poniedziałek, 28 grudnia 2015

Chapter XIV

Am I to blame?
When the guilt and the shame hang over me
Like a dark cloud
That chases you down in the pouring rain


Gerard

Ciężko było oderwać wzrok od jego przeszklonych oczu. Zwłaszcza że był to tak naprawdę pierwszy raz, gdy mogłem swobodnie spoglądać w czekoladowe tęczówki dłużej niż kilka krótkich sekund. Nie byłem w stanie powstrzymać szczęścia, które na zewnątrz ujawniło się jedynie w postaci szczerego uśmiechu. Niedługo jednak dane mi było cieszyć się tą przełomową chwilą. W pewnym momencie Frank zamrugał kilkakrotnie i spuścił wzrok tym samym powodując, iż lekko przydługa grzywka opadła na blade czoło.
- Jak się czujesz, Frank? – zabrałem głos, spoglądając na jego zaczerwienione pod wpływem temperatury policzki. Choć rozmowa z nim była dla mnie bardzo ważna, nie potrafiłem dalej zachowywać się, jak gdybym nigdy nie zastał go w takim stanie, w jakim był poprzedniego dnia. Miałem nadzieję, że nie zignoruje ponownie tego pytania i odpowie.
Po krótkiej chwili Iero uniósł głowę, nie spoglądając jednak wyżej niż moja klatka piersiowa. Przez moment jakby wahał się, ale powoli rozchylił wargi, po czym dolną oblizał koniuszkiem języka.
- Nie jest najgorzej – wychrypiał, marszcząc przy tym brwi. Widocznie męczyło go chore gardło. W obie dłonie chwycił brzeg kołdry i lekko zacisnął na nim palce.
Przechyliłem się w kierunku jego szafki nocnej, łapiąc za kubek z kawą, który był już niemalże całkowicie zimny.
- Przyniosę ci coś do picia. Woda? Herbata? – zapytałem, powoli wstając z materaca i nie spuszczając chłopaka z oczu.
- Herbata – odpowiedział bez zwlekania, rzucając mi szybkie spojrzenie.
- Zaraz wracam.
Czułem na plecach jego wzrok od momentu, gdy tylko się odwróciłem. Udawałem, że nie zdaję sobie z tego sprawy i wyszedłem, zostawiając drzwi do połowy uchylone. Nieśpiesznie zszedłem po schodach i skierowałem się w prawo. Zastanawiałem się, czy Frank czuje się nieswojo z tym, że prawie obcy człowiek spaceruje sobie po jego domu, a jego kuchnię zna już prawie jak własną kieszeń. Westchnąłem cicho i podszedłem do zlewu, by wylać pozostałość zalegającą w kubku i sprawnie opłukać naczynie, zaraz potem wkładając je do zmywarki. Automatycznie sięgnąłem do szafki, w której znajdowały się czyste kubki, aby wyciągnąć jeden z nich i postawić na kamiennym blacie. Ciche stuknięcie idealnie zgrało się w czasie z szumem strumienia wody wydobywającej się z prysznicowej słuchawki. Podsłuchiwanie go w takiej sytuacji wydało mi się o wiele bardziej nie na miejscu niż zwykle, dlatego wyłączyłem się na wszelkie dźwięki pochodzące z piętra wyżej i chwyciłem za czajnik elektryczny, nalewając do niego zimnej wody. Oczekując aż ta się zagotuje, wyjąłem saszetkę zielonej herbaty z opakowania stojącego na blacie, pod ścianą i umieściłem w naczyniu.
Nieprzespana noc ani trochę nie dawała mi się we znaki. Wręcz przeciwnie – czułem się wypoczęty i pełen sił. Noc spędzona na czuwaniu nad Frankiem mimo niepokoju, który nadal mnie nie opuszczał, była wydarzeniem, którego nie zamieniłbym na żadne inne. Czułem, że przebywanie blisko siebie było czymś ważnym i potrzebnym nam obu, choć każdemu z innego powodu. Chciałem udowodnić mu, że nie jest sam, a już na pewno nie jest mi obojętny. Dzięki wydarzeniom z poprzedniego wieczoru i nadal trwającego poranka, nareszcie dostałem znak, iż moje starania nie poszły i nadal nie idą na marne.
Rozmowa, która miała miejsce kilkadziesiąt minut wcześniej, była niejako moją furtką oraz ogromnym krokiem do powolnego zyskiwania jego zaufania oraz budowania naszej relacji. Miałem nadzieję, że nie dałem tego po sobie poznać, lecz momentami musiałem powstrzymywać się, by nie powiedzieć zbyt wiele – nie napomknąć o tym, skąd tak naprawdę jestem, kim jest moja rodzina i co potrafimy. Pewnie pomyślałby, że ma do czynienia z obłąkanym. W końcu kto przy zdrowych zmysłach uwierzyłby w moje słowa, które paradoksalnie rzeczywiście byłyby prawdziwe? Kto uwierzyłby w jakieś historyjki o ludziach posiadających jakiekolwiek zdolności, których do tej pory uświadczyć można było jedynie na kartkach książek z gatunku literatury fantastycznej? Nikt. A może drugi obłąkany…
Odganiając od siebie podobne myśli, sięgnąłem po czajnik dający znać, iż woda osiągnęła już idealną temperaturę. Zalałem torebkę z herbatą i odstawiłem go na miejsce, a po krótkim wahaniu wyjąłem jeszcze jeden kubek, nasypałem do niego dwie łyżeczki kawy, również zalewając wrzątkiem. Dobrze znajomy zapach popieścił mój zmysł węchu i sprawił, że jeszcze przed wzięciem pierwszego łyka, poczułem ten smak w ustach. Nagle zdałem sobie sprawę, że już od dłuższego czasu miałem ogromną ochotę właśnie na kubek ciepłej i pobudzającej komórki mojego ciała kawy. Po prostu wcześniej jakoś nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.
Nie czekając aż napój wystygnie, chwyciłem ostrożnie rozgrzane naczynie i oparłem się pośladkami o szafkę, przy której stałem. Dmuchając w kubek, studziłem kolejne łyki, które spływały wzdłuż przełyku rozgrzewając mnie od środka. Od razu poczułem się silniejszy, a kąciki moich ust samoistnie powędrowały wyżej na znak zadowolenia. Tego mi było trzeba.
Po kilku łykach z błogiej pustki umysłowej wyrwał mnie cichy szelest. Moje spojrzenie padło w kierunku wejścia do kuchni dokładnie w tym samym momencie, gdy zza progu powoli wyłoniła się przygarbiona sylwetka. Chłopak miał na sobie szare, ciepłe spodnie, bluzę kangurkę z kapturem narzuconym na głowę, a na stopach grube wełniane skarpetki, bliźniaczo podobne do tych, które babcia dziergała nam w każdą zimę na drutach. Spod materiału kaptura wystawała część wilgotnych, „wysuszonych” na szybko ręcznikiem kosmyków. Zaskoczony tempem, w jakim uwinął się z kąpielą, odstawiłem kubek z kawą na blat i ustałem prosto, przestając tym samym opierać się o szafkę.
Frank zatrzymał się w przejściu i podniósł niepewnie wzrok, spoglądając na moją twarz nadal zmęczonym spojrzeniem. Był blady, jego oczy podkrążone, a oddech stał się odrobinę cięższy niż przed moim wyjściem z pokoju. Przez moment spoglądał na mnie trudnym do odczytania wzrokiem, lecz po krótkiej chwili przeniósł go na kuchenne okno, jak gdyby automatycznie splatając ręce na piersi. Na pierwszy rzut oka widać było, że z jakiegoś powodu czuje się zawstydzony.
- Usiądziemy w salonie? – odezwał się nagle cicho, zaskakując mnie w momencie, kiedy otworzyłem usta, by zapytać o to samo.
- Jasne – odpowiedziałem natychmiast, chwytając w tym samym czasie kubki z ciepłymi napojami. Chłopak widząc to, odwrócił się i ruszył we wskazane miejsce.
Salon znajdował się po prawej stronie od drzwi wejściowych, więc wystarczyło przejść przez kuchnię oraz przedpokój, by się tam znaleźć. Oboje usiedliśmy na białej, skórzanej sofie. Kubki postawiłem na szklanej ławie, stojącej niedaleko. Niemalże od razu chwyciłem za złożony na cztery koc, przewieszony przez oparcie mebla. Frank obserwował każdy mój ruch, choć starał się sprawiać wrażenie osoby niezainteresowanej całą toczącą się sytuacją. Rozłożyłem nakrycie sprawnie i wyciągnąłem je w kierunku Iero, spoglądając na niego swobodnie. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy, kiedy ten popatrzył na mnie lekko zaskoczony oraz zmieszany. Przez moment nie reagował, jednak po chwili odebrał ode mnie koc, nakrywając się nim do pasa i wciskając w kąt mebla, jednocześnie - jak to miał w zwyczaju – podciągając kolana pod sam nos.
- Dzięki – mruknął zachrypniętym głosem.
- Nie ma sprawy.
Podałem mu kubek z ciepłą herbatą, który odebrał bez wahania z mojej dłoni. Sam sięgnąłem po kawę, obserwując ukradkiem jak ten bierze solidnego łyka.
- Przynieść ci coś do zjedzenia? – zapytałem jeszcze, nie mogąc przestać myśleć o jego bladej twarzy i pogłębiających się cieniach pod oczami. Frank jednak pokręcił głową, spoglądając do wnętrza swego kubka. Nie chciałem, by pomyślał, że jestem natrętny, lecz mogłem założyć się, że oprócz kilku kęsów kanapki, które przełknął tego samego ranka, od dłuższego czasu nie jadł zupełnie nic. Już uchyliłem wargi, by postarać się jakoś go przekonać do posiłku, gdy po raz kolejny w ciągu kilku minut ubiegł mnie.
- Ja naprawdę… Nie jestem głodny – oznajmił spokojnie, spoglądając na mnie, nadal unikając jednak kontaktu wzrokowego dłuższego niż sekunda lub dwie.
- W porządku. Ale w razie czego daj znać. Chwila i coś upichcimy – oznajmiłem, uśmiechając się do niego (miałem nadzieję) pokrzepiająco. Zadowolony pociągnąłem dużego łyka kawy, obserwując na jego twarzy lekkie uniesienie kącików ust.
Oparłem się wygodnie i poprawiłem na miejscu, rozglądając ukradkiem dookoła. Pomieszczenie było bardzo jasne i urządzone w nowoczesnym, minimalistycznym stylu. Trzy ściany pokryte były kremowo-różową farbą, za to czwarta dzierżyła na sobie białą tapetę przyozdobioną gdzieniegdzie jasnofioletowymi kwiatami. Na samym środku stała sofa, naprzeciwko spory telewizor wraz z kinem domowym. Wspomniany sprzęt znajdował się na niskim, płaskim stojaku, który składał się z jednej szerokiej na mniej więcej dwadzieścia centymetrów szuflady. Po mojej prawej stronie wzdłuż niemalże całej ściany ciągnęło się szerokie okno. Pod nim stał okrągły stolik z kilkoma karafkami wypełnionymi różnego koloru alkoholami, dwa białe, skórzane fotele oraz wysoka roślina doniczkowa, której nazwy nie znałem. Po lewej ścianę podpierał ogromny, zdobiony misternie kredens. Górna część z przeszklonymi drzwiczkami ujawniała trzy półki, na których stały przeróżnego kształtu kieliszki oraz kryształowa zastawa stołowa. Na ścianach po obu stronach wejścia (co zaobserwowałem trochę wcześniej, z ciekowości zaglądając do pomieszczenia, gdy Frank jeszcze spał) wisiały dwa nie wyróżniające się niczym szczególnym obrazy przedstawiające mało ciekawe pejzaże. Salon był obszerny i urządzony znośnie, jednak beznamiętnie i - mimo kolorów - zimno. Na pierwszy rzut oka widać było, że należał on do kogoś, kto lubił robić wrażenie na innych zasobnością swego portfela. Każda rzecz w tym pomieszczeniu, niemalże w całym tym budynku, wyglądała jak żywcem wyjęta z jakiegoś drogiego magazynu dekoratorskiego. W tym domu jedynie pokój Franka był miejscem, w którym czułem się swobodnie i na miejscu. Mimo iż był to jego dom, odnosiłem silne wrażenie, że chłopak wcale nie czuł się tam dobrze.
Odruchowo spojrzałem w jego kierunku, przyłapując go na obserwowaniu mnie. Prędko uciekł wzrokiem w inną stronę, podnosząc kubek do ust i zaczynając pić. Uśmiechnąłem się do niego lekko, co zauważył po chwili i poruszył się na miejscu jakby niespokojnie. Jego oczy były pełne zmęczenia i chowającej się gdzieś w głębi niepewności. Upiłem łyka ciepłej kawy. Cisza panująca między nami nie była krępująca ani dla mnie, ani dla niego. Było po nim widać, że nie potrzebował rozmowy, by podtrzymać nić więzi, która urodziła się między nami tak niedawno. Co jakiś czas spoglądał na mnie, nie ujawniając jednak śladu jakiejkolwiek negatywnej lub pozytywnej emocji. Nie czułem się źle pod jego spojrzeniem, zdawałem sobie sprawę, że obserwowanie jest swego rodzaju sposobem na poznanie mnie.
Również podciągnąłem nogi na sofę, siadając w pozycji po turecku. Obróciłem się w lewą stronę, by móc siedzieć twarzą do niego. Nie miałem jednak zamiaru sprawiać, by poczuł się niezręcznie, więc starałem się nie gapić, choć momentami było to strasznie trudne.
Mimo że Frank czuł się już odrobinę lepiej, choroba wciąż męczyła jego organizm. Myśl o tym nie dawała mi spokoju. Momentami wahałem się, czy nie namówić go na powrót do łóżka i może ucięcia sobie drzemki. Choroba nie spowodowała a wyeksponowała jedynie wykończenie, które od kiedy tylko pamiętam mogłem dostrzec spoglądając czy to na jego twarz, czy na całą sylwetkę. Chciałem, żeby nareszcie mógł odpocząć, odprężyć się i odzyskać siły.
Kątem oka obserwując reakcję i sprawdzając tym samym, czy nie przekraczam granicy wyznaczonej przez Iero, przysunąłem się bliżej niego, siadając przodem do telewizora. Znieruchomiał na moment, lecz po chwili ponownie zbliżył kubek do ust, nie przestając spoglądać na mnie co jakiś czas. Sięgnąłem po pilota leżącego na stoliku przed sofą i włączyłem odbiornik. Ciszę przerwał nagle wyjątkowo piskliwy głos postaci z jakiejś kiepskiej kreskówki. Przeskakiwałem z kanału na kanał, poszukując czegoś wartego choć odrobiny uwagi, jednak natrafiałem jedynie na reklamy lub inne mało ciekawe bzdety.
- Trzydzieści dwa – usłyszałem nagle i odwróciłem się od migającego ekranu, spoglądając na mojego towarzysza z uniesionymi brwiami. – Wciśnij trzydzieści dwa – powtórzył zachrypniętym głosem, nie odrywając wzroku od telewizora.
Zrobiłem o co prosił, a gdy na ekranie pojawiły się znajome mi twarze, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Piosenka z czołówki „Przyjaciół” rozbrzmiała w pomieszczeniu nieco zbyt głośno, więc przyciszyłem dźwięk i odłożyłem pilota na jego poprzednie miejsce. Opierając się wygodnie, pociągnąłem łyk letniej już kawy.
Ucieszył mnie jego wybór, zwłaszcza że nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz oglądałem choć fragment odcinka tego serialu. Bardzo go lubiłem, jednak z wielu powodów rzadko do niego wracałem. Zdarzało się, że wraz z bratem potrafiliśmy wymęczyć dwa sezony dziennie. To były wspaniałe czasy.
Po kilku minutach Frank poruszył się, odstawiając pusty kubek na stolik. Wracając do poprzedniej pozycji, poprawił koc, by obwinąć się nim ciaśniej.
- Zimno ci? – spytałem odruchowo, lecz ten pokręcił jedynie głową, chowając połowę twarzy za okrytymi kolanami.
Bardzo cieszyłem się z tego, w jaki sposób potoczyły się konsekwencje mojej wczorajszej decyzji. Aż strach pomyśleć, że według początkowych planów, moja wizyta miała się nie odbyć. Złamałem własne postanowienie, ale cholera, cieszyłem się jak nigdy, że to zrobiłem. Moja decyzja, choć podjęta w atmosferze wewnętrznej walki oraz niezgodności, okazała się być czymś, co dało nam obu ogromną szansę.
Siedzieliśmy obok siebie, obserwując wydarzenia toczące się na ekranie do momentu aż drugi z rzędu odcinek nie dobiegł końca. W ciągu minionej godziny Frank ani razu nie wykonał żadnego gestu, ani nie zmienił pozycji. Co jakiś czas zdarzało mi się spoglądać na niego ukradkiem. Bez przerwy siedział skulony, z kapturem na niemalże suchych już włosach i wpatrywał się w odbiornik bez wyrazu. Na co śmieszniejsze fragmenty serialu nie reagował. Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe drugiego i zarazem ostatniego odcinka, odwróciłem się w jego kierunku. Nie zdziwiły mnie jego zamknięte oczy oraz wyrównany oddech. Trudno było powiedzieć, w którym momencie zasnął, jednak nie mogło się to stać wcześniej niż jakieś dziesięć lub piętnaście minut temu. Natychmiast wyłączyłem telewizor i najciszej jak potrafiłem, chwyciłem puste kubki, by wynieść je do kuchni i włożyć do zmywarki. Po powrocie zastałem go w tym samym stanie, jednak innej pozycji. Musiał poruszyć się przez sen, ponieważ jego głowa, która wcześniej spoczywała na podciągniętych kolanach, teraz znajdowała się na oparciu pod takim kątem, iż co jakiś czas posuwała się wzdłuż krawędzi, w kierunku podłokietnika. Przez moment zawahałem się, jednak ostatecznie uznałem, że lepiej będzie przenieść go w wygodniejsze miejsce i pozwolić na odpoczynek, po którym nie nabawi się bólu kręgosłupa.
Pochyliłem się nad nim i jednocześnie starając się przestać myśleć o zapachu jego płynu do kąpania, który zawirował w moich nozdrzach, wsunąłem powoli ręce pod jego kolana oraz plecy. Delikatnie uniosłem jego drobne ciało i przyciągnąłem do siebie. Na szczęście udało mi się wykonać tę czynność tak, aby chłopak nie przebudził się. Odetchnąłem z ulgą i przesunąłem rękę na jego plecach wyżej, by brązowowłosa głowa oparła się na moim ramieniu. Mimo że dobrze widziałem jak szczupły i drobny jest Frank, dopiero w tamtym momencie tak naprawdę dotarło do mnie, jaki jest lekki. Nie musiałem nawet użyć swoich umiejętności, by móc bez wysiłku podnieść go i utrzymać. Miałem wrażenie, że od poprzedniego razu, kiedy doszło do podobnej sytuacji, Frank schudł co najmniej kilka kilogramów. Fakt ten uderzył we mnie z taką siłą, iż przez moment stałem bez ruchu, nie mogąc złapać oddechu. Nawet pomijając morzącą go chorobę, martwiłem się o jego stan. Wiedziałem, że trzeba będzie pomóc mu odzyskać siły. Sam nie wydawał się bowiem skory do podjęcia działań mających na celu polepszenie własnego zdrowia.
Powoli ruszyłem w kierunku schodów, uważając, aby nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. W połowie drogi na piętro, Frank poruszył się nagle lekko. Zatrzymałem się w połowie kroku i popatrzyłem na jego zarumienioną od snu twarz. Zbłąkany brązowy kosmyk spoczywał na jego czole. W tamtej chwili pożałowałem, że nie miałem wolnej dłoni, by móc odgarnąć go do tyłu. Dotknąć ciepłej skóry… Odchrząknąłem cichutko samemu sobie i oderwałem wzrok od jego powiek, stawiając kolejne kroki. Przekroczyłem próg pokoju, od razu kierując się w stronę łóżka. Powolutku ułożyłem go na materacu i przykryłem kołdrą po samą brodę.
Oddychał równomiernie i spokojnie. Jego powieki co jakiś czas zaciskały się, by zaraz potem rozluźnić. Śniło mu się coś. Ciekawe co? – pomyślałem automatycznie, czując niezdrową ciekawość. Kaptur, który już dawno spadł z jego głowy, odsłonił roztrzepane kosmyki, które leżały teraz rozsypane na miękkiej poduszce. Wyglądał urokliwie i tajemniczo zarazem. Lekko uchylone różowe wargi czasami poruszały się nieznacznie. Sprawiały wrażenie miękkich i delikatnych, idealnych… Przełknąłem głośno ślinę, odwracając wzrok w inną stronę. Drzwi do łazienki były szeroko otwarte, więc podszedłem i zamknąłem je. Zdawałem sobie sprawę, że nie mogę wiecznie siedzieć przy nim i nie odstępować na krok. Nie chciałem, by miał mnie za nieznającego umiaru natręta bez krztyny taktu oraz wyczucia.
Powędrowałem wzrokiem w kierunku biurka i dostrzegając to, czego w tamtej chwili potrzebowałem, w kilku krokach pokonałem dystans dzielący mnie od krzesła. Zająłem po cichu miejsce, jedną ręką chwytając za długopis, a drugą za kawałek pustej kartki wydartej z zeszytu w kratkę. Zatrzymałem się na moment, zastanawiając, jakich słów użyć. Co napisać, by po przeczytaniu tego Frank po raz kolejny mnie nie zignorował, nie odrzucił. Po krótkiej chwili lekko drżącą dłonią, której nie potrafiłem uspokoić, napisałem kilka słów, po czym zgiąłem kartkę wpół, wstałem i podchodząc do łóżka, postawiłem opartą o lampkę nocną. Ostatni raz rzucając okiem na jego spokojną twarz, założyłem kurtkę nadal spoczywającą na oparciu krzesła, złapałem za talerz z pozostałością kanapek, który stał tam od rana, i wyszedłem z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Krótką chwilę zajęło mi umieszczenie talerza w lodówce i w ciągu kilku sekund przyklękałem już w przedpokoju, zawiązując sznurówki trampek. W tym samym momencie, gdy prostowałem plecy, usłyszałem niegłośny zgrzyt, a zaraz potem drzwi wyjściowe otworzyły się szeroko. Odwróciłem się w ich kierunku, spoglądając na kobietę, którą miałem nikłą przyjemność poznać poprzedniego dnia. Wyglądała tak samo jak wczoraj, zupełnie jak gdyby od tamtego momentu minęło pół godziny, a nie prawie cała doba. Jedyną różnicą były nieznacznie zmierzwione blond włosy.
Kobieta weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Zauważyła mnie dopiero, kiedy wyciągnęła dłoń z torebką, by postawić ją na niskiej szafce stojącej obok wieszaka na płaszcze. Nagle stanęła jak wryta, z ręką wyciągniętą we wspomnianym kierunku. Jej oczy powiększyły się, a usta rozchyliły w grymasie zdziwienia.
- A ty co tutaj robisz? – zapytała ostro.
Poprawiając kołnierzyk kurtki, przywitałem się, starając jednocześnie, by ton mojego głosu nie wyrażał tej samej niechęci, którą rzeczywiście czułem.
- Dzień dobry. Proszę się nie martwić, już wychodzę. Frank jest w swoim pokoju. Śpi – odrzekłem, robiąc krok do przodu.
Jej pokryte czerwoną szminką usta rozciągnęły się w podłużną linię. Z głuchym odgłosem postawiła torebkę na szafce.
- Jesteś tutaj od wczoraj?
Pokiwałem głową.
- Tak, ale nie musi się pani niepokoić. Wszystko jest na swoim miejscu, w kieszeniach mam jedynie własne dokumenty i klucze – odpowiedziałem uprzejmie, wyjmując z kurtki wspomniane przedmioty i prezentując je niczym aktor w reklamie.
Matka Franka popatrzyła na nie osłupiała, jednak po krótkiej chwili spojrzała na mnie hardo, poprawiając jednocześnie obcisłą sukienkę, która lekko zmarszczyła się na jej udach. Odchrząknęła cicho.
- No dobrze – rzuciła. – Frank nie wspominał… - urwała nagle, lecz szybko kontynuowała. – Zresztą nieważne. Widzę, że się już zbierasz. Nie będę ci w takim wypadku przeszkadzać.
- Zgadza się, już wychodzę – odrzekłem i ruszyłem w kierunku drzwi.
Odsunęła się od wyjścia, dając mi większą przestrzeń oraz stając niedaleko z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Obserwowała dziwnym wzrokiem jak łapię za klamkę i otwieram drzwi. Stojąc już jedną nogą na schodach, uchyliłem wargi, by się pożegnać, jednak zastygłem w połowie wykonywanych czynności. Jej widok rozpalił we mnie ogień. Ogień złości i frustracji, który do tej pory starałem się ujarzmić. Nie mogłem jednak wyjść tak bez słowa. Nie potrafiłem.
Obróciłem się w jej stronę, robiąc krok do przodu. Kobieta uniosła brwi zdziwiona, lecz nie zdążyła się odezwać, ponieważ zrobiłem to pierwszy.
- Frank jest chory – zacząłem, opanowując rozdrażnienie, które całą swoja siłą starało ujawnić się w moim głosie. – Frank jest chory, a pani zostawia go samego. Nie zabiera do lekarza, nie próbuje mu nawet w jakikolwiek sposób pomóc… Tylko zostawia go pani samego – przerwałem, biorąc głęboki oddech, by przezwyciężyć duszącą gulę rosnącą w moim gardle.
Blondynka stała nadal w tej samej pozycji. Jedynie jej twarz wyrażała jej emocje. Była zszokowana i wściekła jednocześnie.
- Kim ty sobie wyobrażasz, że jesteś, co? – wycedziła przez zęby.
- Na pewno nie kimś, kto dba jedynie o siebie! – wyrwało mi się głośniejszym tonem, jednak szybko opanowałem się. – Nie jestem osobą, która komukolwiek powinna mówić, jak wychowuje się dzieci. Nie jestem kimś, kto się na tym zna. Ale czy pani naprawdę nie widzi, w jakim on jest stanie? Czy naprawdę nie widzi pani…
- Och, nie przesadzaj, człowieku! To jest zwykłe przeziębienie! Nie będę latała przy kimkolwiek z ciepłą zupką i kocykami, bo złapał katar!
Patrzyła na mnie z autentycznym zdziwieniem i pytaniem na ustach w stylu „o co ci w ogóle chodzi?”.
Odetchnąłem głęboko, zaciskając dłonie w pięści. Czułem, że dyskusja z nią niczego nie zmieni. Niepotrzebnie zaczynałem całą tę wymianę zdań. Po prostu… Czemu ta kobieta była taka ślepa?
- Wie pani co? – Nie dałem rady powstrzymać cichego westchnienia. – Może gdyby przestała pani widzieć jedynie swoje sprawy i problemy, dostrzegłaby pani kogoś więcej niż nastolatka z przeziębieniem. Do widzenia – rzuciłem zimno ze zrezygnowaniem i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi.
Dopiero gdy wsiadłem do samochodu, ruszyłem z piskiem opon i znalazłem się daleko od domu Franka, zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Nie chciałem, by miał przeze mnie problemy. Przecież teraz jego matka najprawdopodobniej przeniesie swoją złość na niego. Tego obawiałem się najbardziej. Zamiast pomagać, jedynie dokładałem mu zmartwień.
Nie chciałem tego. Naprawdę nie miałem zamiaru wdawać się z nią w żadne dyskusje na jakikolwiek temat. Cała moja frustracja zwyczajnie osiągnęła punkt kulminacyjny i nie potrafiłem tego powstrzymać. Nie mogłem znieść świadomości, że rodzona matka traktuje go z taką obojętnością. Powinna być dla niego wsparciem, pomocą… A ona miała to wszystko za nic.
Zakląłem głośno, hamując gwałtownie, gdy dostrzegłem młodą dziewczynę z plecakiem wbiegającą na przejście dla pieszych. Rzuciła mi szybkie, przepraszające spojrzenie i pognała dalej w sobie tylko znanym kierunku.
Wziąłem kilka głębokich wdechów zanim ruszyłem i resztę drogi do domu starałem się uspokoić zszargane nerwy. Gdy nareszcie znalazłem się w swoim mieszkaniu, od razu włączyłem ekspres do kawy i przygotowałem czysty kubek. Wbiłem wzrok w skrawek szaro-błękitnego nieba widocznego przez okno, opierając się tyłem o szafkę. Po krótkiej chwili przed oczami pojawiły mi się jego przymknięte powieki, zarumienione policzki i klatka piersiowa poruszająca się w rytmie spokojnego oddechu. Wpatrywałem się ślepo w chmury płynące za oknem, myśląc jedynie o jego ciepłej skórze, rozluźnionej twarzy i zmęczonych oczach. Zapach szamponu zmieszanego z płynem do kąpieli zakręcił się w powietrzu zupełnie, jak gdyby Frank był zaraz obok.
Zastanawiałem się, o czym mógł teraz śnić.