niedziela, 27 sierpnia 2017

Chapter XV

Karma police I've given all I can
It's not enough
I've given all I can
But we're still on the payroll

Frank
           
To wszystko nie istnieje, dopóki nie otworzysz oczu. Zaryzykowałbyś nawet stwierdzeniem, że czujesz się dziś względnie dobrze. Do momentu, gdy otworzysz oczy. Kiedy spokój i lekkość nikną jak szkliste odcienie tęczy na unicestwionej mydlanej bańce. Chwilę balansowania świadomości między snem a jawą pragnąłbyś przeciągać tak długo, ile to możliwe. Najlepiej całą wieczność.
            Nie chciałem tego robić. Nie chciałem uchylać powiek choćby na milimetr. Mógłbym leżeć tak godzinami, dniami. Myśląc najlepiej o niczym. I pewnie tak bym zrobił, gdyby nie ból gardła, który nieznośnie przypominał mi o wydarzeniach z poprzednich kilku dni. O dziwo, był on  jedynym objawem, który pozostał ze mną po ostatniej nocy.
            Zastanawiałem się nad tym, co miało miejsce poprzedniego dnia. Nad tym, czego doświadczyłem, co widziałem i usłyszałem. Łagodna twarz Waya wciąż wracała do mnie, zupełnie jak gdybym siedział na karuzeli, a on stał zaraz obok. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Mimo iż wracając pamięcią do jego osoby, nie czułem już niechęci, a dystans do niego wyraźnie się zmniejszył, nadal czaił się we mnie lęk. Odczuwałem wdzięczność, że został ze mną, pomógł mi i nie oceniał, jednak niepokój burzył wszystkie dobre scenariusze przyszłych wydarzeń, które układałem w głowie od momentu przebudzenia. Scenariusze naszego kolejnego spotkania. Bałem się tego, co będzie. Czy dam radę stanąć z nim twarzą w twarz i nie czuć się jak ostatnia ofiara losu? Czy uda mi się spojrzeć mu prosto w oczy i nie odwrócić wzroku? Czy powinienem sam do niego podejść, czy może czekać aż on sam wybierze właściwy moment? Co powiem, gdy go spotkam? Powinienem mu podziękować lub raczej przeprosić? A co jeśli wcale nie będzie chciał ze mną rozmawiać? Co jeśli będzie udawał, że mnie nie widzi, tak jak cała reszta?
            Nabrałem głęboko powietrza, momentalnie zdając sobie sprawę, że moje gardło było zbyt mocno zaciśnięte. Myśli, które w bardzo szybkim tempie zmieniały się z tych lepszych na gorsze i na odwrót, tworzyły bałagan, którego nie byłem w stanie w tamtej chwili ogarnąć. Pomimo prób zorganizowania ich w jakiś sensowny porządek, z sekundy na sekundę były one coraz bardziej nieskładne. Poczułem nagle, że muszę wstać, podnieść się i wyjść z łóżka. To był jedyny sposób na choć chwilowe oderwanie się od tych rozmyślań. Otworzyłem więc szybko oczy, napotykając przed sobą natychmiast biel sufitu. Podniosłem się powoli do siadu, obawiając się zawrotu głowy, jednak nic takiego nie nadeszło. Czułem się nieźle – po gorączce i bólach mięśni nie było już śladu i rzeczywiście jedyne, co pozostało, to drażniące drapanie w gardle. Starałem się nie zastanawiać, jak dostałem się z salonu, czyli miejsca mojego pobytu wczorajszego popołudnia, do pokoju, ponieważ wprawiało mnie to w zażenowanie. Poczułem nawet przez krótki moment, że moje policzki robią się cieplejsze.
            Zdawałem sobie sprawę, że na pewno nie ma go już w domu, lecz mimo wszystko rozejrzałem się za jakimikolwiek znakami jego obecności. Nic jednak nie zwróciło mojej uwagi prócz bluzy, która wisiała od kilku dni na krześle przy biurku. Wiedziałem, że zostawił ją celowo. Najprawdopodobniej, aby mieć pretekst do nawiązania rozmowy, co w tamtej chwili lekko podniosło mnie na duchu. Zaraz jednak zwątpiłem w tę wersję wydarzeń dochodząc do wniosku, że sam musiał być zmęczony i ją po prostu przeoczyć.
            Wstałem więc z łóżka od razu chcąc podejść do szafy, gdy w tym samym momencie drzwi do pokoju uchyliły się powoli. Zastygłem wpatrując się w kobiecą sylwetkę mojej matki, która nie spodziewając się chyba tego, że wstałem, popatrzyła na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Staliśmy tak przez moment w ciszy. Każde z nas uchylało kilkakrotnie wargi z zamiarem rozpoczęcia rozmowy, lecz nie wiedząc, co właściwie powiedzieć, patrzyłem jedynie na jej umalowaną twarz.
            - Zz… Zrobię nam śniadanie – powiedziała nagle chwytając za klamkę.
            - Dobrze – odparłem automatycznie, choć pewnie użyłbym tej odpowiedzi czegokolwiek by nie powiedziała.
Obserwując, jak znika w otchłani korytarza, słuchałem jej cichych kroków. Gdy schodziła po schodach, kilka drewnianych stopni zaskrzypiało niemalże bezgłośnie, odbijając się echem w ciszy, jaka ponownie zapadła.
            Tak naprawdę nie wiedziałem, co myślę na temat sytuacji sprzed sekundy. Nie wiedziałem, co powinienem myśleć. Uznanie, że jej słowa oraz zachowanie mnie zdziwiły, byłoby niemałym niedopowiedzeniem. To było dziwne słyszeć u niej podobny ton głosu. Ton, który najczęściej przepełniony był irytacją czy zdenerwowaniem, niespodziewanie ujawnił się w tak niepewnej formie. Na dodatek poprzez jedynie trzy proste, mało znaczące z punktu widzenia obserwatora słowa. To było dziwne. Po prostu dziwne.
            Podskoczyłem nagle słysząc głośny, zlokalizowany na zewnątrz trzask. Zdezorientowany stałem przez krótki moment gapiąc się w uchylone okno, jednak szybko otrząsnąłem się i podszedłem do szafy. Wyjąłem jakąś spraną koszulkę, byle jakie spodnie oraz bieliznę, przy okazji robiąc na półkach jeszcze większy bajzel i wszedłem do łazienki. Po zamknięciu drzwi na zamek, rzuciłem czyste ubrania obok umywalki. Moje spojrzenie bez udziału woli powędrowało w kierunku białego materiału wiszącego na jednej ze ścian, lecz szybko odwróciłem od niego wzrok, myśląc jedynie o tym, by nie spadł. Po kilku głębokich wdechach rozebrałem się do naga i wszedłem pod prysznic natychmiast odkręcając ciepłą wodę.
            Mimo iż starałem się nad tym nie zastanawiać, wciąż powracała do mnie wizja mojej matki stojącej w fartuszku przy kuchence i pilnującej garnka z mlekiem, które gotowała do płatków śniadaniowych. Albo z uśmiechem na twarzy mieszającej drewnianą łyżką jajecznicę na patelni. Wyobrażenia te były tak nieprawdopodobne – żeby nie powiedzieć groteskowe – że mimowolnie parsknąłem cicho pod nosem. Zrobię nam śniadanie. O ile mnie pamięć nie myli, to był pierwszy raz, kiedy usłyszałem od niej podobne zdanie. Bardzo rzadko jadaliśmy razem śniadania lub jakiekolwiek inne posiłki. Oczywiście jeśli za wspólny posiłek można uznać fakt, że siedząc przy stole i dłubiąc w kanapce, którą sam sobie zrobiłem, obserwowałem ją stojącą przy blacie i pijącą warzywną papkę z blendera uważaną przez nią za śniadanie.
            Odkaszlnąłem głośno, gdy poczułem drażniące drapanie w gardle i chwyciłem za płyn do kąpieli. Musiałbym nie znać swojej matki, by nie przypuszczać, że z dużą dozą prawdopodobieństwa postawienie mi kubeczka z jogurtem na stole i wyjście do pracy było jej wersją „zrobienia nam śniadania”. I szczerze mówiąc takiego właśnie widoku osamotnionego jogurtu lub kanapki na talerzyku spodziewałem się po zejściu na dół. Przestałem więc roztrząsać tę niefortunną wymianę słów, do której zapewne by nie doszło, gdybym jeszcze spał (lub chociaż udawał), gdy zajrzała do mojego pokoju. Odetchnąłem głęboko odchylając się i opierając plecami o chłodne kafelki. Pomimo że fizycznie czułem się o wiele lepiej w porównaniu do ostatnich kilku dni, nadal nie czułem się na siłach, by znowu wyjść na zewnątrz. Przetrwać drogę do tej śmiesznej szkoły, wejść do niej i spędzić kolejnych kilkadziesiąt minut w zamkniętej kabinie toalety. Nie chciałem tam wracać, choć gdzieś z tyłu czaiła się myśl, że właśnie tam muszę się udać, by spotkać Waya i… No właśnie, i co? Wydawało mi się, że chcę z nim porozmawiać. Nieważne, o czym. Po prostu spotkać go na korytarzu lub przed szkołą i chociaż przywitać się jak z kolegą, którego nigdy nie miałem. Tylko, co jeśli zacznie wypytywać, żądać wyjaśnień w kontekście poprzednich kilku dób. Co mam mu powiedzieć? Co powiedzieć, żeby się wytłumaczyć? Już teraz zapewne ma mnie za jakiegoś dziwaka. Może nawet świra. W końcu tylko świr biegłby przez pół miasta w piżamie, na dodatek w środku nocy po to, żeby przespać się u obcego człowieka na kanapie. Tylko że wtedy nie liczyło się dla mnie nic prócz tego, żeby być w jego pobliżu i przestać czuć to, co czułem. Ale wiadomo, że nie mogłem mu tego powiedzieć. Przecież pewnie wyśmiałby mnie albo wysłał do specjalisty z oddziału psychiatrycznego w najbliższym szpitalu.
            Nie chciałem wracać dziś do szkoły. Znowu czuć ten strach i smród brudnej męskiej toalety. Poczułem nagły skurcz w brzuchu i pomyślałem, że zaraz zwymiotuję. Szybko włożyłem głowę pod strumień i przekręciłem kurek z zimną wodą. Na szczęście nieprzyjemne uczucie po krótkiej chwili odeszło, a skurcze osłabły aż w końcu całkowicie odeszły. Spróbowałem przypomnieć sobie, jaki jest dzień tygodnia, jednak nie miałem zielonego pojęcia. Ile dni leżałem chory w łóżku? Ile czasu przespałem? Dzień, dwa czy może pięć? Nagle zdałem sobie sprawę, że tego nie wiem.
            Gdy spłukałem z siebie całą pianę, zakręciłem wodę i wyszedłem z kabiny. Nie zwracając większej uwagi na powiększającą się mokrą plamę pod moimi stopami, wytarłem powoli włosy, a potem całe ciało. Włożyłem na siebie powoli czystą koszulkę i dresowe spodnie z nadzieją, że nie będę zmuszony wychodzić tego dnia z domu. Gasząc światło wróciłem do pokoju, jednak zatrzymałem się zaraz po przekroczeniu progu. Nie byłem pewien, czy chcę schodzić na dół. Może lepiej  by było, gdybym zaczekał aż moja matka zatrzaśnie za sobą drzwi, wsiądzie w samochód i odjedzie do pracy. Nie rozumiałem tego, co się działo. Czułem jednocześnie zdziwienie, jak i niepokój oraz dziwną ciekawość, która jednak sprawiała, że miałem nieprzyjemne przeczucie. Wahając się usiadłem na łóżku i zamknąłem oczy. Starałem się skupić na tym, czy z kuchni wydobywają się jakieś dźwięki. Po kilku sekundach bezruchu usłyszałem stukot naczyń stawianych na stół. Odetchnąłem głęboko powtarzając sobie w duchu, że wszystko jest w porządku. Mimo iż nadal dręczyła mnie myśl, że nie wiem czego powinienem się spodziewać, ustałem na równe nogi. Podszedłem jeszcze do szuflady, by wyjąć z niej skarpetki i założyć je na chłodne stopy. Następnie po cichu wyszedłem z pomieszczenia, by powoli zejść po schodach piętro niżej.
            Już krocząc po kolejnych schodkach do moich nozdrzy docierały zapachy świeżo zaparzonej kawy oraz podpieczonych tostów z serem. Pomimo tego, że było to bardzo przyjemne doznanie, zdziwiłem się po raz kolejny. Moja matka nigdy nie jadła czegoś takiego. Jej dieta ograniczała się do warzyw, odrobiny mięsa kurczaka, równej odrobiny nabiału, czerwonego wina i jeszcze raz warzyw – surowych, zmiksowanych, ugotowanych itd. Od kiedy pamiętam miała obsesję na punkcie swojej wagi oraz figury i zawsze twierdziła, że tylko taka dieta jest dla niej odpowiednia. Nigdy nie rozumiałem, jak można było wiecznie jeść tylko warzywa i warzywa. Nie wspominając o tym, że sam widok jej zmiksowanych „posiłków” nie raz powodował u mnie zanik apetytu na cokolwiek.
            Zatrzymałem się na kilka sekund u dołu schodów i po paru głębokich wdechach przekroczyłem próg kuchni. Na początku nie zauważyła mnie stojąc tyłem do wejścia i przekładając coś w otwartej szeroko lodówce. Nie spuszczałem oka z jej pleców, w czasie gdy cicho podszedłem do stołu i chwyciłem prawą ręką za oparcie krzesła. Na blacie leżały już dwie podkładki, a na nich puste talerze, sztućce oraz dwa kubki. Sytuacja ta była na tyle dziwna i niekomfortowa, że nie wiedziałem, co właściwie robić, co mówić. Chciałem, żeby to ona zaczęła, abym mógł zorientować się, co skłoniło ją do tak niespotykanego w naszym domu posunięcia, jak wspólne śniadanie przy jednym stole. Przełykając ślinę przez mocno zaciśnięte gardło odsunąłem krzesło. Gdy mebel ten nieznacznie zaszurał o podłogę, odwróciła się i popatrzyła na mnie z uniesionymi brwiami.
            - O, już jesteś. Zrobiłam grzanki z serem – odparła tonem, którego nigdy dotąd nie słyszałem z jej ust. Ciężko mi określić, czy więcej było w nim udawanego spokoju czy wymuszonej uprzejmości. Zaraz potem chwyciła za dzbanek z kawą i postawiła go na stole.
            Niepewnie zająłem miejsce na krześle i obserwowałem, jak podchodzi do kuchenki, by zabrać stojący obok talerz z grzankami. Nie patrzyła na mnie, gdy podchodziła do stołu i stawiała go obok dzbanka z kawą, a zaraz potem nieśpiesznie zajmowała miejsce naprzeciwko mnie. W kompletnej ciszy nalała nam gorącego napoju, a odgłos odstawianego naczynia rozbrzmiał w całym domu niczym dzwon. Nie sposób określić, ile czasu siedzieliśmy tak w milczeniu – ja nie odrywając wzroku od jej kamiennej twarzy, a ona wpatrując się w jakiś punkt za mną, byle tylko na mnie nie spojrzeć. W którymś momencie odchrząknęła spoglądając na mnie przelotnie.
            - Zjedz choć jedną. Nie jesteś głodny?
            - A ty? – odpowiedziałem machinalnie. – Zjadłaś już? – zapytałem rzucając spojrzenie na talerz z tostami, których nigdy w życiu nie wzięłaby do ust.
            - Wypiłam tylko szklankę soku.
            Z zaskoczeniem obserwowałem, jak wyciąga rękę i chwyta za grzankę, by położyć ją na swoim talerzu, a zaraz potem za kolejną, by umieścić ją przede mną.
            - Dziękuję – odrzekłem i sięgnąłem po kubek z kawą. Zza uchylonego okna słychać było co chwila warkot silników, czasami śmiech lub rozmowy osób przechodzących ulicą. Kawa, mimo że gorzka, była ciepła i przyjemnie łagodziła drapanie w gardle. Po kilku łykach odstawiłem kubek obok talerza. Obserwowałem, jak podzieliła swoją grzankę na pół i bawiła się okruchami, jakby wcale nie miała przed sobą czegoś, co przeznaczone było do zjedzenia.
            - Kim był chłopak, który tutaj ostatnio przyszedł? – zapytała nagle nie odrywając wzroku od swojego talerza.
            - Kolega ze szkoły – odpowiedziałem po chwili wahania nie wiedząc właściwie, po co pyta. Nie wierzyłem, że ciekawiło ją to tak po prostu. Zawsze, gdy coś mówiła lub robiła, miała w tym jakiś konkretny cel. Tak naprawdę nie istniały między nami rozmowy o niczym. W tym przypadku nie wiedziałem jednak, co chciała osiągnąć wypytując o niego. Szczerze mówiąc wydawało mi się, lub też miałem ogromną nadzieję, że przemilczy ona jego obecność w tym miejscu. Nie chciałem tłumaczyć jej powodu jego zainteresowania moją osobą oraz faktu, że mnie odwiedził. Jednym z wielu moich motywów było to, że sam właściwie nie wiedziałem, czemu tak było.
            Popatrzyła na mnie wyraźnie ukrywając zdziwienie pod lekkim, bezwiednym uśmiechem. Jej palce wciąż bawiły się jedzeniem, a kubek z kawą stał nietknięty. Czekałem aż coś powie, gdy na dłuższą chwilę zawiesiła wzrok na mojej twarzy. Spodziewałem się jakiegoś głupiego komentarza lub kolejnego pytania tym razem pełnego pretensji, jednak ona jedynie poprawiła się na swoim miejscu i kiwnęła głową bardziej do własnych myśli niż do mnie. Pieczywo chrupnęło donośnie pod moimi zębami, kiedy odgryzłem kawałek grzanki i żułem ją przez moment. Dopiero w momencie, gdy poczułem smak jedzenia, dotarło do mnie, jak bardzo byłem głodny. Jakoś wcześniej głód i burczący brzuch nie zaprzątały moich myśli, lecz teraz dały one o sobie wyraźnie znać. Kontynuowałem więc spożywanie śniadania raz na jakiś czas częstując się łykiem kawy. Czułem na sobie ciężar jej wzroku, jednak nie miałem zamiaru się odzywać. W powietrzu wisiała niezręczna atmosfera oraz niewypowiedziane z jej ust słowa. Chciała coś powiedzieć, lecz hamowała się z jej tylko znanego powodu. Przez moment pomyślałem nawet, że może zdecydowała się na poważną rozmowę o mojej przyszłości, szkole i wyprowadzce. Nie miałem najmniejszego pojęcia, czego mogła ode mnie chcieć.
            - Nigdy wcześniej nikogo nie zapraszałeś – odezwała się cicho łapiąc za swój kubek i stawiając go przed sobą. Nie wzięła jednak nawet małego łyka trzymając jedynie za ucho naczynia, a łokieć drugiej ręki opierając o stół, aby podeprzeć dłonią podbródek.
            - Nie zaprosiłem go – odpowiedziałem spokojnie zgodnie z prawdą.
            - Acha. Myślałam, że… - przerwała nagle, jednak szybko dopowiedziała: - A, nieważne.
            - Jaki dziś dzień? – zapytałem po krótkiej chwili ciszy.
            - Środa.
            Powoli odwróciłem głowę, by spojrzeć na duży zegar wiszący na ścianie. Była godzina 12:43. Teoretycznie nie powinno jej tu ze mną być, zapytałem więc szybko: - Nie jesteś spóźniona do pracy?
             - Muszę być dziś tylko na konferencji po południu, a potem na spotkaniu organizacyjnym. Zaczyna się o 14, więc pewnie wrócę wieczorem albo w nocy – odpowiedziała, a ja jedynie wzruszyłem ramionami. Zawsze wracała do domu późno. Sięgnąłem po kolejną grzankę i od razu zacząłem jeść, aby tylko napełnić żołądek.
            - Właściwie muszę zacząć szykować się do wyjścia – rzuciła i od razu złapała za pełen talerz, z którego nie zjadła choćby kęsa oraz nadal pełen kubek. Zmasakrowane jedzenie wyrzuciła do śmietnika, a napój wylała do zlewu, by brudne naczynia włożyć do zmywarki.
            Wpatrując się w okno, za którym słabo świeciło słońce, nie zwracałem już uwagi na jej dalszą krzątaninę, gdy chowała coś do lodówki i szafek wiszących nad kuchennym zlewem. Kawa zdążyła już pobudzić większość komórek zmęczonego ciała, a moje myśli uspokoiły się. Nie zastanawiałem się już nad sensem i celem wspólnego posiłku, sądząc po prostu, że to jakaś zwykła fanaberia mojej matki, którą zaskoczył niespodziewany w domu gość. Mogłem założyć się, że ciekawiło ją zwyczajnie, jakim cudem ktoś taki jak ja znalazł sobie w końcu znajomego. Na dodatek takiego, który z własnej woli, bez specjalnego zaproszenia postanowił zobaczyć mnie gdziekolwiek indziej niż w szkole. Nie wiedzieć czemu, nagle poczułem jednocześnie ucisk w gardle oraz przemożną chęć parsknięcia śmiechem. Tylko czemu to tak bolało?
            Ocknąłem się z rozmyślań w momencie, kiedy poczułem ruch po mojej prawej stronie. Drgnąłem z zaskoczenia czując niespodziewany dotyk na ramieniu. Jej dłoń była lekka i ciepła, choć samo doznanie obce oraz niepewne. Odwróciłem głowę w prawo i podniosłem wzrok po to, by napotkać przed sobą osobliwe spojrzenie. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a było w nich coś, czego nie potrafiłem odczytać. Po chwili rozchyliła wargi, jakby chciała coś powiedzieć, lecz zawahała się i ostatecznie zacisnęła je przełykając ślinę. W tym samym czasie również milczałem nie mając pojęcia, jak się zachować lub co powiedzieć. Mimo że chciałem oderwać wzrok od jej oczu, nie mogłem tego zrobić. Spoglądałem w jej piękne niebieskie tęczówki, które wywiercały we mnie dziurę głęboką i prowadzącą nie wiadomo dokąd. Nie minęło dużo czasu, kiedy raptownie zabrała dłoń, odwracając wzrok w inną stronę. Otworzyłem bezwładnie usta chcąc się odezwać, jednak z mojego gardła nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Nim się obejrzałem, ona była już na schodach pośpiesznie wchodząc na górę i z nieznacznym trzaskiem zamykając za sobą drzwi do sypialni. W ułamku sekundy poczułem, jak moje gardło rozluźnia się, a z klatki piersiowej opada ogromny ciężar. Nabrałem głęboko powietrza, na krótki moment przymykając oczy. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że wszystkie moje mięśnie odruchowo napięły się zupełnie jakbym miał przed chwilą do czynienia z kimś, po kim mógłbym spodziewać się najgorszego. Ale czy właśnie tak w pewnym stopniu nie było? Sam nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Ledwo udało mi się otrząsnąć i zatrzymać natarczywe myśli dążące do odpowiedzi, aby móc przyzwyczaić się do tego, że ponownie zostałem sam. Tym razem jednak z dodatkowym ciężarem wielkiej niewiadomej, jakim była sytuacja sprzed minuty.
            Co właściwie miało miejsce? Nie byłem w stanie sobie tego wytłumaczyć. Nigdy dotąd się tak nie zachowywała i im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym większe miałem wrażenie, że to, co się stało, było jedynie wytworem mojej wyobraźni. Taką wersję niestety najłatwiej było mi przyjąć. Natychmiast złapałem za kubek z kawą, by dopić resztkę napoju. Wziąłem ostatnie kęsy posiłku i odsunąłem krzesło swobodnie wstając od stołu. Oddychając głęboko w celu uspokojenia nieznacznie drżących dłoni, odstawiłem dzbanek z kawą na jego stałe miejsce. Następnie poszedłem w ślady matki wkładając brudne naczynia do zmywarki. Pozostałe tosty schowałem w plastikowy pojemnik i położyłem w szufladzie na świeże pieczywo. Westchnąłem cicho opierając się tyłem o kuchenną szafkę i zamknąłem powoli oczy. Z zewnątrz udało mi się usłyszeć krótki śmiech małego dziecka oraz pośpieszny tupot stóp kilku osób podążających najbliższym chodnikiem. Nieznośna myśl o tym, co czeka na mnie po drugiej stronie otaczających ścian, po raz kolejny powróciła zataczając koło w mojej świadomości. Poczułem nagły ból w klatce piersiowej, który zacisnął się wokół mostka. Po kilku sekundach odszedł jednak pozostawiając po sobie nieprzyjemne wspomnienie.
            Bez chwili zastanowienia ruszyłem w kierunku schodów, by pokonać jak najszybciej po kilka stopni na raz i ze znaczną ulgą zamknąć za sobą drzwi do pokoju. Niemalże biegiem pokonałem trzy kroki dzielące mnie od łóżka i od razu wskoczyłem na materac narzucając na siebie pomiętą do granic możliwości kołdrę. Zamrugałem zdezorientowany, kiedy poczułem wilgoć na skórze, a po policzkach potoczyły się pierwsze łzy. Bezwiednie zakląłem pod nosem ścierając je rękawem tak mocno, że aż zabolała mnie skóra. Czułem się jak idiota. Żałosny dzieciak, który niczego nie rozumie i nie potrafi zrozumieć, choć naprawdę chce. Nie wiedziałem nawet, czemu tak naprawdę płaczę. Jakoś udało mi się zatrzymać łzy napływające do oczu, choć nadal czułem gniew. Na siebie, matkę, ojca. Ale najbardziej nie dawało mi spokoju pytanie dlaczego taki jestem? Taki głupi i beznadziejny. Odwróciłem się twarzą do poduszki chcąc w nią tylko krzyczeć i krzyczeć. Jak najgłośniej. Jednak choć chciałem tego ponad wszystko, to nie mogłem. Z moich ust wydobył się jedynie żałosny jęk, a gardło zabolało zupełnie, jak gdybym połknął kilka żyletek. Miałem wrażenie, że rozpłatały one mój przełyk niczym papier, a ja sam do tego doprowadziłem.
            Nagle poczułem, że brakuje mi powietrza, więc odwróciłem się z powrotem na plecy zrzucając kołdrę z głowy. Chwytając za nadal bolące gardło podniosłem się do siadu i odwróciłem w kierunku szafki nocnej w nadziei, iż zastanę tam butelkę wody mineralnej. Otóż nie myliłem się, choć niemal od razu mój wzrok przykuł inny przedmiot, a dłoń podążająca już w stronę napoju zatrzymała się natychmiast. Oparta o lampkę nocną stała wyrwana z zeszytu w kratkę kartka. Z trudem przełknąłem ślinę. Wiedziałem, kto ją zostawił, aczkolwiek zdziwiłem się widząc to. Nie spodziewałem się czegoś takiego i poczułem się… dziwnie. Po krótkiej chwili skarciłem się jednak w myślach za tak bezmyślne reakcje i niepotrzebne przejęcie. Przecież to nie było nic takiego. Po prostu zwykła kartka, najpewniej z jakąś krótką małoznaczącą notatką.
            Powoli złapałem ją w dwa palce, ignorując jednocześnie złagodzone przez ślinę drapanie w gardle. Wziąłem jeszcze głęboki oddech, by uspokoić przyśpieszone bicie serca, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Bez zbędnego przedłużania otworzyłem ją i odwróciłem, by móc odczytać wcześniej ułożone do góry nogami litery. Na kartce napisane ładnym choć chaotycznym pismem widniały słowa: Wracaj do zdrowia i do zobaczenia niedługo! Gerard. Prześledziłem ten krótki tekst chyba kilkadziesiąt razy, zanim złożyłem kartkę z powrotem na pół. Z jakiegoś powodu poczułem irracjonalny spokój, a moje rozbiegane myśli zatrzymały się i skupiły tylko na tej krótkiej wiadomości. Nie wiem, ile czasu minęło, nim położyłem się na plecach i okryłem ponownie kołdrą. Z prawą dłonią wciąż zaciskającą się delikatnie na kartce papieru spoglądałem niewidzącym wzrokiem na sufit. Ciężko powiedzieć, jak bardzo żałowałem, że autora słów kołaczących się w mojej głowie nie było bliżej mnie. Z zaskakującą mnie przyjemnością starałem wyobrazić sobie, jak siedzi na krześle przy biurku kreśląc w pośpiechu po papierze.

* * *

Dookoła panowała niezmącona najmniejszym dźwiękiem cisza, gdy stałem u dołu schodów i wpatrywałem się w drzwi. Moja matka wyszła do pracy około szóstej rano, o czym dał mi znać warkot uruchomionego silnika i dźwięk zamykanego garażu. Kilka minut przed wyjściem zapukała do pokoju, lecz udałem, że nadal śpię. Słyszałem jedynie, jak uchyliła drzwi i zajrzała do środka, by po chwili zamknąć je i odejść. Znowu nie wiedziałem, czego ode mnie chce, lecz nie miałem ochoty na kolejną konfrontację i rozmowę o czymkolwiek. Wyjść czy nie wyjść – tak brzmiał dylemat, który musiałem rozstrzygnąć. Tego dnia zajęcia zaczynałem od godziny ósmej, a zegarek wciąż tylko pośpieszał mnie utrudniając sprawę. Nie czułem się na siłach na to, by ponownie stawić czoła tamtemu miejscu, tym wszystkim ludziom. Już na samą myśl o przekroczeniu bram szkoły zżerał mnie ostry stres, nad którym nie byłem w stanie zapanować. Wciąż czułem, że wczorajsza nieduża kolacja podchodzi mi do gardła. Gdy tylko udało mi się pozbyć tego nieprzyjemnego objawu, po chwili następował nawrót. Starałem się ignorować fakt, że chce mi się wymiotować, jednak co kilka sekund musiałem przełykać ślinę, by powstrzymać uczucie podpowiadające, że zaraz cały mój żołądek wydostanie się na zewnątrz.
            Zegarek wskazywał godzinę 7:19, kiedy moje kolana zmiękły i zmuszony byłem usiąść na schodku. Zakręciło mi się w głowie, więc przymknąłem oczy i nabrałem głęboko powietrza do płuc. Obok mnie spoczywała prawie pusta kostka, w której trzymałem jedynie kilka zeszytów. Podręczniki zazwyczaj zostawiałem w szkolnej szafce nie widząc potrzeby, aby zabierać je do domu. Na plecaku leżała zaś bluza, której widok jako jedyny w tamtym momencie sprawiał, że czułem jakikolwiek sens wyjścia z domu. Myśl o spotkaniu z jej właścicielem jednocześnie wprawiała mnie w zakłopotanie, jak i wywoływała zniecierpliwienie. Wyciągnąłem dłoń w jej kierunku dotykając miękkiego materiału. Lekko przesuwając palcami po rękawie skupiłem się  na opróżnieniu umysłu ze wszystkich zbędnych rozważań oraz wspomnień. Od momentu przebudzenia jego twarz wracała do mnie niemalże co kilka minut. Jego czarne jak węgiel włosy, jasna skóra… Drgnąłem momentalnie, gdy niespodziewanie poczułem na swoim ramieniu delikatny dotyk. Nikogo jednak obok mnie nie było, a doznanie to istniało jedynie w formie zwyczajnego wspomnienia sprzed kilku dni. Prychnąłem zażenowany swoją reakcją. Udawałem, że nie czuję, jak moje policzki robią się ciepłe. Zignorowałem coraz mocniej drżące dłonie. Dlaczego wspomnienie to było aż tak rzeczywiste? Zupełnie jakby Way siedział niedaleko, kilka centymetrów ode mnie.
            Rzuciłem przelotne spojrzenie w kierunku zegara. Jeśli chciałem zdążyć do szkoły przed pierwszym dzwonkiem, musiałem zaraz wyruszyć w drogę. Najgorsza była świadomość, że nie wiedziałem, czego mogłem się spodziewać. Mimo że nie było mnie tam dosłownie kilka dni, odnosiłem dziwne wrażenie, jakbym ostatni raz przebywał tam miesiące temu. Nie wiedziałem, czy spodziewać się najgorszego, czy może tego, że uda mi się cały dzień przetrwać bez większych zaczepek, wyzwisk i bójek. Nadal brakowało mi sił, żeby sobie z tym poradzić. Czy powinienem zaryzykować? Tak naprawdę jedynym powodem, dla którego rozważałem wyjście z domu, było potencjalne spotkanie z Wayem. Pomimo tego, że nie wiedziałem, jak przebiegnie i czy w ogóle będzie miało miejsce.
            - Kurwa – zakląłem cicho, zaciskając dłonie w pięści. Znowu czułem się jak ofiara losu, którą trzeba prowadzić za rączkę. Czemu byłem tak słaby? Miałem dość tego strachu, bezradności i poczucia beznadziei. Dość bólu fizycznego i psychicznego. Nie chciałem dalej się na to godzić, ale nadal nie czułem się gotowy na to, by o siebie walczyć.
            Z sekundy na sekundę przepełniała mnie coraz większa złość na siebie samego. Mimo że chciałem się zmienić, zacząć żyć inaczej, wydawało się to dalekie i nieosiągalne. Z drugiej strony pytanie brzmiało, czy właściwie miałem o co walczyć? O dalsze życie w samotności i smutku? Gdy o tym myślałem, czułem, że od tych dwóch rzeczy nie ma drogi ucieczki. Wyglądało na to, że byłem na nie skazany do końca swoich dni. Nie radziłem sobie z nimi, więc czy był w ogóle sens przedłużać tę marną egzystencję? W nikim nie miałem oparcia, nikomu nie mogłem zaufać. Czułem, że jestem kimś zbędnym i nie posiadającym choćby najmniejszej siły sprawczej. Zupełnie jakbym został na siłę wrzucony do toczącej się już od dawna brutalnej gry, w której nie chciałem brać udziału.
            Bez zastanowienia złapałem za plecak, by zarzucić go na ramię. Bluzę chwyciłem w lewą rękę i ruszyłem szybkim krokiem do drzwi. Gdy tylko nacisnąłem klamkę, do przedpokoju wtargnęło chłodne, orzeźwiające powietrze. Przez ułamek sekundy zawahałem się, lecz wykonałem krok dzielący mnie od wyjścia i wyszedłem na zewnątrz. Drżącymi dłońmi zamknąłem drzwi na klucz i wbiłem wzrok w ich nierówną powierzchnię. Moje serce biło tak szybko, iż miałem wrażenie, że zaraz przebije się przez kości oraz skórę. Przełknąłem ciężko ślinę, zanim zdecydowałem się odwrócić. Na zewnątrz było ciepło, lecz bez przerwy powiewał chłodny wiatr. Niebo było pochmurne i konkretnie sugerowało, że tego dnia nie obejdzie się bez opadów. Zignorowałem to jednak uznając, że parasol nie jest mi potrzebny. Na ulicy było pusto, jedynie po krótkiej chwili z garażu kilka domów dalej wjechał samochód osobowy, by zaraz skręcić w lewo i szybko zniknąć na najbliższym skrzyżowaniu. Nadal nie będąc pewnym, czemu to robię, wyszedłem na chodnik i ruszyłem przed siebie. Po kilku krokach ledwo udało mi się wyjąć trzęsącymi dłońmi odtwarzacz mp3 schowany w kieszeni spodni. Prędko wcisnąłem słuchawki do uszu i puściłem byle jaką piosenkę. Głośność ustawiłem na taką, bym nie słyszał żadnego dźwięku wokół mnie i niemal biegiem skręciłem w dobrze znanym sobie kierunku.
            Z opuszczoną głową obserwowałem mijane pod moimi stopami płyty chodnikowe. Czułem, jak przydługie już włosy opadły niżej i zakryły moją twarz, jednocześnie ograniczając widzenie. Nie zwróciłem jednak na to większej uwagi, skupiając się bardziej na powtarzaniu w myślach tekstu słuchanej akurat piosenki. Zatrzymałem się dopiero znajdując w miejscu, gdzie od znienawidzonej szkoły dzieliła mnie jedynie jedna ulica. Z daleka widziałem już dach placówki i pewnie gdybym nie miał na uszach słuchawek, słyszałbym również pokrzykiwania osób zebranych na szkolnym parkingu. Nie wiedziałem, która jest godzina. Zegarka na rękę nie nosiłem, a telefon komórkowy od dawna leżał wyłączony chyba gdzieś pod łóżkiem.
            Nagle moją uwagę przykuł nieznaczny ciężar trzymanej w dłoni bluzy. Od razu zdałem sobie sprawę, że zbyt mocno zaciskałem na niej palce, przez co materiał w tamtym miejscu wyraźnie się pogniótł. Poluzowałem więc uścisk i zamyśliłem się na moment. Nieśpiesznie zdjąłem kostkę z ramienia i otworzyłem ją, by złożyć bluzę i schować ją do środka. Uznałem, że to lepszy pomysł niż łażenie z nią w ręku, jakbym tylko niecierpliwie czekał na spotkanie z jej właścicielem. Co z tego, że właśnie tak było. Skrzywiłem się na myśl o swoim głupim zachowaniu, lecz sprawnie zamknąłem plecak i zarzuciłem go z powrotem.
            Powoli ruszyłem do przodu, choć nagle zrobiło mi się zimno, a po plecach przeszedł dreszcz. Na rękach poczułem gęsią skórkę i mój oddech jednocześnie przyśpieszył. Zduszając w sobie nieprzyjemne emocje oraz oznaki nawrotu tchórzostwa z sekundy na sekundę czułem się coraz gorzej. Mój żołądek po raz kolejny tego dnia zacisnął się gwałtownie, a całe ciało wciąż dawało znać o swoim niezadowoleniu. Zacisnąłem zęby czując, jak moje oczy napełniają się łzami. Mimo wszystko moje nogi nie przestawały iść dalej. Nadal nie znając konkretnego powodu tak ogromnej determinacji w celu spotkania jednej osoby.
            Odskoczyłem gwałtownie w bok czując szturchnięcie w lewe ramię. Adrenalina w moich żyłach podskoczyła, a serce zaczęło walić z prędkością, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Natychmiast podniosłem wzrok wyrywając z uszu słuchawki i wbijając się plecami w metalowe ogrodzenie. Okazało się jednak, że była to jakaś nieznajoma mi dziewczyna, która biegła w kierunku koleżanki machającej do niej po drugiej stronie ulicy. Moje nogi raptownie osłabły i osunąłem się po ogrodzeniu na niski murek. Zacisnąłem powieki w obawie, że zaraz nie wytrzymam i biegiem zawrócę tam, skąd przyszedłem. Od bramy wejściowej dzieliło mnie już tylko kilkanaście metrów, a mój oddech mimo najszczerszych prób nie chciał się uspokoić. Dookoła słychać było donośne śmiechy i rozmowy wydobywające się z terenu liceum. Dźwięki wywoływały we mnie niepokój, jednak powoli podniosłem się z miejsca i poprawiając plecak na ramieniu ruszyłem dalej.
            Jak zwykle starałem się nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, więc szedłem z boku, by nie wchodzić nikomu w drogę. Minęło mnie jeszcze kilka osób niezaprzątających sobie na szczęście uwagi moją obecnością, nim dotarłem do głównej bramy. Zatrzymałem się jednak za nią tak, by nie było mnie widać od strony parkingu. Moje serce nadal biło zbyt szybko, a po plecach przechodziły dreszcze. Mając pewność, że nikt mnie nie obserwuje, wyjrzałem zza betonowego słupka w kierunku wejścia do budynku. Było tam mnóstwo osób stojących w zwartych grupach i rozmawiających ze sobą głośno. Moje rozbiegane spojrzenie przesunęło się po nich bezwiednie i wylądowało na dobrze znanym mi czarnym aucie. Stał obok niego oparty o zamknięte drzwi kierowcy. A wokół trzy dziewczyny z ostatniej klasy, które znałem z przynależności do rady uczniów. Way spoglądał na nie z lekkim uśmiechem, gdy wręczały mu jakąś kartkę i mówiły jedna przez drugą. W pewnym momencie do moich uszu dotarł niezrozumiały okrzyk, a cała czwórka stojąca przy samochodzie odwróciła się w kierunku wejścia do szkoły. Po kilku sekundach ujrzałem sylwetkę Trana, który podszedł do nich pewnym krokiem, zarzucił ramię na jedną z dziewczyn i pochylił się lekko. W tym samym momencie, kiedy wybuchł śmiechem, a dziewczyny zawtórowały mu, moją uwagę odwrócił dźwięk klaksonu wydobywający się z innego auta stojącego na parkingu. Kilka osób odpowiedziało zaczynając nawoływać coraz głośniej ulubiony okrzyk drużyny koszykarskiej naszego liceum.
            Odwróciłem się szybko z powrotem znikając za bramą. Na widok Waya poczułem się odrobinę pewniej, lecz obecność Trana i takiej ilości osób przed budynkiem nie wróżyło mi niestety niczego dobrego. Odszedłem więc kilka metrów dalej i oparłem ramieniem o ogrodzenie. Musiałem zaczekać na pierwszy dzwonek i wtedy dostać się do budynku. W ten sposób miałem większe szanse na uniknięcie jakiejś niepotrzebnej konfrontacji z kimkolwiek, kto lubił używać mnie jako worka treningowego. Westchnąłem cicho pod nosem. Znowu to samo. Znowu musiałem planować każdy najmniejszy ruch po to, żeby móc przetrwać w tym miejscu przez kilka godzin i wyjść stąd bez szwanku. Nienawidziłem tego. Czułem się w szkole, jak w więzieniu. Zero swobody, zawsze pozostawał mi tylko lęk, kryjówka, okrężna droga i ucieczka.
            Przeniosłem ciężar ciała na drugą nogę i ściągnąłem plecak z ramienia, by postawić go na chodniku. Zastanawiałem się, ile czasu jeszcze pozostało do dzwonka. Przez myśl przeszedł mi nawet pomysł powrotu do domu, ale zawahałem się wracając na krótko myślami do Waya. Wciąż nie wiedziałem, jak rozpocząć z nim jakąkolwiek konwersację lub chociaż nawiązać inny kontakt. Może powinienem po prostu podejść do niego i oddać bluzę, tak po prostu. Nawet bez słowa. Bo co miałem mu powiedzieć? Ach, dziękuję. Musiałem mu podziękować. Za bluzę… Za to, że przyszedł i został ze mną… Nie. Na pewno roześmiałby mi się w twarz, gdybym powiedział coś takiego. Powinienem po prostu podejść i… Oddać mu bluzę. Tak, po prostu.
            Nawiązywanie kontaktu z innymi nie było moją mocną stroną. Nawet myślenie o tym i planowanie nie było. Westchnąłem przykładając palce do nasady nosa, by pomasować ją lekko. Od rozmyślania o tym zaczynała boleć mnie głowa. Słońce na ułamek sekundy wynurzyło się zza chmur i poraziło mnie swoimi promieniami, lecz zaraz z powrotem zniknęło za szarą osłoną. Lubię szary kolor.
            - Będzie padać – usłyszałem nagle po mojej lewej stronie i podskoczyłem lekko w miejscu. Pomimo iż natychmiast poznałem ten głos, był on na tyle niespodziewany, że moje serce prawie wyskoczyło z piersi. Odwróciłem się w jego stronę i obserwowałem, jak spogląda w niebo przez krótką chwilę, a następnie opiera się plecami o ogrodzenie na tyle daleko, by nie sprawić mi dyskomfortu i na tyle blisko, byśmy mogli naturalnie porozmawiać. Po kilku sekundach ciszy popatrzył w moją stronę, przez co nasze spojrzenia spotkały się. Nie na długo jednak, ponieważ szybko opuściłem wzrok na chodnik.
Zamiast cieszyć się z tego, że nie wisi nade mną ciężar wyjścia z inicjatywą rozmowy, zestresowałem się na tyle, że nie potrafiłem wypowiedzieć ani słowa. W myślach przekładałem tę chwilę na później, a wszystko potoczyło się o wiele szybciej i inaczej niż przypuszczałem. Moje myśli i rozsądek zastygły, a ja również stałem tam niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
- Cieszę się, że wróciłeś – powiedział spokojnie, a kątem oka zaobserwowałem, jak odwrócił się przodem w moim kierunku.
Zaskoczony jego słowami podniosłem rozbiegany wzrok. Way uśmiechał się do mnie serdecznie, a jego oczy wydały mi się najszczerszymi, jakimi kiedykolwiek widziałem.


____________________________________________________

Miło mi powitać Was po tak długiej przerwie nowym rozdziałem, w którym Frank nareszcie postanawia nawiązać konkretną relację z naszym czarnowłosym Gerardem. (:

Uznałam, że z powodu mojej rzadkiej aktywności powinnam podzielić się ze wszystkimi zainteresowanymi małymi sprawami organizacyjnymi, więc może zacznę od razu:
- opowiadanie, którego rozdział mogliście przed chwilą przeczytać oraz rozpoczęte short story Supernatural Crap zostaną skończone – nie mam zamiaru porzucać ani opowiadań, ani tego bloga,
- dołożę wszelkich starań, by publikować jak najczęściej będę mogła – niestety z powodu bardzo małej ilości wolnego czasu oraz braku stałego dostępu do komputera (co równa się z powrotem do mojego „licealnego sposobu pisania”, czyli pisania wszystkiego w zeszycie, a dopiero potem przepisywania na komputer wraz z poprawkami i dopisywaniem braków) nie mogę podjąć się zadania regularnych publikacji,
- informuję też, że mogą się tutaj pojawić shoty z innymi bohaterami (fikcyjnymi) niezwiązanymi z MCR – będę to zaznaczać na początku każdego tekstu.

Dziękuję, że nadal ze mną jesteście i wracacie pomimo moich długich przerw w pisaniu. A teraz poudaję Gerarda i napiszę: do zobaczenia niedługo!