąciła się, szturchając mnie w bok, na co od razu zareagowałem wesołym śmiechem.
- Hej, tym razem sama zaczęłaś!
W odpowiedzi Claire pokręciła jedynie głową z pobłażaniem, stawiając trzymaną przez siebie miskę na kuchennym blacie. Zaraz potem sięgnęła do górnej szafki wiszącej naprzeciwko niej i otwierając ją, wyciągnęła za środka dwa białe talerze.
Zajmując miejsce przy niedużym, jeśli się uprzeć, trzyosobowym stole stojącym pod ścianą, obserwowałem jej poczynania podczas przygotowywania posiłku. Może i czekała mnie trudna i zagmatwana robota, jednak znając Claire, jak nigdy byłem pewien, że nie wyruszę na nią z pustym żołądkiem.




* vetale – (l. poj. vetala) potwory pożywiające się ludzką krwią, posiadają nadzwyczajną siłę, są jadowite (wydzielana przez nie trucizna ogłusza i unieszkodliwia). Często polują w parach, rzadziej samotnie. Jedyny sposób, aby je zabić polega na wbiciu srebrnego noża w serce i przekręceniu go.

** AC/DC – Back In Black

5 komentarzy:

  1. Ciekawe, bardzo wciągające i jak zawsze piękne opowiadanie. Nie wiem skąd się biorą tacy ludzie jak Ty, ale zdecydowanie ich za mało. Dokładne, przenikliwe opisy, idealnie dobrane słownictwo, boska postać Claire - już ją polubiłam xd fajny wątek z kręgosłupem i co najważniejsze: nie mam uwag. Czekam na więcej, bo naprawdę jest na co. ;)

    ~ Seaya.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybacz, że nie skomentowałam poprzedniego posta, ale naprawdę nie mam za wiele czasu. teraz w wolnej chwili zasiadłam sobie do mojego ukochanego kompuerka i czytam *_* I czytam i naczytać się nie mogę. Te opisy! Ta fabuła! Te słownictwo! To wszystko! To wszystko sprawia, że twoje opowiadania są... mistrzowskie! Uwielbiam twój styl pisania i nie wiem, co mogłabym tu jeszcze powiedzieć... Czekam na kolejne części :D

    Weny życzę! :*

    XoXo

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny poczatek~!
    Szkoda, ze nie bylo Franka, ale ten Gerard bardzo mi sie podoba. Zadziorny charakterek~!
    Czekam na wiecej :)
    ~Psychedelic smiles

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, przepraszam, że dopiero teraz komentuję... nie chcę się tutaj usprawiedliwiać, ale kompletnie nie miałam głowy do komentarzy. Wybacz.
    Ale teraz już wróciłam do życia, przeczytałam i zabieram się za komentowanie.
    Bardzo podoba mi się koncepcja wykorzystania bazy do opowiadania z serialu Supernatural. Gerard jako łowca... Mrrr... Już go sobie wyobraziłam takiego brutalnego, bezwzględnego i nieziemsko wręcz seksownego w swoim ubraniu. Bardzo fajnie. Jedynie Franka mi brakowało, ale w dalszych rozdziałach na pewno się pojawi i już nie mogę się doczekać.
    Rozwaliła mnie łowczyni! Robiła za troskliwą matkę(jeśli mogę to tak nazwać w takich okolicznościach), ale jak przyszło do picia piwa i rozmowy o zabójstwach-była nieziemska. Już ją lubię!
    Całość bardzo przyjemne mi się czytało. Nie skupiam się na błędach, bo dopóki mogę czytać bez przeszkód to jest dobrze :)
    Niecierpliwie czekam na dalszy ciąg tego short story i dalsze rozdziały Twojego dłuższego opowiadania.

    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę, że nie tylko ja miałam poślizg z czytaniem i komentowaniem, mam nadzieję, że mi wybaczysz.
    Jak chyba już wcześniej wspomniałam, ogromnie podoba mi się pomysł połączenia frerarda z Supernatural, jestem wielką fanką i tego, i tego, więc taki mix jest dla mnie jak najcudowniejszy prezent świata.
    Wciąż mam ambiwalentne uczucia w stosunku do Claire i nie potrafię uzasadnić, dlaczego; z jednej strony ją lubię, jest świetnie wykreowaną postacią, ale z drugiej coś mi w niej nie pasuje. To pewnie mój mózg płata figle, nic wielkiego.
    Za to zakochałam się w Gerardzie. Podoba mi się jego styl, jego wypowiedzi, ich formułowanie. Porywa i zachwyca, aż chce się więcej. Jest jak taki wyrośnięty łobuz, zadziorny i głodny wrażeń, ale twardo stąpający po ziemi i niezwykle silny. Lubię takie charaktery. Nie mogę się już doczekać na kolejny rozdział! Mam nadzieję, że jakoś niedługo nam coś zaserwujesz?
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, kochana!
    xo,
    a.
    PS: Teraz cała moja twórczość, już uzupełniona o brakujące rozdziały, znajduje się tutaj: http://killspells.livejournal.com
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń