sobota, 30 listopada 2013

Chapter IV

Another truth you can never believe
Has crippled you completely.
All the cries you’re beginning to hear,
Trapped in your mind, and the sound is deafening

Frank

Drgnąłem lekko, gdy klamka po raz kolejny poruszyła się, lecz drzwi nie ustąpiły dzięki małej, metalowej zasuwce, która umożliwiała zamknięcie się od środka. Kroki i kolejne odgłosy upewniły mnie, że ktokolwiek próbował się tutaj dostać, odszedł w innym kierunku, sprawdzając następne drzwi i korzystając z wolnej kabiny. Głośne odgłosy chłopięcych rozmów i ich śmiech nie pozwalały mi się skupić, sprawiały, że mój umysł z trudnością pozwalał sobie na rzetelną ocenę całej sytuacji.
Drżącymi rękami sięgnąłem do torby leżącej na klapie zamkniętej toalety i z łatwością odszukałem w niej odtwarzacz oraz cholernie poplątane, czarne słuchawki. Starając się jak najszybciej doprowadzić je do stanu używalności, ciągnąłem i szarpałem, co przyniosło skutek raczej odwrotny do zamierzonego. Biorąc głęboki oddech, nerwowo poprawiłem się na chłodnej, twardej podłodze, do czego zmusiły mnie znacznie bolące już pośladki. Lekko panicznymi próbami udało mi się rozplątać cienkie kabelki i podłączyć je do odtwarzacza. Prędko wybrałem pierwszą piosenkę z listy i dociskając słuchawki w uszach, zamknąłem oczy, które do tej pory miotały się po drobnym obszarze łazienkowej kabiny. Oparłem czoło na podwiniętych pod sam brzuch kolanach, starając się skupić na muzyce, na słowach piosenki, a nie na tym, co znajduje się za cienkimi drzwiami. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, iż potwornie bolą mnie kostki, sprawiając wrażenie, jak gdybym niewiadomo kiedy i niewiadomo gdzie uderzył obiema nogami w bliżej nieokreślony przedmiot. Uchyliłem zatem powieki, by sprawdzić, co sprowadza na mnie tak intensywny ból i zaraz potem zaskoczony wciągnąłem głęboko powietrze, kiedy dostrzegłem na swoich kostkach własne dłonie, całe pobielałe przez siłę z jaką nieświadomie zaciskałem palce. Spokojnie rozluźniłem uścisk i podwinąłem nogawki czarnych spodni, aby po chwili ujrzeć czerwone, szerokie ślady powstałe na skórze i szybko opuścić materiał z powrotem na swoje miejsce. Opierając drżące dłonie na kolanach, czułem na skórze dotkliwe mrowienie, które z czasem zmieniło się w pulsujący ból zmniejszający swoją częstotliwość z upływem kolejnych sekund. Przymknąłem powieki, odchylając do tyłu głowę, wewnątrz której bez przerwy powtarzałem tekst utworu rozbrzmiewającego w słuchawkach.
Poprzednie dni upłynęły w zaskakującym jak na mnie spokoju. Oprócz zwyczajowych przygadywań, głośnych komentarzy krytyki i może kilkunastu obelg oraz paru mało niebezpiecznych poszturchiwań, nie wydarzyło się nic więcej. Wszelkie próby wyżycia się na pewnym chorobliwie niskim trzecioklasiście, którym na nieszczęście byłem ja, ustały i w ciągu kilku następnych dni od incydentu w męskiej szatni po lekcji wychowania fizycznego, żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały, by w najbliższym czasie miało stać się coś złego. Mimo to wciąż czułem się niepewnie i za każdym razem oglądałem się za siebie, podążając do toalety czy choćby kolejnej sali, w której według planu miały odbywać się moje zajęcia, w obawie, czy ktoś przypadkiem za mną nie podąża.
To było trudne tak nagle odzwyczaić się choć na chwilę od dużo wcześniej wyćwiczonych i utartych odruchów oraz zwyczajów. Niekiedy moje dłonie mimowolnie zaciskały się w pięści, serce i oddech przyśpieszały swój bieg, a na plecach pojawiał się zimny pot, gdy wychodząc po zajęciach ze szkoły ktoś, umyślnie lub nie, potrącał mnie, czy wymijając na chodniku przechodził zbyt blisko. Kiedy jednak okazywało się, że nikt ani nic mi w danej chwili nie grozi, nadal czułem się dziwnie osaczony, jak gdyby zaraz zza rogu miał wyłonić się wysoki, barczysty chłopak, który na swoich ramionach dzierżyłby ciężar bluzy o dwóch, najlepiej wszystkim znanych w tej szkole, kolorach.
Zdając sobie sprawę z moich poczynań, czułem się zażenowany. Z jednej strony, znając swoje dotychczasowe życie, wcale nie powinienem dziwić się swoim reakcjom, lecz mimo to wciąż nie potrafiłem powstrzymać ogarniającego całego mojego ciała uczucia wstydu. Całym ciałem – właśnie tak odczuwałem to nieprzyjemne doznanie, które zawsze potępiałem. Wstyd… Z bliżej nieokreślonych powodów zawsze myślałem, że tylko ja jestem na tyle beznadziejnym przypadkiem, by to jedno uczucie w ułamku sekundy, nie napotykając najmniejszego sprzeciwu, przejmowało kontrolę nad całym moim organizmem. Szybko zmieniająca się i łatwo wyczuwalna przeze mnie temperatura ciała, niekontrolowane drżenie dłoni, niemożność wyksztuszenia choćby słowa, pochylanie głowy niżej, aby włosy zakryły szybkie zmiany koloru skóry na mojej twarzy – podobnych reakcji było więcej, a to tylko kilka z nich. W niektórych przypadkach miałem nawet wrażenie, że cała zaistniała sytuacja była jakby oderwana od rzeczywistości, nieprawdziwa. W takich momentach wydawało mi się, że śnię, jednak wcale tak nie było.
Mimo tych kilku dni względnego spokoju, na każdej przerwie trwającej dłużej niż dziesięć minut znajdowałem swoje miejsce w męskiej toalecie, pomieszczeniu, którego ściany były jednym z najczęstszych świadków plucia przeze mnie krwią oraz kulenia się na zimnej podłodze, trzymając za obolały brzuch, jak zarówno jednym z najlepszych miejsc do ukrycia się w chwilach takich jak ta. W momentach, kiedy ogarniała mnie kompletna panika. Mogłem siedzieć pod ich nosem, lecz żaden z nich nigdy się nie domyślił. Ironia?
Po kilku minutach, w ciągu których udało mi się w miarę uspokoić, otworzyłem oczy wlepiając wzrok w mocno pozdzierany, czarny lakier pokrywający moje paznokcie. Czułem, jak podłoga drży, gdy ktoś przechodził obok wejścia, a przez kilkucentymetrową szparę pomiędzy jasnymi kafelkami podłogowymi a drzwiami, można było dostrzec drobny cień, który w ciągu sekundy znikał, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu, zupełnie jak moje własne życie.
Odchylając głowę bardziej do tyłu, byłem w stanie ujrzeć nieustannie świecącą, średnich rozmiarów lampę, wykonaną z przezroczystego szkła o mało wymyślnym wzorze. Bardzo dobrze widoczna przez obudowę żarówka niosła po kabinie blado-pomarańczowe, mdłe światło, które zamiast służyć, tylko mnie dekoncentrowało. Z wielką chęcią chwyciłbym za pierwszy lepszy podręcznik byle jakiego przedmiotu i wchodząc na toaletę, po prostu zakończył jej mało potrzebny komukolwiek żywot. Mimo to odwróciłem od niej po chwili wzrok, przez chwilę zmagając się z jasnymi plamami, które w bardzo nieprzyjemny sposób zamazywały rzeczywisty obraz przed moimi oczami. Z niechęcią rzuciłem okiem na tarczę zegarka zapiętego na moim lewym nadgarstku, aby dowiedzieć się, iż do końca przerwy pozostały mi dwie minuty. Oparłem powoli czoło o twarde kolana, przez następne sto dwadzieścia sekund modląc się do wszelkich nieistniejących bogów o to, by cała ta sytuacja okazała się być zwykłym, niemądrym żartem, który niedługo się skończy. Jednak nic nigdy nie dzieje się po mojej myśli, niewiadomo jak bardzo bym tego pragnął.
Koniec końców ciężko podniosłem się z podłogi, otrzepując spodnie i zawieszając torbę na ramieniu. Z ociąganiem wyłączyłem muzykę i schowałem odtwarzacz wraz ze słuchawkami w podręcznej kieszeni torby. Przykładając palce do drobnego zamknięcia, któremu zawdzięczałem te kilkanaście minut względnego „spokoju”, czułem jak moja dłoń drży. Czy na pewno chciałem stamtąd wychodzić? Naprawdę chciałem iść i dalej uczestniczyć w całym tym cyrku? Nie, nie chciałem. Ale czy miałem inne wyjście?
Toaleta była pusta, tak samo jak cały korytarz, którym nieśpiesznie podążałem na trwającą już od kilku minut lekcję. Wszędzie było cicho, jedynie raz na jakiś czas drobny szmer nieznanego nikomu pochodzenia rozpraszał wszechobecnie panującą ciszę. Czasami podchodząc bardzo blisko jednych z wielu drzwi dało się usłyszeć łaknący uwagi uczniów głos nauczyciela starającego się poprowadzić kolejną z rzędu lekcję.
Podczas zajęć korytarze zdawały się być o wiele bardziej obszerne niż w chwili, gdy zapełniały je masy uczniowskie, mimo to wciąż były tak samo nieprzyjemne jak zawsze. Ciche, osamotnione, jednak było w tym coś irracjonalnie niepokojącego, nad czym nie chciałem się nawet zastanawiać. Powietrze w tamtym miejscu było dziwnie ciężkie, trudno mi się nim oddychało już od pierwszego dnia spędzonego w tym budynku. Możliwe, że to przez te resztki sponiewieranych i zapomnianych historii zalegających od lat pomiędzy murami całego budynku, pozostawionych przez innych podobnych do mnie. Jeszcze kilkanaście miesięcy i moja historia także do nich dołączy, by dusić i drapać gardła kolejnych życiowych ofiar.
Bez pukania wszedłem do, jak mi się wydawało, odpowiedniej sali. Po zamknięciu drzwi, ignorując obecność nauczyciela jak i reszty osób w klasie, nieśpiesznym krokiem przebyłem drogę do jednego z niewielu wolnych krzeseł, by zaraz opaść na nie z cichym, lecz wciąż cierpiętniczym, westchnięciem. Cisza, która przez cały ten czas panowała w pomieszczeniu na moment została zastąpiona szeptami oraz przytłumionymi chichotami, aby po krótkiej chwili mogła zostać przerwana przez głośne chrząknięcie zirytowanego nauczyciela. Bez zbędnego zwracania mi uwagi lub marnowania czasu na wstawianie uwag albo odsyłania do dyrektora, po ponownym zwróceniu na siebie uwagi większości uczniów, wrócił do omawiania obowiązującego go dziś tematu.
W tym czasie oparłem plecy na twardym, drewnianym krześle, przymykając zaraz zmęczone oczy. Jedyne, co w tamtym momencie przychodziło mi na myśl, to deszcz. Głośny, gęsty, zdający się nie mieć końca deszcz, taki jaki słyszałem poprzedniego dnia. Ulewa, która zagłuszała nawet dźwięki wydobywające się z ustawionego prawie na maksymalną głośność sprzętu. Krople uderzające z zaskakującą siłą o szybę nie pozostawiały wątpliwości co do ich wielkości. Padało bez przerwy od prawie tygodnia. Gdy tylko włączałem telewizor, by zająć myśli czymś mało istotnym, natrafiałem na mało wybredne narzekania kolejnej prezenterki pogodny na panujące aktualnie warunki w całym stanie. Z jeszcze większym niezadowoleniem niż wtedy, kiedy naciskałem zielony przycisk na pilocie, wyłączałem telewizor. Nie rozumiałem tego. Jak można było narzekać na taką pogodę? Już będąc dzieckiem zauważyłem, że jako jeden z niewielu otaczających mnie ludzi lubię deszcz. Jego dźwięk, widok, zapach powietrza unoszącego się na zewnątrz podczas lub po mniejszej czy większej ulewie. Czas, w którym  niebo nad miastem stawało się ciemnoszare przez skumulowane w ciągu krótkiego czasu chmury, był dla mnie chwilą jako takiego wypoczynku. Psychicznego wytchnienia trwającego do momentu, kiedy na przemokłą do granic możliwości glebę nie spadła ostatnia zimna kropla, by zaraz wsiąknąć jak reszta w ziemię lub zmieszać się z brudną breją powstałej wcześniej w zagłębieniu na krzywym chodniku kałuży.
Kochałem patrzeć na deszcz, na hulający w gałęziach drzew wiatr. Zamykając się we własnym pokoju i siadając na wąskim parapecie, wyglądałem wtedy przez okno. Czułem się odcięty od wszystkiego. Od szkoły, matki, ludzi, rzeczywistości. Kiedy na zewnątrz panowały podobne warunki, miałem wrażenie, że nikt ani nic nie jest w stanie przeszkodzić mi we wmawianiu samemu sobie, że jestem bezpieczny, nikt mnie już nie dotknie, nie sprawi bólu. W zamkniętym na cztery spusty pomieszczeniu tworzyłem swoją własną alternatywną rzeczywistość, która w normalnym świecie nie miała najmniejszego prawa bytu. Obserwując kolejne krople lecące z nieba lub nagie gałęzie drzew uderzające o siebie raz po raz, na których dopiero niedawno zaczęły pojawiać się malutkie zielone pączki, potrafiłam przesiedzieć bez ruchu nawet kilka dni. Bez korzystania z toalety, lodówki czy łóżka. Mogłem żyć w swoim świecie do chwili, kiedy pogoda się nie uspokoiła, a świadomość, że niedługo znowu będę musiał wyjść wyżerała resztki mojego zdrowego rozsądku. Czasami nawet zdarzało mi się rozważać, czy nie lepiej byłoby po prostu wyjąć klucz z zamka, spuścić go w toalecie i nigdy więcej już nie opuszczać tego miejsca. Jedynego miejsca, w którym mogłem bez lęku oddać się własnym marzeniom, snom, pragnieniom. Koniec końców, gdy właśnie podnosiłem się z zajmowanego dotychczas miejsca, aby nareszcie wykonać swój genialny plan, głośne pukanie przywracało mnie do rzeczywistości. Tej prawdziwej rzeczywistości, od której nigdy nie udało mi się uciec na dłużej niż te kilkanaście deszczowych godzin. A co mi przeszkadzało w ucieczce na dłużej? Szkoła, szkoła, szkoła, szkoła, szkoła. Pieprzona szkoła. Jebany koszmar.
- Frank, szykuj się i schodź na dół. Dziś cię podwiozę – słyszałem zazwyczaj, ledwie zdążyłem się ocknąć.
Czy to wszystko zawsze musi być aż tak trudne?
Otworzyłem nieprzytomnie oczy, siadając prosto na średnio wygodnym krześle. Przez okno wyraźnie można było dostrzec wciąż wilgotną ziemię, jednak zupełnie inną pogodę niż tą panującą przez ostatnich kilka dni. Słońce w całej swej okazałości prezentowało się na czystym, błękitnym niebie, na którym brakowało choćby jednej małej chmurki. Jasne promienie rozświetlały całą klasę, sprawiając, że niektóre osoby odchylały się na krzesłach, by złapać jeden z nich, mogący choć trochę ogrzać ich zmarznięte policzki. Sam jednak nie miałem co do podobnego stanu rzeczy przyjemnych odczuć. Słońce oznaczało poprawę pogody, poprawa pogody - rozpoczynającą się wiosnę. Wiosna - wydłużenie dni ceną skrócenia nocy. Dłuższe dni – ludzie wychodzący z domów. Więcej ludzi – więcej wstydu, więcej strachu, więcej upokorzeń. Ładna pogoda wcale nie oznaczała lepszego samopoczucia, w moim przypadku było wręcz odwrotnie.
Starając się nie myśleć o tym, co czeka mnie w przyszłości, zwróciłem swoją uwagę na nauczyciela. Mężczyzna stał przy tablicy, pisząc coś na niej zawzięcie jedną ręką, a drugą agresywnie gestykulując, jak gdyby opowiadał jakąś naprawdę zawiłą historię. Co pisał? Co tłumaczył? Czego uczył? Historia? Język angielski? Nie. Geografia? Kiedy w pewnym momencie odwrócił się z powrotem w stronę ławek, mogłem mu się dokładniej przyjrzeć. Schludnie ścięte, lekko siwiejące już włosy, spiczasty nos, na którym zawieszone zostały okulary o prostokątnych szkłach. Znajoma twarz, znajomy głos. Tylko o czym on mówił? Potok słów wydobywający się z jego szerokich ust nie pozwalał mi rozróżnić poszczególnych zdań, wyrazów, nawet sylab. Czułem się, jak gdyby facet stojący na środku sali przemawiał do mnie zupełnie obcym językiem. A może właśnie tak było? Może to nie historia, angielski ani geografia, ale hiszpański? Tylko czy wtedy nie potrafiłbym zrozumieć ani jednego wypowiedzianego przez niego słowa? Nie, to na pewno nie był hiszpański.
Zanim udało mi się odgadnąć na jaką lekcję trafiłem, zadzwonił dzwonek. Jak cała reszta wyszedłem z klasy nawet na sekundę nie odwracając się w kierunku nauczyciela, który wykrzykiwał coś w naszą stronę na temat jakichś referatów czy esejów - kto go tam wie. Manewrując pomiędzy mnóstwem ludzi wychodzących na korytarz w tej samej chwili, ruszyłem w kierunku swojej szafki, by wziąć odpowiednie książki na kolejną lekcję. Uważając na to, aby nikogo nie dotknąć, dotarłem do celu prawie pod sam koniec przerwy. Wpisałem kod, wyjąłem z torby niepotrzebne książki i spakowałem inne, nie fatygując się, żeby sprawdzić do jakich przedmiotów były przeznaczone. Zatrzaskując drzwiczki, odwróciłem się w stronę, którą powinienem podążyć, gdy nagły oraz niespodziewany ból w plecach sprawił, że ugięły się pode mną kolana i upadłem na podłogę, a większość spakowanych wcześniej do nie zamkniętej torby podręczników oraz zeszytów wylądowała na ziemi obok mnie. W jednej chwili na korytarzu rozbrzmiał dziki szum składający się z wielu śmiechów chłopców, dziewcząt, może znalazłby się jeszcze jakiś nauczyciel. Zaraz jednak ponownie po budynku rozniósł się dobrze wszystkim znany dźwięk, któremu na kilka krótkich sekund udało się zagłuszyć to jedno wielkie zbiorowe rozbawienie. Zaraz potem wszyscy ruszyli bez pośpiechu do swoich klas, niezbyt przejmując się moimi rzeczami, po których zawzięcie deptano oraz kopano tak, że kiedy większość osób zniknęła już w swoich salach, niektóre zeszyty wylądowały na drugim końcu podłużnego pomieszczenia.
Zimna podłoga na korytarzu była brudna, jak gdyby nie myto jej przynajmniej od kilku dni, mimo to wcale nie miałem ochoty z niej wstawać. Czułem jak w mój policzek wbija się mnóstwo drobnych ziarenek piasku, które w mało przyjemny sposób drażniły moją skórę. Chciałem wrócić do domu, zamknąć się w swojej sypialni, zagłuszyć głośną muzyką to, co czułem, jednak nie miałem nawet siły, aby podnieść się z tego syfu. Spóźnienie na kolejną z rzędu lekcję nie miało już dla mnie najmniejszego znaczenia. Po prostu poleżę sobie tutaj i może uda mi się zdechnąć, zanim ktokolwiek mnie zauważy.
Ta sama cisza, której miałem okazję przysłuchiwać się już wcześniej tego samego dnia, ponownie otoczyła cały mój organizm. Było mi zimno od tej podłogi, od tej ciszy, od tego wszystkiego. Nikły zapach jakiegoś środka czystości, który udało mi się wyczuć, dowodził, że jednak ktoś to miejsce sprzątał. Za każdym razem, gdy wypuszczałem z płuc powietrze, cały brud, piasek i kurz znajdujący się blisko moich rozchylonych ust, zostawał zdmuchnięty w stronę metalowej ściany tworzonej przez uczniowskie szafki. Przymykając powieki, miałem nadzieję, iż uda mi się choć na chwilę znaleźć się w innym miejscu. Na rozległej, zielonej łące. Na piaszczystej plaży. W samotnym, pachnącym lesie. Niestety, nie udało mi się. Chaos, jaki panował w moim umyśle, nie pozwolił mi uspokoić się ani na sekundę. Po chwili otworzyłem szeroko oczy, natychmiast podejmując jakąkolwiek decyzję. Oparłem dłonie na ziemi po obu moich bokach, podciągając się w górę. W miarę spokojnie usiadłem na posadzce, w tym samym czasie ocierając policzek z pozostałych w skórze drobinek piasku. Wolno zebrałem wszystkie rzeczy leżące dookoła mnie, pakując je sprawnie do torby. Kilka zeszytów porwało się, a na białych wcześniej kartkach widniały teraz szare ślady różnorakich podeszew, podręczniki w lepszym stanie, bo tylko z pozadzieranymi lekko rogami, nie prezentowały się wcale najgorzej. Uniosłem wzrok w poszukiwaniu dwóch brakujących zeszytów, które powinny znajdować się na końcu korytarza, z zaskoczeniem napotykając na swojej drodze zamiast oczekiwanych przeze mnie przedmiotów, parę czarnych, lekko zdartych glanów. Wędrując wzrokiem wyżej, dostrzegłem czarne rurki opięte ciasno na szczupłych, jednak zdecydowanie męskich nogach, zgrabne uda, koszulkę w czerwono-czarne szerokie pasy i narzuconą na szerokie barki skórzaną kurtkę.
Nie musiałem spoglądać na twarz tego człowieka, aby wiedzieć kim był. Zatrzymałem spojrzenie na znajomych zeszytach, które trzymał w swoich dłoniach. Zirytowany przymrużyłem powieki, wstając z podłogi i stając na własnych nogach. Nie obchodziło mnie, czy on także zamierza mnie uderzyć, powalić na ziemię, skopać oraz upokorzyć. Ruszyłem w jego kierunku, pozwalając, żeby przydługa grzywka zakryła większą część mojej twarzy. Bez słowa wyrwałem z jego dłoni swoje zeszyty, nie napotykając z jego strony żadnego sprzeciwu. Wyminąłem go bez trudu i wkładając przedmioty do torby, skierowałem się w stronę wyjścia ze szkoły.
Znowu to zrobiłem. Znowu nie dałem rady. Nie wytrzymałem. Naprawdę musiałem stamtąd wyjść. Nawet nie chciałem myśleć, jak zareaguje moja matka na wieść ile godzin lekcyjnych opuściłem w ciągu ostatniego miesiąca. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz spędziłem cały dzień na określonych w planie zajęciach, nie opuszczając choćby jednej godziny. Znając życie, nie był to dobry znak, lecz nie wtedy było mi o tym myśleć.
Naciągnąłem kaptur na głowę, jeszcze zanim wyszedłem na zewnątrz. On jako jedyny mógł pozwolić mi na ochronę przed niechcianymi promieniami słonecznymi. W dodatku pomagał mi także zakryć twarz.
Bez problemu opuściłem budynek, a zaraz także teren szkoły. Wychodząc z bramy, zatrzymałem się na chwilę, spoglądając w kierunku, który zawsze obierałem po wyjściu z liceum. Nie zrobiłem jednak tego, o czym myślałem przez ostatnich kilkadziesiąt minut, może kilka godzin. Zamiast skręcić w prawo i pójść dobrze znajomą mi drogą, bez większego wahania odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę przeciwną. Nie wiedziałem, gdzie idę, dokąd zmierzam. Nigdy nie chodziłem dużo po mieście i mimo że mieszkam w Newark od urodzenia, nie znam wszystkich jego zakamarków. Zawsze trzymałem się swojej okolicy, ulic, które zmuszany byłem przebywać w drodze do szkoły oraz sporej wielkości parku usytuowanego kilka przecznic od mojego domu. Część miasta, w kierunku której niosły mnie własne nogi, była mi kompletnie nieznana i w tamtej chwili czułem się z tym dziwnie komfortowo.
Na chodniku mijałem wielu ludzi, nie poświęcając im jednak najmniejszej uwagi. Po prostu szedłem przed siebie, nie zdając sobie sprawy, co działo się dookoła. Zachowywałem się jak lunatyk, którego nogi żyją własnym życiem. Nie panowałem nad tym, co robię. Nawet nie chciałem tego kontrolować, nie potrzebowałem.
Nie wiem, ile czasu chodziłem bez celu po całkowicie obcej mi okolicy, ani jakie budynki w trakcie swojej wędrówki minąłem. Ocknąłem się z tego transu dopiero, kiedy zdałem sobie sprawę, że już się nie poruszam. Stałem w miejscu na środku chodnika, a śpieszący się niewiadomo po co ludzie, mijali moją osobę, obrzucając ją tylko zdenerwowanym wzrokiem. Mimo że odzyskałem jako taki zdrowy rozsądek, nie ruszyłem się z miejsca, tylko wciąż gapiąc na czubki biało-brązowych od piasku oraz kurzu trampek, próbowałem złapać głęboki oddech. W porównaniu do powietrza, którym zmuszony byłem oddychać dziś do momentu ucieczki z feralnego budynku, to było śmierdzące spalinami, zakurzone, lecz oddychało mi się nim lżej niż tym pierwszym. Zamknąłem oczy, wykonując kilka głębokich wdechów, jeden po drugim, by w końcu otworzyć oczy i spojrzeć trzeźwo na swoją sytuację.
Odruchowo rozejrzałem się dookoła, aby szybko dojść do wniosku, iż nie rozpoznaję choćby jednego budynku, nazwy ulicy lub twarzy kolejnej mijającej mnie osoby. Jedyne wyjście, jakie mi pozostało, to zawrócić i spróbować odtworzyć drogę, którą przebyłem po wyjściu ze szkoły. Miałem zamiar po prostu odwrócić się i odejść, gdy mój wzrok przykuł stary, drewniany szyld wiszący nad drzwiami budynku, przed którym cały ten czas stałem.
Drewniana, podłużna powierzchnia sprawiała wrażenie, jak gdyby miała za chwilę upaść na chodnik i roztrzaskać się na nim w drobny mak. Lewa strona wisiała niżej niż prawa, a deski na krańcach w wielu miejscach były uszczerbione. Napis z powodzeniem został zamazany przez sporą ilość rys oraz otarć, lecz mimo wszystko wciąż dało się go odczytać.
Z zaciekawieniem przeniosłem wzrok na wystawę składającą się z rozwieszonego kremowego płótna, na którym spoczywało kilka grubych, starych książek, ustawionych w taki sposób, by wyeksponować ich wiek oraz wartość merytoryczną.
Niezbyt często zaglądałem do podobnych miejsc, żeby nie powiedzieć nigdy. Jednak w tamtym momencie poczułem ciekawość, która nie pozwalała mi tak po prostu odejść. Jedną dłoń zaciskając na pasku torby, a drugą wyciągając do przodu, pokonałem te kilka kroków dzielących mnie od wejścia, by złapać za tak samo jak szyld starą klamkę. Drzwi zaskrzypiały ostrzegawczo, jednak ustąpiły bez problemu. Już podczas przekraczania progu do moich nozdrzy dotarł zapach starego papieru. Stare, stare, stare. Czy tam wszystko musiało być stare? Nie musiało, ale było i to właśnie od samego początku zwróciło moją uwagę. Każdy z przedmiotów znajdujących się w tej bibliotece miał swoją własną, unikatową historię. A ten zapach? Pełen nie poznanych jeszcze przeżyć, różnych tajemnic, tych małoznaczących, jaki i mrożących krew w żyłach sekretów. Nigdy wcześniej nie spotkałem się jeszcze z takim miejscem.
Kiedy drzwi za mną same się zatrzasnęły, odskoczyłem od nich zdezorientowany, po chwili przeklinając tylko swoją bezmyślność. Cały lokal był jednym wcale nie dużym, w porównaniu do innych bibliotek, pomieszczeniem, w którym długie i wysokie po sam sufit obustronne regały tworzyły bezkresny labirynt. Po prawej stronie, niedaleko wejścia, znajdowała się lada z gładkiego, ciemnobrązowego drewna, zza której na pierwszy rzut oka nie udało mi się dostrzec nic, oprócz podłużnej szafki z szufladkami oznaczonymi kolejnymi literkami alfabetu, w których najprawdopodobniej znajdowały się karty użytkowników wypożyczalni. Po lewej stronie za to stało kilka ciemnych, skórzanych foteli oraz drobnych dwu lub trzech osobowych sof do kompletu. Między miejscami do siedzenia ustawiono kilka niskich stolików z tego samego koloru drewna, z którego wykonane zostały regały uginające się pod ciężarem nieskończonej liczby książek. Na każdym spoczywał stosik gazet zapewne z ostatniego tygodnia. Pomiędzy meblami stało kilka mniejszych lub większych lamp mających na celu ułatwić czytanie.
W pomieszczeniu nie było nikogo, kogo byłbym w stanie zauważyć. Ostrożnie podszedłem do lady, jednak za nią także nikogo nie ujrzałem. Przez moment rozważałem nawet, czy nie powinienem kogoś zawołać. Może bibliotekarz lub bibliotekarka po prostu znajdowała się gdzieś między regałami, nie zdając sobie sprawy z mojej obecności. Z drugiej strony, to wciąż była biblioteka, miejsce, w którym od zawsze uczy się, że trzeba zachować względną ciszę oraz porządek. Nie długo musiałem się jednak zastanawiać nad tym, co powinienem zrobić. W pewnym momencie moich uszu dobiegł cichy dźwięk przybijanej pieczątki, więc wychyliłem się znad dość wysokiego blatu (kto to, kurde, projektował, olbrzymy?), by nareszcie ujrzeć czyjąś niską, lekko przygarbioną postać.
- Dzień dobry – szepnąłem, by zwrócić na siebie jej uwagę.
Niska kobieta oderwała wzrok od wykonywanej pracy i spojrzała na mnie uważnie zza okrągłych okularów. Przełknąłem mimowolnie ślinę pod wpływem jej spojrzenia, które wciągu sekundy stało się chłodne i nieprzyjemne.
- W czym mogę pomóc, młody człowieku? – zapytała, bezskutecznie próbując ukryć grymas niezadowolenia wkradający się na jej usta.
Przypominając sobie nagle o kapturze, zsunąłem go z głowy i poprawiając torbę wiszącą na ramieniu, odchrząknąłem cicho.
- Właściwie to chciałem się tylko zapytać, czy mógłbym się rozejrzeć między regałami. – Mój niepewny głos rozniósł się po pomieszczeniu, na co bibliotekarka tylko uniosła brwi w górę, jakby spodziewała się ode mnie co najmniej wyznania, że przyszedłem obrabować bibliotekę.
Jej surowy wzrok otaksował całą widoczną zza lady część mojej sylwetki, aby zaraz powrócić z powrotem do mojej twarzy i tak kilkukrotnie, co także dało mi trochę czasu, by móc się jej przyjrzeć.
Ubrana w typowe ubrania dopasowane do osób w jej wieku, czyli tak na moje niezbyt wprawne oko, około sześćdziesięciu lat. Długa do kostek, beżowa spódnica, granatowy golf oraz wystające spod materiału spódnicy czarne, wygodne buty na płaskiej podeszwie. Była bardzo niską osobą, niższą nawet ode mnie. Miała dość okrągłą sylwetkę, jak i twarz. Kasztanowe włosy z wieloma widocznymi siwymi pasmami upięte były w ciasny kok z tyłu głowy, a na jej twarzy widniał dość intensywny makijaż, na temat którego wolałbym się nie rozwodzić. Postukując końcówką długopisu o drewniany blat, przyglądała mi się z wciąż widocznym niezadowoleniem.
- Oczywiście, w końcu to biblioteka, jest dostępna dla wszystkich – powiedziała, przybierając fałszywie uprzejmy ton oraz marszcząc i tak mocno oznaczone już zmarszczkami czoło.
Nietrudno było wyczuć, jak bardzo nie podobała jej się tu moja obecność i zapewne, gdyby tylko mogła, bez wahania wywaliłaby mnie na zbity pysk. Niestety, nie mogła.
Kiwnąłem jedynie lekko głową i nie odwracając się ani razu, wszedłem pomiędzy pierwsze półki. Nie myśląc długo, ruszyłem dalej, chcąc znaleźć się daleko od tego, co znajduje się za drzwiami biblioteki oraz samej bibliotekarki. Nie minęło dużo czasu, gdy w końcu skręciłem w, jak się zaraz okazało, ślepą uliczkę, która kończyła się ścianą, a po obu jej stronach znajdowały się półki z książkami. Odetchnąłem głęboko przez nos, przyjmując w płuca wyjątkowo pachnące powietrze. Ściągając torbę i kładąc ją bezszelestnie na ziemi, sam usiadłem na drewnianych panelach, opierając plecy na chłodnej ścianie.
Chwili spokoju, tego wtedy potrzebowałem. Mimo chłodnego powitania ze strony starszej kobiety prowadzącej to miejsce, poczułem się tam trochę jak w swoim pokoju. Dookoła panowała cisza, jednak nie taka, jak na szkolnym korytarzu podczas lekcji. Ta cisza była taka lekka, w dziwny sposób oczyszczająca. Chowając się pomiędzy stertami starych książek, mogłem znowu poudawać, że wszystko jest w porządku, a moje życie jest takie, jak każdego innego siedemnastolatka, jakiego łatwo było spotkać na ulicy. Czułem się tam, jak gdybym znalazł się w zupełnie innym wymiarze, który w przeciwieństwie do świata, w którym musiałem żyć na co dzień, pozwalał mi egzystować bez wiecznie trwających podchodów. W normalnym świecie właśnie ta biblioteka stała się częścią mojej wielkiej ucieczki. Była jak schronienie, do którego mogłem przybiec, jeśli miałem już dość siedzenia we własnej sypialni. W tym miejscu mogłem robić to samo, co robiłem w swoich czterech ścianach, tylko tutaj byłem niemal pewien, że nikt mi nie przeszkodzi. W domu prędzej czy później pojawiała się moja wiecznie nieobecna matka, pracoholiczka, nagle przypominająca sobie, że ma jakiekolwiek dziecko oprócz swoich własnych projektów wykorzystywanych w firmie, w której była zatrudniona już od kilkunastu lat.
Przesunąłem torbę trochę dalej, by móc rozłożyć się na podłodze i oprzeć na niej głowę. Nie miałem zamiaru spać, zresztą nawet gdybym chciał, nie udałoby mi się to. Od dłuższego czasu miałem problemy ze snem. Trudno było mi zasnąć, a jeżeli w jakiś magiczny sposób mi się to udawało, budziłem się cały zlany zimnym potem po kilku marnych godzinach, choć nie pamiętałem, abym śnił jakikolwiek sen, a co tu dopiero mówić o koszmarze.
Wpatrując się w stojący kilka metrów dalej regał, nabrałem rzadko występującej u mnie ochoty na chwycenie obojętnie jakiej książki i zwyczajne utonięcie w jej treści, lecz nie miałem na to siły. Zamiast tego, podwinąłem kolana pod sam brzuch, obejmując je jednocześnie ramionami i przymknąłem powieki, z zadowoleniem odpływając w wyobrażenia mojego wymyślonego życia.
Jedyne, czego chciałem, to spokój.



________________________________________________________________

Sprawdziłam ten rozdział, jednak niezbyt dokładnie, a nie mam już siły, żeby po raz kolejny go poprawiać, więc za wszystkie błędy przepraszam.

4 komentarze:

  1. Bardzo mi się spodobał ten rozdział. Może i nie ma tu za dużo akcji, ale dzięki tej części mamy szansę bliżej poznać sposób myślenia Franka. To właśnie uwielbiam w Twoich opowiadaniach. Piszesz długie, ale zdumiewająco przejrzyste opisy zarówno uczuć bohaterów jak i sytuacji, które mają miejsce. Szczerze przeraziło mnie to jak Frank jest odizolowany od świata. To musi być dla niego na prawdę bardzo ciężkie, ale absolutnie nie dziwię się jego zachowaniem. Ofiary prześladowań (bo właśnie to postrzegam jako prześladowanie) bardzo często zachowują się w bardzo podobny sposób jak nasz Frankie. Szkoda mi go i mam nadzieję, że Gee już niedługo odmieni choć trochę jego samotną egzystencje. Chciałabym żeby już coś zaczęło się między nimi dziać, a jednocześnie bardzo podoba mi się to, że akcja jest rozwinięta, i że nie wrzuciłaś ich od razu do łóżka w wiadomych celach. Na prawdę podoba mi się, że opisujesz dużo więcej zdarzeń, niźli tylko sex. Co to by było za opowiadanie? Także, tak jak jest, jest na serio bardzo dobrze.
    Podobał mi się w tym rozdziale, chyba najbardziej, opis deszczu i to co on znaczy dal Franka. Ja sama podobnie go postrzegam przez co wiele osób uważa mnie za dziwaczkę. Tak samo jak Iero, kocham deszczowe dni i bardzo się cieszę, że właśnie deszcz postanowiłaś tutaj umieścić.
    Nie pozostaje mi nic innego jak tylko podziękować Ci za Twoją twórczość i wszystkie opowiadania, które już zamieściłaś.
    Pozdrawiam gorąco i życzę dużo weny i czasu :)
    ~Desire

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje ukochane opisy!
    Ależ mi sprawiłaś przyjemność tym rozdziałem, naprawdę. Wiele razy już mówiłam, że długie i szczegółowe opisy są bliskie memu sercu, a w szczególności te tak świetnie napisane. Mogłabym się rozwodzić wiekami nad Twoim piórem, a i tak pewnie nie byłabym w stanie w pełni wyrazić swojego uwielbienia.
    W napięciu czekam na jakąś akcję Frank-Gerard i nie mam tu na myśli niczego intymnego, bynajmniej - chętnie przeczytałabym mocną wymianę zdań. Wiemy, jak podchodzi do tego, że Gerard stara się mu pomóc i jak Gerard to widzi, po prostu nie mogę się doczekać, aż porozmawiają, pokłócą się, nakrzyczą na siebie, sama nie wiem, tyle razy już wyobrażałam sobie, co będzie jak Frankowi ostatecznie puszczą nerwy, co zrobi Gerard, czy spławi go pobłażliwym uśmiechem, czy jednak nie. Mam miliard scenariuszy w głowie i nie mogę się już doczekać rozwoju akcji.
    A z drugiej strony, mogłabym się wiecznie zachwycać długimi opisami uczuć i przemyśleń dotyczących wydarzeń, gdybań i planów, snutych gdzieś w leniwe popołudnia przy deszczowej pogodzie.
    Zauważyłam, że jeśli chodzi o Twoje opowiadanie, to jestem szczęśliwa jak dziecko, wszystko jedno co serwujesz - zawsze, gdy przychodzi do mnie powiadomienie o nowościach, żyję chwilą, w której mogę usiąść i poczytać coś, co sprawia mi tak wiele przyjemności.
    Niecierpliwie czekam na więcej!
    xo,
    a.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle Kot spóźnia się z komentowaniem, normalka ;_;.
    Chciałabym ci powiedzieć, że ten rozdział mi się podobał. Szczególnie przemówiła do mnie scena z Frankiem w łazience. Przyznam, że sama czasem chowam się w kabinach, zwłaszcza kiedy dopadnie mnie atak fobii, więc pod tym względem rozumiem Franka. Zastanawia mnie, co dalej będzie między nim a Gerardem. Z tego, co wnioskuję, czarnowłosy raczej nie zamierza się poddać :D.
    Czekam na następne części!
    xoxo Kot

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam wszystkie rozdziały i bardzo mi się podoba Twój styl jak i przedstawiona historia. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń